#futGt

Moja koleżanka ominęła pogrzeb swojej babci – tak się zdarzyło, że nie dała rady przyjść. Kiedy rozżalona i załamana rozmawiała ze mną, chciałem ją jakoś pocieszyć.
Co zrobiłem mądry ja? 
Powiedziałem: „Nie przejmuj się, na pewno będziesz miała jeszcze wiele pogrzebów w rodzinie”.

#2Fov3

Byłam dwa lata z (wydawałoby się na pozór) idealnym facetem. Student prawa, ułożony, bogaci, na wysokich stołkach rodzice. Był moim pierwszym poważnym facetem, ale po pewnym czasie zaczęło się wszystko sypać, nie układało nam się i zrozumieliśmy, że to nie to. Rozstaliśmy się i życie toczyłoby się dalej, gdyby nie fakt, że moi rodzice tego nie zaakceptowali.

Trzy lata po rozstaniu oni każą mi do niego dzwonić, przepraszać, bo to wszystko niby moja wina, że już nie jesteśmy razem, byłam dla niego zła, nie starałam się, nie dość, że jestem złą córką, to jeszcze byłam złą dziewczyną - ich zdaniem. Moja matka wydzwania do niego (trzy lata po rozstaniu), zaprasza na kawę, on to olewa i nie przychodzi, pewnie ma swoje życie, ale mi za nią wstyd... Nie akceptują żadnego chłopaka, z którym się spotykam, ich zdaniem tylko Karol był najlepszy, bo bogaci rodzice, bo on taki grzeczny, bo student prawa, nieważne, że ja nie byłam z nim szczęśliwa. Moja matka trzy lata trzyma kaczkę w zamrażarce i cały czas powtarza, że to na wizytę Karola. Czasami myślę, czy by nie wrócić do niego dla świętego spokoju, bo w domu nie mam życia od trzech lat.

#TkyVC

Kilka lat temu pracowałem jako konduktor. W pociągu, który obsługiwałem, jechał podejrzanie zachowujący się mężczyzna koło trzydziestki, ubrany w jasnopomarańczową kurtkę. Kręcił się bez celu po pociągu i mówił sam do siebie. Jak się okazało, nie miał on biletu. Nie miał też pieniędzy, aby go zakupić, ani żadnych dokumentów. W związku z tym kazałem mu wysiąść na najbliższej stacji. Mężczyzna prosił, wręcz błagał mnie, abym pozwolił mu jechać dalej. Powiedział, że jest to dla niego sprawa życia i śmierci, lecz do mnie to nie przemawiało. Byłem nieugięty. Gdy pociąg zatrzymał się, mężczyzna podkulił głowę i bez słowa wysiadł, po czym usiadł na ławce na peronie.

Kilka dni później jeden z moich kolegów żalił się, że spóźnił się na ostatni pociąg do domu. Tego samego dnia, kilka godzin później, parę kilometrów od stacji, na której wysadziłem gapowicza, jego pociąg potrącił samobójcę. "Dobrze, że miał na sobie pomarańczową kurtkę, bo w życiu nie znalazłbym go w tych ciemnościach" - dodał.

Być może był to tylko nieszczęśliwy zbieg okoliczności. Lecz do dziś mam wyrzuty sumienia

#w4V07

Szybki opis mojego życia, żebyście mogli zrozumieć historię:
Jestem Polką, mój mąż Włochem. Poznaliśmy się na wymianie studenckiej kiedy ja znając bardzo dobrze język włoski wyjechałam do Włoch. M. mówił też dość dobrze po polsku, bo jego dziadek jest Polakiem. Na co dzień porozumiewaliśmy się po włosku, polsku i angielsku - zależnie od nastroju, znajomych, z którymi się spotykaliśmy i gdzie mieszkaliśmy (przed ślubem mieszkaliśmy we Włoszech, chwilę po przeprowadziliśmy się do Polski). Jakieś 7 lat temu dostaliśmy propozycję świetnej pracy w jednej firmie we Francji, więc wyjechaliśmy i chcąc nie chcąc po 5 latach francuski był kolejnym językiem, którym posługiwaliśmy się codziennie. Po wielu podróżach zakochaliśmy się w Hiszpanii, wiec postanowiliśmy się nauczyć hiszpańskiego i tak jesteśmy tam minimum 4-5 razy w roku, a dodatkowo dzięki znajomości języka zdobywamy kolejnych kontrahentów z innych krajów więc przydaje się również w pracy. I tak w tym momencie używamy codziennie 5 języków, 3 z nich znamy prawie na równi z ojczystym, no i oczywiście jeszcze nasz język ojczysty.

