Jestem studentką medycyny. Na wstępie wyjaśnię, że wielu studentów pierwszego roku do nauki anatomii nabywa czaszki (w sposób legalny lub mniej). Co prawda taki 'gadżet' nie jest konieczny, ale znacznie ułatwia wyobrażenie sobie i naukę tych wszystkich bruzd, kanałów, wyrostków, itp, które znajdują się w ludzkiej czaszce. Jak łatwo się domyślić, ja również taką czaszkę zdobyłam. Dokładniej mówiąc - pożyczyłam od znajomej mi lekarki, a oryginalną właścicielką czaszki była jej prababcia.
Pewnego dnia wracałam na weekend do domu. Jako że zbliżało się kolokwium i planowałam się uczyć, czaszka jechała w autobusie razem ze mną (oczywiście wcześniej ładnie zapakowałam ją w pudełko po butach i reklamówkę z Reserved, by nie straszyć współtowarzyszy podróży). Pech chciał, że z natury jestem roztrzepana i po 7h podróży wysiadłam z autobusu, a o pudełku z czaszką, leżącym na półce bagażowej, kompletnie zapomniałam... Uświadomiłam sobie o tym fakcie dopiero po odjeździe autobusu...
Koniec końców pudełko udało się odzyskać, nikt też na szczęście nie zaglądał do środka - tak przynajmniej sądzę, bo pan, który oddawał zgubę był spokojny i nie zachowywał się podejrzanie. Do dzisiaj jednak nie zapomnę tego strachu, który czułam, zastanawiając się, jak przyznam się lekarce, że zgubiłam jej prababcię...
Ostatnio mój mąż postanowił zapuścić brodę. Stwierdził, że to doda mu "prawdziwej, dzikiej męskości". Nie jestem przeciwniczką zarostu u mężczyzn, ale zdecydowanie wolę mojego lubego bez niego. Delikatnie zaczęłam przekonywać go, żeby może jednak się powstrzymał, że podoba mi się dokładnie taki, że będzie mnie drapał.. :) Ten jednak zawziął się tak mocno, że żadne moje słowa do niego nie trafiały.
Po dwóch tygodniach (przez pierwsze dni jeszcze protestowałam, później dałam sobie spokój) chodził już po domu zarośnięty i dumny. Wtedy właśnie wpadłam na genialny plan - pomyślałam sobie, że jeśli nawet to nie wypali, to odpuszczę i przyzwyczaję się do jego nowego wyglądu.
Tak więc, kiedy któregoś kolejnego popołudnia wylegiwał się przed telewizorem, postanowiłam trochę go podrażnić. Wiadomo, my dziewczyny mamy sposoby na to, żeby rozochocić swoich facetów. Kiedy już było po wszystkim, wstałam i powiedziałam, że mam nadzieję, że nie przeszkadzało mu to, że nie jestem ogolona.. ale to dodaje mi "prawdziwej, dzikiej kobiecości". (Dodam, że zawsze jestem, mówię zarówno o nogach jak i innych częściach ciała, bo lubię o siebie dbać). Uśmiechnęłam się do niego, puściłam oczko i wyszłam.
Jeszcze tego samego wieczoru zarost na twarzy mojego męża magicznie zniknął.
Jest północ, wracam styrany do domu po dniu ciężkiej pracy, biorę szybki prysznic i zasypiam obok swojej żony, z którą jesteśmy dopiero / aż rok. Godzina 4-5 nad ranem słyszę, jak ktoś beczy. Myślę sobie "pewnie mi się śni, nie otwieraj oczu". Nie otworzyłem - jestem lekarzem, miałem nocną zmianę, a za 7 godzin miałem wrócić do pracy uzupełnić kilka dokumentów. Musiałem się wyspać i odsapnąć.
Po kilku sekundach dostałem uderzenie w brzuch. Było tak silne, że początkowo myślałem, iż dostałem w krocze. Pomyślałem: "mam przejeb*ne". Wtedy usłyszałem piękny warkot mojej żony, która zaczęła prawić mi kazanie: "Jak możesz tak spać, kiedy ja tu leżę i płaczę? Nie udawaj że nic nie słyszałeś!". Mija może sekunda, a ona już na mnie leży, szukając pocieszenia. Obsmarkała mi całą klatę. Pomyślałem, że pewnie będzie miała okres, ale po ok 10 minutach powiedziała mi w końcu, o co chodzi.
