Mam dosyć sporo rodzeństwa.
Rano mój najmłodszy brat podszedł do mamy i spytał:
- Mamo, kochasz mnie?
Co na to mama?
- Oczywiście, że cię kocham. I Kasię kocham. I Monikę kocham. I Tomka kocham. I Olę też kocham.
Przysłuchuję się już temu dłuższą chwilę, ale mama najwyraźniej skończyła swoją wyliczankę. Krzyczę więc do niej z innego pokoju:
- Mamo, czy ty o mnie zapomniałaś?!
- Ano tak, wiedziałam, że coś za mało dzieci naliczyłam.
Auć!
Jak chodziłam do 2 klasy podstawówki, miałam koleżankę z klasy pierwszej. Nie miałyśmy jakichś bardzo bliskich relacji, ale zawsze zamieniłyśmy słowo. Pewnego dnia okazało się, że zginęła w wypadku. Została potrącona przez samochód, gdy jechała na rowerze. Był to prawdziwy szok i wiadomo jaka reakcja...
Przechodząc do sedna. Lata mijały, a dokładnie minęło 10 lat. Pewnego dnia, będąc już w liceum, mieliśmy spotkanie z policjantem. Było to spotkanie o wypadkach. Pokazywali nam zdjęcia, żeby nam uświadomić jak bardzo trzeba być ostrożnym na drodze.
I wtedy stało się... Wyświetlili zdjęcie mojej martwej koleżanki z zakrwawioną buzią. Momentalnie łzy strumieniem nalały się do oczu. Jako jedyna ze szkoły znałam tę dziewczynkę.
Policja nie zapytała o zgodę rodziców, nikogo. Byłam wstrząśnięta i oburzona zachowaniem policji.
Na szczęście nikt z jej rodzeństwa nie chodził do tej szkoły...
To uczucie, kiedy miałeś nadzieję, że wyjdziesz z friendzonu, ale okazuje się, że ona jest lesbijką...
Jako dziecko i nastolatka byłam niesamowicie nieśmiała. Nie wiem skąd się to brało, bo jestem stosunkowo inteligentna, a z urody zawsze było takie 7/10. Jednak ta moja nieśmiałość była wręcz chorobliwa.
Nie miałam znajomych poza szkołą (bo musiałabym do nich dzwonić, a tego się bałam, bo nie lubiłam się odzywać), nie chodziłam do sklepów (wymagałoby to interakcji z obcymi), gdy jadłam na mieście (chociaż rzadko, bo oznaczało to zamawianie) nie robiłam tego przy stoliku, ale w kabinie w toalecie (wstydziłam się, że brzydko jem i ludzie będą się ze mnie śmiać). Do lekarza nie chodziłam 3 lata, bo oznaczało to telefon do rejestracji lub stanie w kolejce wśród ludzi. Jak sami widzicie - kompletnie nie miałam życia. Do czasu.
Otworzył mnie mój chłopak - osoba znająca swoją wartość, w moich oczach momentami zbyt pewna siebie. Nauczył mnie żyć z ludźmi - sprawa niby banalna, ale nie dla mnie. Robił mi treningi - gdy chodziliśmy do barów, to ja musiałam składać zamówienie, inaczej wychodziliśmy. Nasze treningi trwają już kilka lat i mogę śmiało powiedzieć, że są efekty - stałam się na tyle odważna, że umiem nawet zagadać do kompletnie obcej osoby w sklepie czy komunikacji i zacząć rozmowę.
Jak widać dla najbardziej skrytych osób jest szansa, wystarczy tylko znaleźć odpowiednią osobę - niekoniecznie partnera, równie dobrze może być to przyjaciel czy ktoś z rodziny.
Witajcie! Piszę do was z tramwaju przy muzyce zgrzytów i trzasków, wybaczcie więc proszę i poprawcie wszelkie błędy.
Dzisiaj miałam egzamin, na który nie można się było spóźnić. Profesor jest starej daty i spóźnienie to wyrok śmierci. Egzamin to tzw. pamięciówka, więc dzielnie uczyłam się do wczesnych godzin porannych. Chciałam odpocząć i jakoś tak wyszło, że zasnęłam. Rano patrzę na zegarek - spóźniona. Wybiegam zrozpaczona, ale widzę tramwaj, może zdążę. Szczęście, prawda? Wróćmy teraz do początku wyznania. To był zły tramwaj. Trzymajcie kciuki za poprawkę.
W dzieciństwie mieszkałam na wsi.
Miałam 4 lata, mama wysłała mnie do sąsiadki pożyczyć szklankę cukru. Sąsiadki, która mieszkała za płotem, więc to dość krótki odcinek drogi jaki musiałam przebyć.
