Kilka lat temu, z powodu "kobiecych problemów", jak to określano w mojej rodzinie, wylądowałam w szpitalu, na Oddziale Ginekologii Operacyjnej i Onkologicznej. Sprawa wyglądała dość poważnie, byłam wręcz "medyczną ciekawostką", nie powinnam się więc dziwić, że gdy weszłam do pokoju badań ujrzałam speszone twarze grupy studentów trzeciego czy czwartego roku. Zrobiłam się pewnie czerwieńsza niż burak i odmówiłam ich udziału w badaniu - miałam 25 lat, nie wyobrażałam sobie, by ktoś poza lekarzami mnie "tam" oglądał, a co dopiero dotykał! Pani profesor nie próbowała mnie namawiać, poprosiła jedynie, bym została na koniec kolejki, żeby nie robić zamieszania z wchodzącymi i wychodzącymi co chwilę studentami. Zgodziłam się - przecież i tak musiałam siedzieć w szpitalu :)
Lekarze szczęśliwie postawili wcześnie diagnozę i na operację. Również tutaj miało być dwoje czy troje studentów, ale tym razem za namową mojej doktor prowadzącej, zgodziłam się.
Po zabiegu obudziłam się jeszcze na sali operacyjnej, pamiętam jak student pomagał mi, półgołej, przejść albo przetoczyć się ze stołu na łóżko, na którym mnie odwieźli na salę pooperacyjną. Nie byłam nawet jakoś bardzo speszona, ale pewnie działał na mnie jeszcze głupi jaś.
Następnego dnia rano nie obudziłam się i to co się działo wiem tylko od lekarzy i kobiet na mojej sali.
Już w nocy czułam się słabo, ale zignorowałam to, zwalając winę na znieczulenie, niedożywienie i stres. Rano pod salą stała grupka studentów. Jeden z nich zauważył na monitorze, że moje serce nie bije tak, jak powinno. Alarm włączył się podobno chwilę później, ale był "zupełnie inny, niż na filmach" i moje "koleżanki" myślałyby raczej, że monitor się popsuł, a pielęgniarka, która powinna być tam cały czas, wyszła tylko na chwilę (o co absolutnie nie mam pretensji - choć przez pierwsze kilka dni miałam - bo przecież każdy musi czasem choćby zrobić siku).
Reszta już była jak na amerykańskim filmie - sprawdzenie czy oddycham, uderzenie w pierś i masaż serca. W tym czasie jedna z dziewczyn pobiegła po lekarzy. Dostałam leki i skuteczny "strzał" z defibrylatora.
A piszę to z dwóch powodów. Po pierwsze, jeśli to przeczytacie, chcę Wam podziękować. Dziś pewnie już jesteście lekarzami i modlę się, i trzymam kciuki za was.
Po drugie, było mi strasznie głupio, gdy dowiedziałam się, że była to ta sama grupa, którą wyprosiłam z badania. Panie i Panowie, nie róbcie tego. Oni nie są tam po to żeby się z was śmiać albo zrobić wam krzywdę. Chcą zostać lekarzami, a pewnie większość z nich wciąż chce być dobrym lekarzem i ich mózgi nie są wyprane pociągiem do kasy. Nie nauczą się inaczej, niż na pacjentach, a chyba lepiej, żeby zrobili to pod okiem doświadczonych lekarzy, niż sami, gdy już będą mogli leczyć ludzi. Ja już nie popełnię takiego błędu :)
W życiu każdej szanującej się pięciolatki przychodzi taki moment, kiedy uznaje za stosowne poinformować świat, kim zostanie, jak dorośnie. Kim wobec tego chciałam być ja? Nie piosenkarką, nie księżniczką, ani nawet nauczycielką. Odpowiedziałam pewnego razu, że zostanę neonatologiem - nie tak całkiem bez powodu.
Pięć lat wcześniej raczyłam bowiem pojawić się na świecie o trzy miesiące za wcześnie, wydarzenie to wzbogacając jednocześnie o rozmaite atrakcje dodatkowe w stylu masy urodzeniowej 907 g czy uszkodzenia siatkówki. Znaczenie słowa znałam więc doskonale, ale mimo wszystko - nikt mojego zapewnienia nie wziął wówczas na poważnie.
