Założyłem konto na jednym portalu społecznościowym, wpisując w profilu, że jestem dziewczyną i wszystkie wpisy prowadzę jako dziewczyna. Ta zmyślona przeze mnie internautka wrzuca wpisy o tym, jak to fajnie jej w związku z jej chłopakiem, że byli razem na wyjeździe weekendowym, że zrobiła mu kanapki do pracy, że dostała od niego jakiś prezent i że sama dała mu jakiś drobny prezent, że kupili sobie razem coś do mieszkania i urządzają sobie życie.
To głupie, wiem, ale jeszcze głupsze jest to, że zrobiłem to, żeby poczuć się tak, jakbym sam był tym chłopakiem, jakby komuś naprawdę na mnie zależało, jakbym miał w życiu kogoś, kto zrobiłby mi kanapki do pracy i dał od czasu do czasu buziaka. Jakbym był komuś potrzebny.
W czasach studenckich eksperymentowałam ze swoją seksualnością. Kręciły mnie baardzo klimaty BDSM, uległości itd. W pewnym momencie zaczęłam się spotykać z mężczyzną poznanym na portalu tematycznym (Pan W.). Założenie było proste — nie wchodzimy sobie w życie, jesteśmy dla siebie anonimowi, poza imieniem i numerem telefonu nie wiemy o sobie za wiele. Do pewnego momentu sprawdzało się to idealnie. Realizowaliśmy nasze fantazje, spełnialiśmy się w łóżku oboje. Coraz bardziej ufaliśmy sobie w tym zakresie, więc było coraz lepiej.
Niestety w pewnym momencie jemu przestało to wystarczać. Chciał dominacji nie tylko w sferze łóżkowej, chciał dominacji nade mną, nad moim życiem. Zamarzył mu się związek, w którym dominowałby 24/7.
To niestety nie moja bajka. Poza łóżkiem jestem osobą stanowczą, pewną siebie, a wręcz dominującą (taki paradoks). Był coraz większy kwas (Pan W. nie uznawał słowa "nie"). Zdecydowałam się zakończyć relację. Oznaczało to zmianę numeru telefonu. Miałam spokój. Na około tydzień, bo po tym czasie Pan W. mnie znalazł. Przez następne miesiące regularnie przypominał mi o swoim istnieniu i ponawiał propozycję. Systematycznie odmawiałam.
Od tamtej pory minęło 12 lat.
Pan W. przez ostatnich 12 lat raz w roku, w rocznicę naszego ostatniego spotkania, wysyła mi SMS-a, w którym ponawia swoją propozycję — co roku 2 sierpnia. Co roku grzecznie odmawiam.
W tym czasie poznałam P., wyszłam szczęśliwie za mąż, myślę o pierwszym dziecku. W łóżku z P. jest cudownie, choć tylko „waniliowo”. Próbowaliśmy kilka razy eksperymentów z moimi tendencjami, jednak P. nie potrafi się w tym odnaleźć.
Przez te 12 lat znalazłam też idealną pracę, którą uwielbiam nad życie. Ostatnio dostałam awans. Kierownictwo mojej firmy ujawniło, że decyzję o moim awansie podyktowały nie moje osiągnięcia na polu zawodowym (w to wierzyłam), ale nowy dyrektor generalny (którego jeszcze nie poznałam) na podstawie informacji, które zebrał od moich współpracowników, przełożonych, na podstawie moich raportów itd.
Przed chwilą dostałam corocznego SMS-a. Wysłał mi go mój nowy przełożony.
Moja babci to okropna panikara i jest zdecydowanie nadopiekuńcza. Mimo wszystko bardzo ja kocham i uwielbiam spędzać u niej wakacje na wsi.
Za kilka dni wyjeżdżam na wakacje do Hiszpanii i między nami przebiegła taka rozmowa:
- No kochanie, to kiedy rodzice zabierają cię do domu przed wyjazdem?
- Nie wiem dokładnie, pewnie za dwa dni.
- A co tak wcześnie?