Historia właściwa:
Zostaliśmy zaproszeni na święta do mojej rodziny w Polsce. Oczywiście z wszystkimi i między sobą rozmawiamy po polsku. Wczoraj podczas kolacji zaczęła się dyskusja na jakiś gorący temat. Ja i mój mąż zajmowaliśmy przeciwne racje, więc z coraz większym zapałem i emocjami dyskutowaliśmy między sobą i delikatnie sprzeczaliśmy się ze sobą kto ma racje. Rodzina nas zaczęła nagrywać telefonem. Okazało się, że mimowolnie prowadziliśmy dyskusje w 5 językach. Zdarzało się że nawet w jednym zdaniu używaliśmy paru innych języków. Nie zauważyliśmy tego, ale po głębszym zastanowieniu okazuje się, że w codziennych konwersacjach między nami też nie trzymamy się jednego języka tylko mieszamy wszystko. Nawet teraz kiedy piszę po polsku myślę w połowie o tym co piszę, po francusku i angielsku, w snach często myślę po włosku. Niezły mam bajzel w głowie, a mimo wszystko w jakiś sposób tworzy to jedną całość. Czy to nie tak, jak z bałaganem w pokoju? Łatwiej coś znaleźć kiedy jest bałagan, niż porządek?

#OkKm9

Poznaliśmy się przez Internet. Na początku standardowa rozmowa w stylu "czym się zajmujesz, co lubisz robić w wolnym czasie" etc. Muszę przyznać, że rozmowa była dość nudna, więc olałam sprawę. Jednak on nie dopuszczał i powoli, małymi kroczkami zbudowaliśmy fajną internetową relację. Odnaleźliśmy wspólny język, rozmowy od rana do później nocy. Dał wsparcie, dał zaufanie, ja też starałam się nie być dłużna.

W końcu zaproponował spotkanie, ja się zgodziłam. Kiedy go zobaczyłam, stanęłam jak wryta. Zdaję sobie sprawę, że zdjęcia zawsze pokazują nas w tej "lepszej wersji", ale ujrzałam faceta, wręcz CHŁOPA, który od momentu wrzucenia zdjęć na fejsie przytył jakieś 20 kg.

No cóż, zacisnęłam zęby i starałam się nie skreślić go tylko ze względu na nadwagę. Randka przebiegła w przyjemnej atmosferze, doszło do kolejnych spotkań i naprawdę fajny z niego facet.

Tak, zakochałam się. Zakochałam się, tylko nie potrafię się zmusić do jakiegokolwiek zbliżenia fizycznego. Brzydzę się jego fałdów tłuszczu i tego, że po dłuższym spacerze ma zadyszkę i jest wykończony.

Chciałbym stworzyć z nim coś poważnego. Jednak nie potrafię poruszyć wprost tematu jego wyglądu. Delikatne sugestie nie przynoszą efektów. Aktywne, regularne randki i pomoc w zmianie nawyków też jest niemożliwa, ponieważ mieszkamy dość daleko od siebie.

Możecie myśleć, że jestem pusta i patrzę tylko na wygląd. Widzę wszystkie jego dobre strony, ale wiem, że nie będę w stanie się przełamać, żeby do dotknąć.

#uQoAH

4:00 - Wstaję, obmywam swój nędzny pysk, jem coś na szybko - o ile nie zaspałem - i wybijam na autobus.
4:30 - Na dworze -5, a odczuwalne -500, śladu po autobusie brak.
4:41 - W końcu kierowca się lituje nade mną i innymi współwięźniami, wsiadam, witam stałych bywalców, i siadam, próbuję udać się ku objęciom Morfeusza, próbuję, bo kierowca perfekcyjnie mi to utrudnia, najeżdżając na wszystkie możliwe dziury.
5:51 - Jestem na miejscu, krótki spacer do nic nie znaczącego miejsca pracy i można zacząć udawać, że pracuję przez 8 godzin.
14:15 - Rozpoczynam powrót do mojej jaskini, po drodze zatrzymując się na 3 przystankach.
15:30 - Jestem w domu, zamulam, nic nie robię, a może robię wszystko, byleby nic nie robić - jeśli to ma sens, nie? Pogubiłem się w tej wojnie ze światem.
23:00 - Kładę się spać, myśląc co poszło nie tak, po drodze uświadamiając sobie, że wszystko.
2:00 - Udaje mi się zasnąć.
4:00 - BEEP BEEP BEEP.
Każdy dzień taki sam, tylko inna data - dzień świstaka.

Nagle, nic stąd, ni zowąd, ktoś postanawia "zepsuć" mój piękny harmonogram dnia, a było to mniej więcej dwa miesiące temu.
14:27 - pierwszy przystanek, do autobusu wsiada anioł o jasnych włosach, po czym stojąc nade mną zadaje magiczne pytanie: "Można?". Prawie opluwając siebie odpowiadam "Jasne" i Roszpunka zajmuje miejsce obok.

Czemu ja? Czym się wyróżniam? Szybkie ogarnięcie sytuacji, no tak, jedyne wolne miejsce... czego mogłem się spodziewać z moim pyskiem, he?
Przedstawiając się i dowiadując się, że Roszpunka to nie Roszpunka, a Julia, nastaje dosyć długa, mordercza cisza - nie chcąc jej kontynuować, sięgam ręką po słuchawkę, lecz gdy tylko próbuję wsadzić ją do ucha, Julia łapie mnie za rękę i zadaje kolejny raz to samo pytanie, "Można?", ja natomiast po raz kolejny mało co się nie opluwając ze zdziwienia odpowiadam "Jasne", lecz nagle w głowie zapala mi się lampka... mam profilowane słuchawki i żeby ona mogła słuchać, musiałaby... "Nie ma problemu" - mówi, po czym przysuwając się do mnie praktycznie jak najbliżej, kładzie mi swoją głowę na ramieniu.
15:15 - Wysiadamy z autobusu, na odchodne rzuca rozpuszczające mnie "Pa" i rusza w przeciwnym kierunku, a ja udaję się do jaskini, próbując się wybudzić ze snu.

