Jakiś czas temu na osiedlu, gdzie mieszkam, robotnicy remontowali jeden z budynków. W związku z tym postawili sobie w pobliżu przenośny kibelek. Akurat wracałam z pracy, gdy zobaczyłam grupę małolatów, którzy rechocząc jak głupi usiłowali toi-toia wywrócić. Podbiegłam z krzykiem i usiłowałam ratować człowieka, który miał paść ofiarą upiornego żartu gówniarzy. Chcąc uchronić kabinę przed upadkiem zaparłam się, ile sił, ale… drzwi się otworzyły i okazało się, że w środku nikogo nie było. Za to kibelek runął, przyciskając mnie do ziemi i zalewając cysterną fekaliów.
Słysząc mój krzyk, na miejsce przybiegło dwóch robotników. Jeden szczerząc się robił mi zdjęcia telefonem, kiedy mozolnie wygrzebywałam się spod szaletu, a drugi okazał się większym dżentelmenem i zapytał, czy nie chcę może chusteczki, aby chociaż sobie twarz wytrzeć...
Mówi się, że matka powinna zapewniać dziecku ciepło i poczucie bezpieczeństwa, a ojciec powoli je z niego wyciągać – uczyć życia, zachęcać do pracy, wspierać przy podejmowaniu ryzyka. U mnie było inaczej – mama miała mnie gdzieś. Po prostu nie lubiła dzieci, była przepracowana, męczyłam ją – nieważne. Efekt był taki, że mało się mną przejmowała. Nie była surowa czy nadmiernie krytyczna, po prostu mnie nie słuchała, nie pytała, co w szkole, nie proponowała wspólnego spędzania czasu. Wolała spędzać czas z dorosłymi znajomymi niż ze mną. Ojciec natomiast... był nadopiekuńczy. Bardzo.
Pamiętam z wczesnego dzieciństwa, że kiedy chodziliśmy po lesie i np. była tam jakaś górka, kazał mi poczekać z zejściem, szedł na dół i pozwalał mi schodzić dopiero wtedy, kiedy był pewny, że może mnie złapać. Cały czas bał się, że o coś się uderzę, że coś mi się stanie itp., do tego stopnia, że jego strach udzielił się mnie i jako dziecko nienawidziłam wszelkich sportów, bo wydawało mi się, że nie dam sobie rady i że to niebezpieczne i bardzo trudne. Jeździć na rowerze nauczył mnie starszy brat, a takie rzeczy jak skok przez kozła, stanie na głowie czy jakiekolwiek sztuki walki to dla mnie kosmos aż do dzisiaj.
Druga sprawa – ojciec nie uczył mnie pracować. Miałam się uczyć i mieć szóstki w szkole. Tyle. Poza tym nigdy nie kosiłam trawy, nie dokładałam węgla do pieca, nie robiłam prania, nie przygotowywałam rodzinie posiłków. Miałam w życiu etapy, kiedy próbowałam robić to sama z własnej inicjatywy – ojciec chwalił mnie pod niebiosa, po czym nie jadł moich „pysznych” dań i robił swoje, tak jakby moja praca była tylko taką zabawą na niby. Czasem trochę pogderał, że mu nie pomagam, po czym kiedy próbowałam, olewał to, zachowywał się tak, jakby moja pomoc nie miała żadnej wartości.
Dzisiaj mam mu to za złe. Mój narzeczony miał wymagających rodziców, którzy od dziecka wyznaczali mu obowiązki – jest sprawny fizycznie, zorganizowany, zna wartość pieniędzy i swego czasu. Ja, mimo wczesnej wyprowadzki z domu, nadal jestem chaotyczna i roztrzepana, często nie potrafię podjąć najprostszych decyzji, a jakakolwiek krytyka pod moim adresem sprawia, że nie chce mi się żyć i czuję się beznadziejna (pochwały zlewam, bo jestem do nich przyzwyczajona jak do powietrza).
Mam wrażenie, że swoim postępowaniem mój ojciec zrobił ze mnie życiową mameję.
Od pewnego czasu zawsze mam przy sobie 0,5 litra. Spytacie dlaczego? Ano dlatego, że nigdy nie żałowałem, że mam, a wiele razy żałowałem, że nie mam.
Ugotowałam mojemu chłopakowi obiad, po raz pierwszy w życiu. To było w dowód miłości, bardzo się starałam. Gdy podałam do stołu, zapytałam, co on zrobi dla mnie w dowód miłości.
Odpowiedział, że „zje to”.
Ludzie cieszą się z wielu różnych rzeczy: prezentów, sukcesów, miłych słów lub gestów, posiadania rodziny.
Mnie natomiast najbardziej cieszy, kiedy uda mi się zrobić kupę zaraz po śniadaniu, przed wyjściem z domu.
Nosiłam przez tydzień te same ciuchy, żeby udowodnić rodzicom, że nie zwracają na mnie uwagi. Nie zwrócili.
Od dobrych kilku lat jestem szczęśliwą mężatką. Od pewnego czasu prowadzimy z mężem podwójne życie. Nie, nic w stylu: za dnia pięknością, w nocy zaś szkaradą... lub Batman itd.
Jesteśmy kochającą się, pozytywną parą z gronem wspaniałych znajomych. Oboje pracujemy i jesteśmy zwykłą klasą średnią naszego społeczeństwa. Z tą różnicą, że od czasu do czasu zatapiamy się w rozkoszach cielesnych. Skracamy swoje granice i czerpiemy z tego radość.