- Muszę zmierzyć płetwy. Możliwe, że są już za małe. Wtedy do jakiegoś sklepu trzeba podjechać i kupić nowe.
- TO TY ZAMIERZASZ TAM PŁYWAĆ?!
- A co mam robić, jak tam taka piękna woda?
- TO NIECH MAMA CHOCIAŻ NA SMYCZY CIĘ TRZYMA!
Wspomniałam, że mam 16 lat?
Gdy byłem mały, za nic w świecie nie mogłem zrozumieć, że Aśka i Joanna to jedno imię. Zatem zawsze, gdy do domu przychodziły listy do mojej siostry Aśki zaadresowane „Joanna Nowak”, wyrzucałem je do kosza. Byłem pewien, że takiej osoby nie ma w domu.
Niecałe pół roku temu spotkał mnie zaszczyt zostania mamą pewnego wyjątkowego człowieczka. Szczęście dzielę z mężem. Ma ono jednak gorzki posmak z powodu jego pracy — jest kapitanem na statku i w domu bywa rzadko. Choć kocham mojego synka nad życie, to mimo wszystko staram się nie zapominać o sobie. Z tego powodu codziennie na trzy godziny przychodzi opiekunka. W tym czasie mogę wybrać się np. do fryzjera, na siłownię, do koleżanki czy zwyczajnie uciąć sobie drzemkę.
Ostatnie wolne mojego ślubnego przypadało na poprzedni weekend. Od początku wydawał mi się jakiś dziwny — milczący, zamyślony. W końcu spytałam, o co chodzi. W odpowiedzi... rozpłakał się. Po chwili zaczął wyrzucać z siebie porwane przez łzy zdania, z których wynikało, że podejrzewa mnie o romans. A właściwie jest pewny, bo ktoś „życzliwy” (domyślam się, że mogła to być sprawka starszej pani z domu naprzeciwko; wdowy, która całymi dniami obserwowała okolicę) mu doniósł, że codziennie przychodzi do mnie młoda, atrakcyjna kobieta. Ale tego, że praktycznie zawsze zaraz po jej pojawieniu się ja wychodzę z domu, to już osiedlowy monitoring nie zarejestrował...
Mąż uwierzył w moją wersję. A starsza pani... Cóż. Mój brat ma komis samochodowy. Co kilka dni podjeżdża pod mój dom coraz to innym egzemplarzem, więc wygląda to tak, jakby odwiedzały mnie hordy facetów. Mam nadzieję, że Szanowna Sąsiadka jest usatysfakcjonowana :)
Odkąd pamiętam, byłam tłusta. Ale tak bardzo, że pasek musiałam zakładać za pomocą bumeranga. Nigdy nic ze swoją otyłością nie robiłam, aż do dnia, kiedy mój lekarz powiedział, że jeśli nie zacznę się odchudzać i dbać o zdrowie, to najprawdopodobniej kopnę w kalendarz przed czterdziestką. Poznałam też chłopaka — Grześka. Gość był przemiły, ale miałam wrażenie, że traktuje mnie bardziej jako koleżankę. No, bo kto by chciał spotykać się kobietą o sferycznej budowie ciała?
Kiedy Grzesiek wyjeżdżał na półroczną wymianę studencką, ja postanowiłam ostro za siebie się zabrać. Poszłam do dietetyka, zapisałam się na bardzo drogie, sportowe zajęcia dla grubasów. Każdego dnia o szóstej rano szłam na mordercze treningi, brałam specjalne odżywki i sześć razy dziennie jadłam obrzydliwe, dietetyczne posiłki (w ilości takiej, co kot napłakał). Walczyłam z zakwasami, bólem stawów, głodem i przede wszystkim – brakiem motywacji. Sześć miesięcy, każdego dnia, bez żadnych przerw i wymówek. Wygrałam – straciłam ponad 20 kilogramów, zyskałam talię i chęć do życia.
