#oiyya

Uwielbiam, kiedy mój partner w trakcie naszych zabaw do mnie mówi. Kręci mnie jego  zdyszany głos, który prawi mi komplementy na temat mojego ciała i nie tylko to.
Kiedy zaczęłam sypiać z moim chłopakiem, długo wstydziłam się mu o owym fetyszu powiedzieć, ale tego wieczoru, kiedy podczas igraszek wypowiedziałam te magiczne słowa: „Mów do mnie”, usłyszałam tekst, który momentalnie wszystko zakończył, a rozpoczął lawinę śmiechu.
„A kwadrat plus B kwadrat równa się C kwadrat” :D

#Lepeo

Wczoraj podczas jazdy samochodem słuchałam fajnej nuty. Wyobrażałam sobie, że jestem gwiazdą i biorę udział w teledysku. Nie, nie spowodowałam wypadku. Spóźniłam się godzinę do pracy, bo zagapiłam się i źle zjechałam z autostrady. Dzięki temu spełniły się moje marzenia o pozostaniu celebrytką. Wylali mnie na oczach całego zespołu.

#pPp9O

Pewnego letniego wieczoru byłam w osiedlowym sklepiku z kolegą, który zamierzał kupić sobie jakieś piwka. Kolega ma wadę wymowy i zamiast „r” wymawia „j”. Podszedł do kasy i nawiązał się następujący dialog:
– Trzy wajki popjoszę.
– Słucham?
– Trzy wajki, piwo takie – mówi kolega już wyraźnie podirytowany.
– Aa, Warki...
– No wajki! CZY JA KUJWA NIEWYJAŹNIE MÓWIĘ?!
Sprzedawczyni, podobnie do mnie, z trudem usiłowała stłumić śmiech :)

#xD0mv

Właśnie się dowiedziałem, że pod moją nieobecność moi współlokatorzy wchodzili do mojego pokoju i przeglądali mojego Facebooka razem z wszystkimi prywatnymi wiadomościami.
Jak się o tym dowiedziałem? Po mojej kilkudniowej nieobecności na stancji przyszli z pretensjami o to, co pisałem mojej dziewczynie o nich zaraz po naszej ostatniej awanturze w mieszkaniu. Na koniec dodali, że chcą, żebym się wyprowadził, bo już mi nie ufają przez to, co piszę w prywatnych wiadomościach na ich temat z moją dziewczyną.

#XIf4e

Ostatnio dowiedziałem się, że byłem strasznym nauczycielem matematyki. Czemu? Bo na każdych zajęciach narażałem studentów na stres.

Na swoich zajęciach nie rozwiązywałem zadań — robili to studenci. Sam bardzo źle wspominam zajęcia, na których prowadzący rozwiązywał ciągiem zadania i nie wymagał od studentów żadnego zaangażowania. Zasada była prosta — ja daję listę zadań do opracowania na następne zajęcia, podczas których każdy mógł się zgłosić do zaprezentowania swojego rozwiązania. W przypadku braku chętnych wybierałem z listy osobę, która to zadanie zrobi. Osoba przy tablicy nie była zostawiana sama sobie — zawsze śledziłem jej poczynania, korygowałem błędy, podsuwałem potrzebne wzory, a czasem, jak trzeba było się spieszyć z materiałem, wręcz dyktowałem. Było aktywizowanie pozostałej części grupy (pytania o wzór, wskazanie błędu, wynik jakiegoś działania...), były jakieś punkty za aktywność, była możliwość dyskretnego zasygnalizowania mi, że się nie chce być wywoływanym do tablicy (ktoś się wstydzi albo najzwyczajniej w świecie ma wyrąbane). Nie było żadnych kar (no ewentualnie zaznaczenie na liście, że wyznaczanie danego studenta do rozwiązania zadań jest stratą czasu, choć osoby tak ukarane odczytałyby to raczej jako nagrodę).

Ogromną zaletą rozwiązywania zadań przez studentów jest możliwość uczenia się na błędach — przy niektórych ciekawszych błędach urządzałem krótki wykład na temat tego, czemu się tak nie powinno robić, zazwyczaj z jakimś przykładem. Lepiej, żeby taki błąd pojawił się na tablicy, niż żeby miał się pojawić na kolokwium. Generalnie starałem się wszystko organizować w sposób jak najmniej stresujący dla studentów, ale skargi i tak się pojawiły...