Dziś studiuję medycynę i zgadnijcie, którą specjalizację w pierwszej kolejności biorę pod uwagę :-) Wymarzyłam sobie dodatkowo pracę w pewnym szpitalu klinicznym - tak, dokładnie tym samym, w którym ponad dwadzieścia lat temu przyszłam na świat. Kto wie, może kiedyś to ja uratuję jakieś małe życie, któremu będzie spieszyło się na ten świat trochę za bardzo... :-)
Piszę tu w ramach przestrogi... Mam nadzieję, że dziewczyny co przeżyły to co ja, zrozumieją, że nie są same... I że z każdej sytuacji jest jakieś wyjście.
W wieku 17 lat wyprowadziłam się z domu do chłopaka. Wiadomo, początki zawsze są piękne, miłe... ale często staje się tak, że przestaje być tak dobrze. Przez cały rok żyłam jak w bajce, ba! Nawet przestałam się uczyć, gdyż po prostu nie starczało mi na to czasu, sprzątałam, prałam i gotowałam, myśląc o założeniu gniazdka jak i o potomkach.
Wszystko zmieniło się pewnej nocy, pamiętam to jak dziś, gdy ON się napił na wieczorze kawalerskim kolegi, wrócił do domu budząc mnie przy tym i jak nigdy nic rozpoczął awanturę. Wypominał mi błędy z przeszłości, rozwalał wszystko co popadnie. Jednakże wiadomo, co mogłam począć? Swoją głupotą nie miałam nic, pracy, skończonej szkoły średniej, "wjechał" mi tak na psychikę, że w końcu udało mu się wmówić, że bez niego nie mogę nic.
Męczyłam się tak przez dobre 4 lata, poniżana, przestraszona, nikomu nic nie mówiąc.
Jednak pewnego dnia wszystko się zmieniło, pomyślałam, że z nim czy bez niego, że dam jakoś radę, skoro tyle już wytrzymałam. Gdy go nie było, spakowałam wszystkie swoje rzeczy i trzy kilometry niemal przebiegłam obładowana do swojej matki. I choć stało się to dość niedawno nie żałuję, serce boli, bo mimo wszystko i tak go kocham, dalej się czuję malutka, dalej tęsknię. Lecz wiem, że muszę być silna i choć bardzo boli, staram się powrócić do życia, wiem, że nie mogę tam wrócić i że choć nie mam nic, postaram się zawalczyć o siebie. Więc dziewczyny... Mam nadzieję, że choć jedna, która jest w podobnej sytuacji w jakiej byłam ja, gdy to przeczyta, zrozumie, że stać ją na więcej i że najważniejsze jest zadbać w takim momencie o siebie, o swoje zdrowie, bo utrata osoby, którą ty kochasz, a która nie kocha ciebie, nie jest warta tylu nerwów, łez i tylu upokorzeń.
Historia miała miejsce około 3 dni temu, gdy wracałam do domu autobusem.
Obok mnie przysiadł się chłopak, na oko w moim wieku (17 lat). Bardzo głęboko spojrzał mi się w oczy, ten wzrok był tak przeszywający, że oniemiałam. Powiedział do mnie "hej". Ja oczarowana jego uśmiechem, nie zastanawiając się odparłam "hej". Chłopak kontynuował rozmowę, a mi jak nigdy zaczął plątać się język. Gdy już zbliżał się mój przystanek, ten chłopak dał mi całusa w policzek. Ja oszołomiona i cała w skowronkach wstałam i się tylko uśmiechnęłam.
Po chwili mój książę wstał, podszedł do grupki chłopaków stojących na końcu autobusu, przybił pionę, zaczął się śmiać i powiedział do kolegi:
- I co? Zakład wygrany, dupa wyrwana, a ty stawiasz mi browara.
Gdy wychodziłam z autobusu tak mi było przykro, że do domu wracałam ze łzami w oczach. Wiem to głupie, ale poczułam się tak jakoś wykorzystana, nie polecam tego uczucia...
Kiedyś (jakieś 2 lata temu) gdy wróciłem do domu po męczącym dniu w pracy, zastałem moją ukochaną dziewczynę z miną męczennicy, siedzącą na kanapie z pudełkiem ciastek. Myślałem, że może ogląda jakiś fajny film, więc podszedłem i chciałem ją przytulić. Wtedy jej mina zmieniła się ze zbitego szczeniaczka na wściekłego cerbera. Usłyszałem tylko:
- Jeżeli życie ci miłe, radzę ci odsunąć się na odległość, z której nie będę mogła cię uderzyć, podrapać, kopnąć lub wyrządzić ci innej krzywdy.