W skrócie: uprawiamy swing. W różnej postaci: mężczyźni, kobiety, pary, starsi, młodsi, bi. Zależy od ochoty. Czasami obydwoje, czasami jedno jest obserwatorem i dołącza w trakcie itp.
Oboje tego chcieliśmy i się w tym odnajdujemy. Nie mamy przed sobą tajemnic, żadnych. Wręcz przeciwnie, umocniło to nasz związek. Po moich kompleksach i wstręcie do seksu, który mi towarzyszył przez długi czas, nie ma śladu. Mąż za to jest dumny, kiedy inni są pełni podziwu naszych umiejętności i ciał. Oczywiście nic nie dzieje się z przymusu, zawsze wspólnie ustalamy do czego może dojść (między sobą i towarzyszami zabawy) i gest świadczący o tym, że któreś ma dość oraz dana sytuacja jest dla któregoś emocjonalnie krańcowa.
Co w tym anonimowego? Wszystko. O naszym drugim życiu nie wie nikt oprócz ludzi, z którymi się spotykamy, a którzy znają tylko nasze imiona. Kiedy napomknęłam w pracy o takim stylu, to spotkałam się z oburzeniem i stwierdzeniem, że to chore i obrzydliwe. Większość z was też tak pewnie uzna. Ale to po prostu moje anonimowe wyznanie, stylu życia nie zmienię pod czyimś wpływem. Zyskałam pewność siebie, samozadowolenie i cudownego towarzysza, a nie tylko męża. Będę dalej to robić. Musiałam to komuś wyznać (pochwalić się :D).
PS Właśnie idziemy na spotkanie z "przyjacielem" B-)
Kiedyś odwiedzając mojego byłego już chłopaka w jego domu rodzinnym natknęłam się w otwartym salonie połączonym z kuchnią i przedpokojem na jego ośmioletniego brata robiącego kupę do nocnika przed telewizorem, bo przecież nie mógł przegapić fajnej kreskówki. Moja mina i zniesmaczenie na unoszący się w całym domu zapach - bezcenna. Nikt oprócz mnie nie widział w tym nic dziwnego. Ot i cała historia
Spóźniłam się dzisiaj na pierwszą lekcję, która rozpoczęła się o godzinie dziesiątej. Czy to dlatego, że późno wstałam? Nieee, na nogach byłam już po szóstej. Żadnych korków nie było – chodzę do szkoły na piechotę. Co więc było powodem mojego spóźnienia?
Od tygodnia pada deszcz, co powoduje, że na chodnikach roi się od ślimaków. Początkowo to ignorowałam, ale setny rozdeptany/rozjechany ślimak doprowadził mnie do łez i przez dobre dwadzieścia minut łaziłam i przenosiłam ślimaki, która akurat zauważyłam na trawę.
Pani od polskiego chyba nie uwierzyła w moje wytłumaczenie...
Mamy rodzinną firmę, która znajduje się w starym budynku, w którym z kolei była inna firma X. Czasem przychodzą do nas starsi ludzie, którzy w niej pracowali, żeby pogadać i pooglądać co robimy itd. Nie ma z tym problemu, zawsze są mile widziani i często pomagamy im z pierdołami typu "telefon nie działa", bo tak się składa, że nasza działalność jest z tym trochę związana.
Historia właściwa:
siedzę sobie w biurze, siostra przy komputerze obok i dziubiemy jakieś tabelki. W pokoju obok mama i brat pomagają starszej pani, która kiedyś była wychowawczynią w przedszkolu dla dzieci pracowników firmy X. Coś tam robią z telefonem i gadają. Miałam coś do zrobienia, więc wchodzę do nich do pomieszczenia i załatwiam sprawę. One akurat kończyły, a mama kazała mi starszą panią odprowadzić. Idę z nią i mnie pyta:
- Jak wakacje?
- Nie mam wakacji. Rodzice gonią nas do roboty.
- A co byś robiła w wolnym czasie? Wychodziła ze znajomymi?
- Gdybym miała czas, to bym chciała poczytać.
Tutaj siorka wspina się na szczyt swoich możliwości śmieszkowania i woła z biura:
- Przecież ty nie umiesz czytać!
Stary żart, ale starsza pani wzięła to do siebie. Pyta zatroskana, czy znam alfabet. Myśląc, że żartuje, odpowiadam:
- Umiem tak A, B, C, D i E. Do F, G i H nigdy nie doszłam.
Siostra się chichra, ja też, mama i brat podsłuchują, też rozbawieni. Pani zdziwiła się i tak jak stała, zaczęła mnie uczuć alfabetu. Dawała mi rady, jak zacząć naukę, kazała przeliterować parę słów i przepisać alfabet drukowanymi literami.
Myślałam, że teraz to ona żartuje, ale nie. Ona naprawdę chciała nauczyć mnie czytać. Myślałam, że zaraz ktoś wyskoczy i powie "it's a prank, bro!".
Słucham jej, dochodzi do mnie, że ona tak na serio. Wybawił mnie telefon. Pani widząc, że on trochę potrwa, pożegnała się i powiedziała, że jeszcze wróci mnie pouczyć.
Wróciła i się o mnie pytała (zaczął się rok szkolny i byłam już w szkole, w internacie). Chciała się umówić na lekcję. Biadoliła, że taka mądra dziewczynka nie umie czytać.
Ona dalej tak myśli.
Pytanie: znacie jakiś fajny elementarz? Trochę szkoda mi jej odmówić, bo wyglądała na bardzo zadowoloną, gdy bezbłędnie przeliterowałam słowo "abecadło" ;)
Dodaj anonimowe wyznanie