„Publicznie strofuje studentów, którzy popełnili błąd przy tablicy”.
Uwaga bardzo cenna, po niej przy błędach z serii „zatrzymajmy się nad tym na chwilę” zacząłem prosić studentów stojących akurat przy tablicy, żeby usiedli, bo w ferworze tłumaczenia często nie zauważałem, że od kilku minut przy tablicy stoi wystraszony osobnik niewiedzący, co ze sobą począć :)

„Do tablicy wywołuje tylko dziewczyny i obelżywie na nie patrzy”.
To akurat była grupa, w której 90% stanowiła płeć piękna, a przedstawiciele płci niepięknej zgłosili, że nie chcą być pytani na zajęciach — naturalną koleją rzeczy było wywoływanie tylko kobiet. Druga rzecz jest taka, że nie da się śledzić tego, co się dzieje na tablicy, nie patrząc w jej stronę. Jedyne co mogłem zrobić, to spróbować ograniczyć pierwiastek obelżywości w moim wzroku. Chyba mi się udało, bo podobna skarga więcej nie wpłynęła :)

Mam nadzieję, że to wyznanie pozwoli choć części z Was inaczej spojrzeć na swoich nauczycieli i być może pokonać strach przed odpowiadaniem przy tablicy :)

#g0Uxi

Po ostatniej imprezie leciutko pijany czekałem, aż przyjedzie po mnie narzeczona.
Nagle widzę, że narzeczona zatrzymuje się po przeciwnej stronie ulicy naszym dość nietypowym autem. No nic, idę do niej, plackiem rzucam się na tylne siedzenie. „Dzięki, kotku, kochana jesteś...”. Cisza. Może się obraziła? „No nie złość się na mnie” – zaczynam bełkotać jakieś mętne przeprosiny. No ale coś ewidentnie nie pasuje... Podnoszę wzrok, a tam jakiś obcy facet! Emeryt, który wyglądał, jakby zaraz miał dostać zawału. No ja się nie dziwię: prawie 2-metrowy, obcy, wydziarany, długowłosy brodacz nazywa cię per „kochanie”. Przeprosiłem grzecznie przestraszonego emeryta i wyszedłem z jego auta.

Narzeczonej nic nie powiedziałem, bo miałaby ubaw przez długi czas ;)

#pdqMg

Pewna nauczycielka w mojej szkole zawsze każdego poprawiała — każdy najmniejszy błąd, np. „proszę panią” czy „włanczać światło”. Po tygodniu sama zaczęłam siebie w myślach poprawiać. Tak mi to weszło w krew, że teraz to ja każdego bez wyjątku odruchowo poprawiam. Kiedy ktoś powie coś niepoprawnie, od razu bolą mnie uszy, robię się smutna i zwracam tej osobie uwagę. Chciałabym się tego pozbyć, ponieważ niektórzy są na mnie źli, że „łapię ich za słówka”.

#0zSt2

Parę dni temu, po dobrych kilku tygodniach starań, wreszcie udało mi się poderwać dziewczynę, która od samego początku naszej znajomości bardzo mi się podobała. Po długim, wspaniałym zbliżeniu, kiedy leżeliśmy koło siebie spoceni, sapiąc niczym alpiniści z astmą, obiekt moich westchnień rzekł: „Teraz już jestem bardziej niż pewna, że wolę dziewczyny…”.

Pewnie gdybym był dziewczyną, uznałbym to za komplement.

#LqHQi

Gdy mój narzeczony zaprosił mnie na kolację do eleganckiej restauracji, byłam bardzo podekscytowana. Nigdy na takiej kolacji nie byłam, ba, w życiu nie byłam wcześniej w drogiej restauracji! Zrobiłam się na bóstwo — super kiecka, makijaż, fryzura, no i założyłam swoje ulubione szpilki. Wyglądałam naprawdę bosko! A przynajmniej tak mi się wydawało...
Jako że mieliśmy się spotkać przed samą randką, to wsiadłam w taksówkę i podjechałam pod restaurację. Byłam chwilę wcześniej, więc postanowiłam zapalić przy wejściu. Stanęłam, wyciągnęłam fajkę i tak sobie palę. Po chwili wyszedł do mnie jakiś facet i z poważną miną oznajmił, że oni nie życzą sobie, bym szukała klientów przed ich restauracją i żebym szukała ich gdzieś dalej.
Zatkało mnie...
No cóż, kolację zjedliśmy w innym miejscu, a ja do dziś zastanawiam się nad swoim ówczesnym wyczuciem stylu :D

#nYthN

Odkąd pamiętam, byłam okropnie leniwa. W szkole miałam same tróje, osiągnięte bez jakiegokolwiek wysiłku. Nie mogłam się do niczego zmusić, ciągle tylko siedziałam przed komputerem czy telewizorem, tracąc czas. W pewnym momencie wymyśliłam sobie swoje alter ego. Postanowiłam, że kiedy zakładam na nos okulary (a zazwyczaj nosiłam soczewki), staję się bardzo pracowitą i zorganizowana dziewczyną. Nadałam sobie nawet nowie imię, Zofia, które, jak mówi Wikipedia, pochodzi od słowa σοφία (sophia) oznaczającego „mądrość”. Nie zawsze nosiłam okulary, ale po zajęciach nakładałam je i stawałam się pracowitą Zofią. Początki nie były łatwe, a ja z najbardziej leniwej osoby na świecie od czasu do czasu stawałam się pracowitą Zofią. Oceny poprawiały się, maturę napisałam na tyle dobrze, że dostałam się na medycynę. 
Zofia oczywiście ma swoje wady — jest dużo brzydsza (źle wyglądam w okularach, podkreślają mój krzywy nos), do tego nudna i przewidywalna. Kiedy zakładam soczewki, mogę być znowu sobą, czyli beztroską, lekko szaloną dziewczyną.
Dodaj anonimowe wyznanie