Trochę się przestraszyłem więc dałem jej całusa i poleciałem na górę, oczywiście jak to facet, do kompa na gierki z kumplami. Zanim jednak zdążyłem włączyć komputer, pod podkładką pod myszkę zobaczyłem małą karteczkę z napisem:
"Przepraszam kochanie kobiece sprawy :* Jeżeli w jakiś sposób cię obraziłam lub skrzywdziłam, nie bierz tego na serio. Pamiętaj że cię kocham i to się nigdy nie zmieni :). PS: No może do przyszłego miesiąca ;)"
Tą karteczkę mam do dzisiaj. Zapisałem sobie na niej datę i staram się uważać na "trudne dni" swojej wybranki.
A teraz info dla facetów: Pamiętajcie żeby uważać na zachowanie swojej kobiety. Czasami jej zły humor nie zależy od niej.
Wprowadziliśmy się z chłopakiem do nowego mieszkania. Część ubrań w kartonach jeszcze nie została nam przywieziona, więc ze sobą mam dosłownie "komplety" na kilka dni.
Wstałam dzisiaj rano, zdziwiona, że mam w sobie trochę energii i nawet chce mi się iść do pracy. Jeszcze w piżamie ułożyłam włosy, zrobiłam makijaż, a ubranie się zostawiłam na ostatni moment, bo koszulę, rajstopy i spódnicę do pracy przygotowałam już wczoraj. Dreptam sobie w najlepsze do szafy, żeby założyć bieliznę.
Otwieram szuflady: nic. Kolejne: nic. Krzyczę do chłopaka. Okazało się, że włożył wczoraj wszystkie nasze rzeczy do prania i (ups) zapomniał go wywiesić. Tak oto zostałam bez majtek, stanika, jakichkolwiek spodni i skarpetek, z 10 minutami na wyjście. OK. Mam jeszcze tę spódnicę. Pomyślałam, że wciągnę na szybko jakieś rajtki i pobiegnę w kiecce do sklepu, sprawdzić, czy mają jakieś majtki.
Wchodzę do salonu, a tam nasz kot kuca w dziwnej pozie, dziwnie machając wąsami i patrząc na mnie ze skupieniem - sra na leżące na kanapie przygotowane tam wczoraj ubrania.
Do pracy nie poszłam. A z kotem nie rozmawiam.
Kraków. Wrzesień, w październiku miałam rozpocząć studia, więc wybrałam sie razem z kolegą do tego miasta w poszukiwanie mieszkania na wynajem. Co jest istotne w dalszej części opowieści, jestem wysokości ok. 180 cm wzrostu, kolega miał ok. 160 cm i był raczej postury tych słabszych.
Rzecz miała miejsce na dworcu PKP. Wyszliśmy z pociągu i zmierzaliśmy do jakiegoś kiosku kupić gazetę z ogłoszeniami. Ale nagle zrobiło mi się słabo i zaczął mnie boleć brzuch i klatka piersiowa i się przewróciłam. Kolega próbował mnie podnieść, ale "lałam" mu się przez ręce. Czasy, kiedy jeszcze nie każdy miał telefon, a mi się akurat rozładował (ładowarkę miałam, ale byliśmy na płycie dworca i kolega nie miał mnie jak przenieść gdziekolwiek, no i nie powiem - panikował). Ja nie byłam w stanie nic powiedzieć, mamrotałam tylko. Więc kolega prosił przechodniów o pomoc, prosił, żeby zadzwonili na pogotowie, żeby pomogli mnie przenieść na ławkę. Nikt nie pomógł, a ja słyszałam tylko "ćpunka". Nie, nie od jednej osoby. Od całego ogromu osób.
Kolega w końcu przetargał mnie jakoś przez dworzec i w kiosku ubłagał babkę, by zadzwoniła na pogotowie. Dyspozytorka poleciła się nie przejmować i wziąć Ibuprom. Ibupromu nie mieliśmy, wiec kolejna przeprawa do apteki na dworcu. Aptekarka jak mnie zobaczyła, bez pytania chwyciła za telefon i zadzwoniła po pogotowie, słyszałam tylko jak mówi "mają przyjechać jak najszybciej".
Przyjechał lekarz na motorze. Zobaczył mnie, telefon po karetkę.
Jechałam na sygnale do szpitala.
Tak. Miałam stan przedzawałowy.
Gdyby mnie kolega nie dociągnął do apteki, to nie wiem, czy bym teraz mogła pochwalić się, że dla przechodniów byłam zwykłą "ćpunką"...