Oglądała nad ranem mecz w siatkówkę Polska - Włochy i nie mogła przeboleć przegranej. Roześmiałem się. To był błąd nr 2: nigdy nie lekceważcie płaczącej kobiety. Tym razem to moje ramię miało zaszczyt odebrać uderzenie jej pięknej dłoni. Ona wybuchła jeszcze większym płaczem, a ja zostałem wyrzucony na kanapę. Nawet tam (salon od naszej sypialni dzieli długi korytarz) słyszałem jej niezbyt delikatny płacz, a po ok 5 minutach poczułem, jak wsuwa się pod moją kołdrę i wypłakuje się w moją szyję. Tak oto spędziłem kolejne 1,5 godziny - na pocieszaniu swojej żony po przegranym meczu. Przebolała wynik dopiero ok 7.
Nie poszedłem do pracy. Wyjaśniłem przez telefon, że zmarła mi teściowa. Na dowód odsunąłem słuchawkę od ucha, żeby było słychać płacz żony.
Nie chcecie wiedzieć co się działo, gdy Argentyńczycy przegrali z Amerykanami. A już na pewno nie chcecie wiedzieć co się działo, gdy Polacy pojawili się na najniższym podium. Na szczęście moje ramię i brzuch otrzymało długą i przyjemną rekompensatę :) A mówią, że to mężczyźni mają bzika na punkcie sportu...
Na początek wspomnę, że jestem typem osoby, która będzie miała straszne wyrzuty sumienia nawet wtedy, kiedy znajdzie 10 zł na ulicy i nie odda ich właścicielowi. Sytuacja zdarzyła się parę miesięcy temu, ale ja pamiętam ją dokładnie.
Poszłam do sklepu zoologicznego po karmę dla mojego uszatego. Szłam sobie spokojnie, kiedy nagle pod moimi stopami "pojawił się" czyiś portfel. Wahałam się, co mam zrobić, ale oczywiście go podniosłam. Otworzyłam, aby zobaczyć, czy w środku są jakieś dokumenty. Nic. Zero danych, żadnego nazwiska ani chociażby zdjęcia. Jedyne, co było w środku to karty do różnych sklepów i... pełno kasy. Jak wcześniej wspomniałam, zżerałoby mnie sumienie gdybym znalazła tyle pieniędzy i je sobie wzięła (nie wspominam, że pewnie miałabym przez to kłopoty). Postanowiłam, że zaniosę "zdobycz" do najbliższego sklepu, oddam kasjerce. Właściciel na pewno będzie szukał tam swojej zguby, więc wydawało mi się to dobrym pomysłem.
Najbliżej był właśnie zoologiczny, do którego zmierzałam. Radosnym krokiem, z myślą, że komuś pomogę pobiegłam do pani za kasą. Nie dało się pominąć faktu iż pani kasjerka do ubogich nie należała. Biżuterii na sobie miała więcej niż ja w całym domu, tapeta i fryzura "nie ma sylwestra, ale trzeba wyglądać, jakby był" robione chyba rano w salonie kosmetycznym, ubrania też nie z tych najtańszych.
- Dzień dobry, znalazłam przed sklepem portfel. W środku nie ma dokumentów, więc oddaję pani - powiedziałam z uśmiechem i oddałam znalezisko.
- Dobrze, bardzo dziękuję, z pewnością właściciel go znajdzie - odpowiedziała mi pani.
Szczęśliwa odwróciłam się i poszłam do półki z karmami dla małych zwierzaków. Jakiś czas potem zobaczyłam starszego pana, który wbiegł do sklepu, wyglądał na przerażonego. Podejrzewałam, że to on zgubił portfel więc cieszyłam się, że mogłam mu pomóc. Wtedy usłyszałam, że między panem a kasjerką wywiązał się taki dialog:
- Przepraszam, zgubiłem portfel! Nikt go tutaj czasem nie znalazł? - zapytał dziadzio.
- Nie, nic nie mamy. Niestety, ale żadnego portfela nikt nie przyniósł.
Nie chcę wiedzieć, jak bardzo czerwona ze złości wtedy byłam. Jak można być kimś takim? Ostro się wkurzyłam więc podeszłam szybko do lady i wypaliłam:
- Niech pani wybaczy, ale... Czemu pani kłamie? Przed kilkoma minutami oddałam pani portfel pełen pieniędzy!
Kasjerka spaliła buraka i wyciągnęła portfel z szuflady. Pan podziękował mi za pomoc i wyszedł, a ja nigdy więcej nie pojawiłam się w tym sklepie. Karmę kupiłam w innym sklepie.
Uważajcie na swoje portfele. I na te, które znajdziecie także.
Byłam w 6 klasie podstawówki, kiedy na lekcji wychowania fizycznego mieliśmy skakać przez kozła. Nauczyciel dla "bezpieczeństwa" uczennic, pomagał dziewczynom popychając je ręką (dokładniej to w tyłek), kiedy wybijały się od skoczni. Zawsze dobrze skakałam, więc powiedziałam wuefiście, że nie potrzebna mi pomoc.