Pukam do drzwi, otwiera pani sąsiadka, a ja mimo tego krótkiego dystansu zapomniałam kompletnie po co przyszłam, próbowałam coś wymyślić na szybkiego, to powiedziałam:
- Dzień dobry, przyszłam powiedzieć, że mama zaprasza na kawę.
Jak wróciłam, to mama spytała gdzie mam cukier. Na co ja:
- Cukru nie ma, ale zaraz sąsiadka przyjdzie na kawę...
Od tamtej pory już mnie nie wysyłała do sąsiadów...
W liceum chodziłam do klasy z mulatem.
Przy końcówce semestru, nauczyciel patrzy w dziennik na oceny tego kolegi, które powalające nie były. Nauczyciel patrzy, patrzy i nie odrywając wzroku od dziennika, mówi wzdychając:
- Oj, ciemno to widzę.
Podnosi wzrok na kolegę i zmieszany dodaje szybko:
- Tak mi się tylko powiedziało...
Na szczęście kolega miał dystans do siebie ;)
Ja jak miałam może z 7 lat, weszłam na szafkę, żeby wziąć schowaną czekoladę. Żeby zejść, musiałam z niej zeskoczyć. Niestety, miałam wtedy krótkie spodenki i w trakcie zeskakiwania zaczepiłam się na uchwycie drzwi dolnej szafki. Wisiałam tak 5 minut złożona wpół, bo tata nie mógł powstrzymać śmiechu na widok jego wiszącej na uchwycie córki.
Do tej pory tatuś żałuje, że nie miał kliszy do aparatu.
Byłem na służbowym wyjeździe. Pięciogwiazdkowy hotel, widok na morze - żyć nie umierać. Na śniadaniu coś mi jednak zaszkodziło. Zaraz potem mieliśmy wyjeżdżać, więc czym prędzej pospieszyłem do pokoju. Dobiegłem do łazienki, siadam i... OGNIA. Kupa stulecia. Miałem mało czasu, więc starałem się szybko wyjść, ale za każdym razem chciało mi się od nowa. W końcu, po 10 minutach siedzenia, wreszcie się uwolniłem, spłukałem wodę i poszedłem realizować plan dnia.
Wieczorem, po powrocie, wchodzę do pokoju, rozkładam się na chwilę na łóżku, po czym stwierdzam, że jednak warto ostatecznie dokończyć to, co zacząłem rano. Ku memu zdziwieniu - woda w klozecie stoi po brzegi. Atak na spłuczkę nie pomaga. Kilometry papieru, które zużyłem rano skutecznie blokują odpływ. Szybkie rozpoznanie pomieszczenia pozwala mi stwierdzić, że w obrębie tego pokoju nie znajdę żadnej szczotki, którą mógłbym udrożnić toaletę.
I tu wpadłem na tak błyskotliwy pomysł, że złośliwy uśmiech nie schodzi mi z twarzy ani na chwilę. Nie mogę powstrzymać się od śmiechu, chociaż jestem sam. Wziąłem wieszak z szafy i zacząłem nim walczyć z tą zbitą kulką papieru. Nie było łatwo, ale udało się.
Wieszak odwiesiłem na miejsce.
Do dzisiaj jest mi za siebie bardzo wstyd, ale jednocześnie podnosi mnie na duchu fakt, że potrafię poradzić sobie w każdej sytuacji. Nawet tak poważnej.
Miasto pod Krakowem zaczynające się na W, gdzie po godzinie 20.30 nic się nie dzieje, może ktoś wie, o które mi chodzi. Godzina 21, wracam od dziewczyny, ubrany jestem jak normalny nastolatek, czyli niebieskie spodnie, niebieska kurtka i szara bluza dresowa, a że jest zimno, to miałem kaptur na głowie. Wchodzę w ulicę gdzie jest dość ciemno, bo lampy porozstawiane są co 50 metrów.
Naprzeciwko mnie wychodzi kobieta z psem i mężem. Nie wiem, o co chodzi z tymi stereotypami, że chłopak w kapturze to coś złego (my anonimowi już nie mamy takiego zdania). A więc małżeństwo na mój widok przechodzi na drugą stronę ulicy, nie wiem z jakiego powodu, może ze strachu.
Jestem już dość blisko, więc na nich spojrzałem. Owa pani ze strachem w oczach trzyma kurczowo psa, lecz pan nic sobie ze mnie nie robi i idzie luzem.
Minąłem ich i słyszę, jak ta pani mówi swojemu mężowi jaka ta dzisiejsza młodzież jest zła, jacy to są ci gangsterzy w tych kapturach i w ogóle panikowała tak, że dramat.
A ja jak już wspomniałem, jestem prostym chłopakiem wracającym od dziewczyny, lubiącym się luźno ubrać. ;)
Dodaj anonimowe wyznanie