Listopad 5 lat wstecz, mój najgorszy okres w życiu. Zostawił mnie wtedy mój pierwszy poważny chłopak i to w najgorszy możliwy sposób.
Poznaliśmy się kilka miesięcy wcześniej, jako że byłam osobą strasznie zakompleksioną, wrażenie robiła na mnie lawina komplementów usłyszanych od wyżej wspomnianego. Przychodził z kwiatami, wszystkie koleżanki się nim zachwycały, a rodzice już przyjęli go do rodziny.
No i nadeszły Andrzejki, impreza na którą mieliśmy iść, lecz musieliśmy z niej zrezygnować, bo złapała mnie grypa. Mój M. oczywiście nie chciał iść beze mnie i obiecał, że przyjedzie do mnie koło 17. Przed 17 napisał, że nie da rady, bo szykuje się na IMPREZĘ, gdyż koledzy go wyciągnęli. Oczywiście jak każda kobieta byłam obrażona, lecz on i tak się nie przejął. Bawił się tak dobrze, że jeszcze tego samego dnia znajomy wysłał mi zdjęcie mojego M. całującego się z rudowłosą dziewczyną. Zerwałam z nim następnego dnia.
Rozpaczałam pół roku, aż w moim życiu pojawił się kolejny chłopak. Połączyły nas na początku podobne doświadczenia (jego też zdradziła dziewczyna), a potem miłość. Dopiero dziś przejrzałam zdjęcia jego byłej dziewczyny i kogoś mi przypominała. Myślałam nad tym bezustannie i w końcu sobie przypomniałam.
Tak, to ta sama, przez którą zerwałam z tamtym chłopakiem.
Właśnie wróciłam ze szpitala... Jestem chyba jedyną osobą, która złamała środkowy palec u ręki podczas kąpieli. Nie, nie przewróciłam się, nie uderzyłam - po prostu wzięłam do rąk mydło i jakoś niefortunnie je złapałam... Usłyszałam tylko zgrzytnięcie i palec wygiął się w dziwny sposób.
To chyba czas zastanowić się nad sobą :D
Od zawsze uwielbiam zwierzęta. Mój tata również miał w sobie na swój sposób urok przywoływania ich, tzn. kilka razy już napotykał biedne zwierzęta i przygarniał je do domu.
Tego wieczoru nie było inaczej. Miałam jakieś 7-8 lat. Tata wyszedł z domu na 5 minut, żeby kupić w pobliskim sklepie chleb i wrócił z pięknym, czarnym kotem.
Kot był mieszanką persa i zwykłego dachowca - ale dla nas był niesamowity. Nazwaliśmy go Filip.
Jako, że mieszkaliśmy w dużym domu, kot każdego wieczoru wychodził przez sypialniane okno na taras, a potem (nie mam pojęcia jak) schodził na ziemię i podróżował po okolicy.
Był przekochany, jako nieduża dziewczynka kochałam się z nim bawić, chciałam nauczyć go nawet chodzić na smyczy i robić różne zabawne sztuczki. Był moim przyjacielem.
Lecz pewnego wieczoru Filip wyszedł z domu i nie wrócił. A wracał. Zawsze.
Bardzo bolało mnie, że mój ukochany kotek zaginął.
Rodzice, również załamani, tłumaczyli mi, że zapewne nic mu nie jest, że może poznał jakąś kotkę i że na pewno będzie szczęśliwy.
Długo zbierałam się po stracie Filipa, ale pocieszała mnie myśl, że na pewno dobrze mu się żyje.
Minęło kilka lat, w wyniku szkolnej wymiany przyjęłam na tydzień dziewczynę z Hiszpanii.
Tego wieczoru jedliśmy kolację, a mój tata rozmawiał z nią po angielsku o zwierzętach.
W pewnej chwili zaczął opowiadać o Filipie.
Myślałam, że zapewne powie tak jak jest to wiadome, że kot uciekł, ale on...
Powiedział, że niestety nasz kot zginął w strasznych okolicznościach. Nasz sąsiad skręcił mu kark i rodzice znaleźli go w naszym śmietniku.
Dawno nie płakałam aż tak mocno jak w tamtym momencie.
(Moja mama miała ochotę udusić tatę, który biedny zapomniał, że znam inną wersję tej jakże pięknej historii..)
P.S. Sąsiad nie lubił naszego kota, dlatego go zabił. Brak słów.
Dodaj anonimowe wyznanie