Pierwszy, drugi, dziesiąty. Ku mojemu zdziwieniu tak mijają kolejne dni "po dziś dzień", Julia dzień w dzień przysiada się do mnie i całą drogę rozmawiamy o wszystkim i o niczym, o mnie i o niej, o całkiem poważnych rzeczach, jak i o totalnych pierdołach, a jak któreś z nas jest zmęczone po pracy, to po prostu słuchamy muzyki, tak jakby... wtuleni.

Średnio 48 minut dziennie, 48 minut haju, czuję się jakbym był ćpunem, a czas z nią kolejną kreską na blacie - w końcu dzień nie do końca należy do świstaka... tylko do niej.
I wiecie, jak to jest przegrać? Jeździć dzień w dzień ze swoim ideałem i nie zrobić kroku.

#wvVCr

Jak mnie to denerwuje ta Świąteczna pomoc śmierdziuchom bezdomnym alkoholikom!
Ale ciul napiszesz coś złego że zgadzasz się np. "Proszę nie wpuszczać bezdomnych na klatkę schodową".
To dostaniesz opierdziel że tak się nie postępuje itd.

Tylko że dużo osób wie dlaczego te śmierdziuchy zostają bez dachu nad głową bo przechlali swoje życie, były wyciągane do nich ręce ale oni mieli w dupie tą pomoc.
To że w całym domu wali jak z meliny to też nie fajnie ale NIE TRZEBA POMÓC MENELOM JAK ONI SAMI NIE CHCĄ TEJ POMOCY.

#ArT9u

Jestem facetem. Zdarza mi się logować na losowe czaty jako np. agnieszka_24, zuzia19 czy patrycja-2002 itp. Nie jestem zboczeńcem realizującym swoje pragnienia, uprawiając namiętny cyberek z niczego nieświadomymi facetami. Mam inny cel.
Obserwuję, jak obecnie z kobietami porozumiewają się mężczyźni. Notuję, zapisuję i wyciągam wnioski. W jednym celu — kiedy sam korzystam z portalu randkowego albo zaczynam pisać z nowo poznaną znajomą przez SMS, piszę zupełnie coś innego niż goście, którzy wcześniej ze mną rozmawiali.

Działa ;)

#E2aiJ

Mieszkam w Anglii od kilku lat. Złożyło się, że poznałam tu niezwykle fascynującego faceta, który w parę sekund skradł moje serce. Oboje borykaliśmy się wtedy z niezbyt poważnymi (ale za to niezwykle uciążliwymi) kłopotami finansowymi i idąc w ślad za znajomymi nam parami, postanowiliśmy razem zamieszkać. Ot tak, bez większych zobowiązań. Zawsze mniej kasy do wydawania na rachunki i bilety (mieszkaliśmy w dwóch różnych miastach, 15 minut pociągiem).
Po tym wstępie mogę przejść do konkretów.

Ogólnie rzecz ujmując, trochę to słabe, gdy twoje imię nie ma angielskiego odpowiednika, by móc się chociaż przedstawić bez powtarzania go kilkakrotnie. Mnie trafiło się właśnie takie – na dodatek niezwykle trudne do wypowiedzenia dla rodowitego Anglika. Toteż mój ówczesny chłopak, nie chcąc łamać sobie języka, nazywał mnie imieniem swojego kota... Osobiście uważam swoje imię za mój największy atut i wcale się go nie wstydzę, ale drugie było krótsze i słodkie. Lily.

Długa historia w wielkim skrócie: jeden z naszych sąsiadów usłyszał przez ścianę odgłosy towarzyszące, no cóż, uprawianiu miłości, czemu bardzo chętnie i z pełnym zaangażowaniem się oddawaliśmy. Miałam z nim kontakt wcześniej, zaraz po przeprowadzce. Zaczepił mnie następnego dnia na korytarzu i – o dziwo! – zapamiętał moje imię (tłumaczył to oryginalnością). Szybko wyłożył karty na stół; donos brzmiał następująco: Twój chłopak cię zdradza. Wykrzykiwał wczoraj imię innej dziewczyny.
Podziękowałam uprzejmie i wytłumaczyłam nieporozumienie.
Wróciłam do domu niebywale rozbawiona. Trzymając się w klimacie żartów, powiedziałam: „Hej, co tam? U mnie spoko, dowiedziałam się, że mnie zdradzasz”. Wyraz twarzy chłopaka od razu dał mi odpowiedź.
Zdradzał, ale nadal chciał ze mną mieszkać, bo płaciliśmy niższe rachunki...

Nigdy nie byłam bardziej wdzięczna rodzicom za tak specyficzne imię.
Dodaj anonimowe wyznanie