Na Grześka czekałam przed lotniskiem. Gdy mnie zobaczył, to już po jego minie widać było, że prawie mnie nie poznał! To jego zdziwienie było chyba najlepszym komplementem, jaki ktoś mógł mi dać.
– Anka, kurczę. Coś się w tobie zmieniło… – rzekł.
– Taaaaak… – odparłam, szczerząc się promieniście i dyskretnie eksponując smukłą nóżkę.
– O, jaaaa! Faktycznie – krzyknął, a następnie pstryknął palcem i wskazał na moją głowę. – Fryzura! Obcięłaś włosy!
Mentalnie poczułam się grubsza i smutniejsza niż kiedykolwiek...
Chłopak, który od dłuższego czasu mi się podobał, w końcu zaprosił mnie na spacer. Po kilku godzinach w głowie zakiełkowała mi myśl, że coś z tego jednak będzie.
Tą samą myśl miałam, kiedy na pożegnanie powiedział kilka słodkich słów i przytulił mnie mocno.
I wtedy, kiedy posikałam się w spodnie, kiedy trzymał mnie w objęciach...
Szybko się pożegnałam jak gdyby nigdy nic i modliłam się, żeby tego nie zauważył.
Nie zauważył ;)
Mam starą trampolinę. Pewnej nocy usłyszałam, że ktoś na niej skacze. Początkowo pomyślałam, że to mama, która zwykła biegać wieczorami, nagle stwierdziła, że zamiast tego sobie poskacze.
Trampoliny (szczególnie stare) wydają charakterystyczny dźwięk, który bardzo mnie denerwował. Wstałam więc i podeszłam do okna, by zwrócić mamie uwagę, bo nie mogłam zasnąć. Ku mojemu zdziwieniu trampolina stała pusta. Stwierdziłam, że mogło mi się przesłyszeć i znów się położyłam. Wsłuchałam się i usłyszałam ten dźwięk ponownie. Znów podeszłam do okna i znów nic. Zdezorientowana i wręcz wystraszona zrobiłam to jeszcze kilka razy, aż w końcu zdałam sobie sprawę, że ten dźwięk to nic innego jak chrapanie mojego brata z pokoju naprzeciwko...
A ja byłam tak bardzo przerażona. :D
Od roku jestem z chłopakiem, który mnie szanuje i naprawdę się stara. Kiedyś powiedziałam mu, że mam cudzoziemskie korzenie, bo uważam, że nie ma w tym nic złego. Od kiedy to zrobiłam, jego bracia i rodzina zaczęli mi to wytykać. Przytyki i komentarze kilkanaście razy dziennie, co doprowadziło do małego załamania i nadszarpnęło z lekka związek. Moje cudzoziemskie korzenie to część mnie, ale codzienne docinki od rodziny mojego chłopaka ranią moje serce i osłabiają nasz związek. Zastanawiam się, czy jest sens planować przyszłość z kimś, kogo rodzina mnie nie akceptuje.
Parę dni temu pokłóciłam się z mężem. Zrobiłam mu awanturę o niepozmywane naczynia w zlewie, ale w głębi duszy miałam podejrzenia, że od jakiegoś czasu mnie zdradza. Teraz nie gadamy ze sobą.
Dziś rano, kiedy mój mąż był pod prysznicem, podjęłam decyzję o sprawdzeniu ostatnich połączeń, które wykonał. Rzuciłam się więc na jego komórkę i szybko znalazłam „dowód”. Okazuje się, że mój mąż regularnie wydzwaniał do jakiejś baby, którą zapisał sobie w telefonie jako „Lafirynda”. W przypływie wściekłości natychmiast zadzwoniłam na jej numer, aby stanowczo przedstawić jej moje zdanie na temat takich wrednych bab jak ona. W bojowym nastroju czekałam, aż osoba po drugiej stronie odbierze połączenie, gdy nagle dobiegł mnie dźwięk mojego telefonu. Spojrzałam na wyświetlacz... i zobaczyłam, że mąż do mnie dzwoni...
Chyba jednak jestem wredną żoną.
Dodaj anonimowe wyznanie