Przyszła kolej na mój skok, więc rozbiegłam się jak zawsze, odbiłam się i przeskoczyłam kozła. W locie jednak poczułam, że pan zapomniał o mojej prośbie i popchnął mnie, poczułam też, że uderzyłam w coś stopą. Po chwiejnym wylądowaniu odwróciłam się i spojrzałam na nauczyciela, a konkretniej na jego zakrwawiony nos. Ja przestraszona, koleżanki z klasy na widok krwi zaczęły płakać. Stałam zamurowana, nie wiedząc, jak to się stało.
Nauczyciel poszedł do pielęgniarki i okazało się, że nos złamany. Pan, który był typowym żartownisiem, po powrocie do szkoły ze zwolnienia lekarskiego, kiedy przechodziłam obok niego w szkole, udawał przestraszonego i krzyczał: "Nie bij mnie już!".
Kiedyś jak byłam mała i miałam ok. 3 lat spałam w jednym pokoju z rodzicami (moje łóżko znajdowało się tuż obok ich).
Pewnej nocy przebudziłam się i zobaczyłam moich rodziców kochających się. Wtedy zapytałam: "Co wy robicie?", na co moja mama odparła szybko: "Przysiady!". Jako że wiedziałam, jak się robi przysiady, odparłam, że tak się ich nie robi. Po czym wstałam z łózka i zaczęłam pokazywać, jak się powinno prawidłowo wykonywać owe przysiady.
Kiedyś pojechałam do sanatorium, takiego dla dzieciaków. Było tam dużo dzieci z chemioterapii, ale nie tylko. Był tam też taki chłopiec, trochę starszy ode mnie, otyły, rudy, z wystającymi zębami. Myślałam, że jego problem zdrowotny to właśnie otyłość.
Niestety chyba bardzo mu się spodobałam, bo ciągle za mną chodził, przychodził do mojego pokoju wieczorami i tak sobie siedzieliśmy w niezręcznej ciszy. Tego dnia akurat postanowiłam się go pozbyć, przynajmniej na jakiś czas. Zaczęłam opowiadać mu zmyśloną historię, o tym jak wszystkich chłopców, którzy się we mnie kochają, zamykam w piwnicy, głodzę, a później odcinam im głowy i chowam do słoika.
Wszystko to mówiłam oczywiście z całkowitą powagą, a ten chłopak siedział z szeroko otworzoną buzią i gapił się na mnie. Dodałam jeszcze, że słoiki z głowami leżą na półce w domu i zawsze przed snem patrzę na nie, a one na mnie i w ten sposób nigdy nie czuję się samotna. Powiedziałam, że mam przy sobie jeden, ale dobrze schowany, żeby pielęgniarki nie zobaczyły. Kiedy "szłam po słoik", żeby mu go "pokazać", musiałam coś wymyślić, żeby nie wydało się, że kłamałam. Wyłączyłam światło i głośno ryknęłam "BUUUUUU!".
Chłopak spadł z krzesła i zaczął się telepać. Byłam pewna, że robi sobie ze mnie jaja, po tym jak odkrył, że go okłamałam. Śmiałam się i pomyślałam, że ma całkiem niezłe poczucie humoru. Jednak on nie przestawał się telepać, więc pobiegłam po pielęgniarki. Okazało się, że dostał ataku padaczki...
Do końca miesiąca już nawet na mnie nie spojrzał.
Ostatnio spotkała mnie dość smutna sytuacja... Mój chłopak mechanik wolał rozebrać mój samochód niż mnie.
Działo to się w ostatnią zimę. Szedłem jak zawsze co niedzielę na siódmą rano do kościoła. Tego dnia miałem straszny katar, więc musiałem parę razy się wysmarkać, zużyte chusteczki chowałem do kieszeni. Po drodze mam tylko jeden śmietnik - pod kościołem. Gdy byłem koło kościoła postanowiłem wyrzucić zużyte chusteczki do śmietnika, ale zanim to zrobiłem spojrzałem na kościelny zegar - była wtedy 6.55, więc się nie śpieszyłem. Po chwili chusteczki wyrzucone ja schodzę z krawężnika, robię dwa kroki, może trzy i poślizgnąłem się, wywinąłem orła i leżę na plecach na lodzie.
Tak mnie osłabiło że nie chciało mi się wstawać, więc poleżałem chwilę na ziemi. Zamknąłem oczy i pomyślałem, że trzeba być pokraką żeby takiego orła wywinąć. Po chwili postanowiłem się podnieść, bo leżałem już tak z 2 minuty. Dobrze, że przez ten czas nikt koło mnie nie przechodził ani nie przejeżdżał, bo pewnie wyglądałem jakbym wypił parę głębszych.
Powoli wstałem, odwróciłem się i zobaczyłem, że nieźle przyrąbałem głową w ten lód, ponieważ w miejscu uderzenia lód był popękany o wiele bardziej niż w miejscach gdzie stawiałem kroki. Miałem też dużo szczęścia, ponieważ moja głowa nie wylądowała dalej niż 10cm od krawężnika.
Ale bardziej zszokowało mnie to co zdarzyło się potem. Gdy przeszedłem przez kościelną bramę ludzie zaczęli wychodzić z kościoła - spojrzałem na zegar. Była 7.50. To co wydawało mi się, że trwało maksymalnie kilka minut w rzeczywistości trwało przez niemal godzinę.
Lipiec tego roku. Moi rodzice wraz z młodszym bratem wyjechali na weekend nad morze. Ja zostałem, aby opiekować się psami i ogrodem. Mieszkam w domu jednorodzinnym z poddaszem, w którym drzwi bez klucza da się otworzyć jedynie od wewnątrz. Korzystając z okazji zaprosiłem do domu kilku kolegów na tradycyjny, męski zestaw piwo + Fifa. Oprowadziłem ich trochę po domu i wyjaśniłem, aby uważali na drzwi, żeby nie zatrzasnąć się od zewnątrz. Zaczęliśmy rozgrywkę.
Po pewnym czasie dostaliśmy telefon od kumpla, że jednak się do mnie wybiera i jest już blisko, ale nie wie gdzie dokładnie mieszkam. Uznaliśmy, że wyjdziemy przed dom, wyprowadzając przy okazji psy na spacer. Gdy dotarł do nas dałem klucze koledze, aby wpuścił jednego psa do środka, podczas gdy sam wołałem drugiego. Nagle kolega od kluczy zawołał: „Wojtek, nie! Łap te drzwi!”. Szybko dotarło do mnie, co się właśnie stało – kolega, który właśnie przyszedł, nie miał pojęcia o mechanice tych drzwi. Pytam się kumpla od kluczy, czy ma je ze sobą – zostawił w środku.
Zostaliśmy zamknięci w nocy na dworze z jednym psem w domu, a drugim na zewnątrz i najbliższymi kluczami 500km od nas. Byłem totalnie wkurzony. Szybo jednak ochłonąłem i zrobiliśmy obchód dookoła domu, czy przypadkiem nie jest otwarte jakieś okno. Na dole w salonie były tylko uchylone, więc trzeba by jakiś wichajster zmontować, aby je otworzyć, a po ciemku to odpada. Jedyną opcją, aby dostać się do domu, było otwarte okno u mnie w pokoju na górze, które otworzył wcześniej kolega.
Wtedy uświadomiłem sobie, że jeszcze jeden zestaw kluczy powinien być u dziadka. Dzwonię – ma. Musieliśmy zdecydować, czy idziemy 3 km na pieszo do dziadka, czy wchodzimy przez okno. Odpowiedź mogła być tylko jedna – wchodzimy przez okno.
Niewiele myśląc wzięliśmy kosz na śmieci i postawiliśmy go na tarasie, wchodzę ale za nisko. Na kosz wszedł kolega i usadowił się na nim na 4 kończynach. Ja wszedłem na niego i tak udało mi się wejść na dach. Dach śliski, że o ja pier**le. Chwilę posiedziałem i stwierdziłem, że pora ruszać. Z dołu dało się słyszeć okrzyki: „O k**wa! Spiderman!". Szybkim krokiem udałem się na drugą stronę dachu, łapiąc się czegoś, co zasłania szparę między dachówkami, w miejscu gdzie dach „zakręca”. Dalej droga prowadziła przez panel słoneczny. Mając się czego trzymać z łatwością przedostałem się do okna. Podniosłem je wyżej i wsunąłem się nogami do pokoju, siedząc jeszcze na dachu. Wszedłem do pokoju, zszedłem na dół i otworzyłem im drzwi.
Ujrzałem kumpli płaczących ze śmiechu. Dotarło do mnie, że padłem ofiarą trollingu – kolega wcale nie zostawił kluczy w środku, miał je cały czas przy sobie. Zadzwoniłem jeszcze do dziadka, że już jesteśmy w domu, że kolega miał klucze przy sobie i wcale nie musieliśmy wchodzić przez okno. W ten oto sposób włamałem się do własnego domu.
Dodaj anonimowe wyznanie