Niedawno umówiłem się na randkę ze śliczną dziewczyną, więc wiecie.
Byłem gotowy do wyjścia, więc jeszcze szybko do kwiaciarni.
I właśnie wtedy przypomniała mi się historia właściwa - w kwietniu spotkałem się z weganką. Niby nic, ale powiedzcie mi: jak można zjeść różę od chłopaka?
Czytając anonimowe.pl zawsze myślałam nad dodaniem własnego wyznania. Ale żadna historia z mojego życia nie nadawała się do publikacji tutaj. Do momentu przed chwilą.
Warto wspomnieć, że jestem osobą lubiącą czekoladę. Jem ją w bardzo dużych ilościach, ale w dosyć niechlujny sposób. Czasami spore kawałki różnych słodyczy znajduję po chwili w przeróżnych miejscach, np. w staniku (wygodniej jest mi w bluzkach z dużym dekoltem) Dodam też, że mam sporą wadę wzroku, minusową, przez co czasami nie dowidzę wszystkiego.
Dzisiaj, chcąc upaść w objęcia Morfeusza, postanowiłam jeszcze iść w celu umycia zębów. Ale wtem, mój wzrok przykuła brązowa kulka na stoliku nocnym. Rozmiarem przypominała kuleczki czekoladowe. Nie byłam do końca pewna w jakich okolicznościach przyrody mogłaby się tam znaleźć czekolada, ale skoro nie znoszę marnotrawstwa dobrej porcji cukru - postanowiłam przyjrzeć się jej bliżej. A raczej pozwolić, by moje zęby przyjrzały się jej bliżej przed kąpielą.
Z gracją ujęłam ją w dłoń, by złożyć kuleczkę w ofierze mojej jamie ustnej i byłam już w połowie czynienia tegoż rytuału, gdy wtedy (dzięki ci, Panie!) dostrzegłam... poruszające się nóżki.
Tak, moi drodzy. Brakowały sekundy, a przez brak okularów na nosie ze smakiem (albo i nie) pożarłabym NAPOMPOWANEGO KRWIĄ KLESZCZA! Cały czas zastanawiam się, jak to cholerstwo urosło do aż takich rozmiarów. Przez lata trzymamy w domu koty i nieraz trzeba było wyrywać im ze skóry te wredne stworzonka, ale tak napitego kleszczuna w całej swojej karierze nie widziałam!
Tak że teraz taki mały morał, do wszystkich osób z wadą wzroku - przed najdrobniejszym posiłkiem ZAKŁADAJCIE OKULARY!
Oprócz mnie wie o tym tylko jedna z moich przyjaciółek, której kiedyś się wyżaliłam.
Gdy miałam 5 lat, moi rodzice się rozstali. Jako małe dziecko zupełnie nie rozumiałam dlaczego tak się stało, tym bardziej skoro koleżanki miały w domu mamusię i tatusia.
Często pytałam mamę czemu tata z nami nie mieszka i kiedy wróci. Bardzo za nim tęskniłam, pomimo że normalnie do tej pory utrzymujemy dobry kontakt, a dziadkowie od strony taty bardzo dużo pomogli mamie w wychowaniu nas: mnie i siostry.
Ale nie o tym.
Mama poznała faceta swoich marzeń - Marka. Od nowa się zakochała i to w człowieku, na którym mogła w stu procentach polegać. (Po latach, gdy mi o nim opowiadała, nie mogłam się nadziwić jak dobrym był facetem)
Ale przecież mama powinna być z tatą, więc czego chce ten facet?
Nienawidziłam go. Mając 8 lat modliłam się do Boga, żeby mama się z nim rozstała albo żeby Bóg go zabrał.
Tak, skoro mama się z nim nie rozstała, to chciałam, żeby umarł i zostawił nas w spokoju...
Po paru miesiącach Marek zachorował na raka żołądka. Nie wiedziałam wtedy co to znaczy, wiedziałam, że leży w szpitalu i że mama non stop u niego przesiaduje.
Kiedy wróciłam z ferii zimowych, na których byłam z tatą, dowiedziałam się, że Marek nie żyje.
Do teraz męczą mnie myśli, że życzyłam mu śmierci...
I dopiero po paru latach zdałam sobie sprawę co znaczy stracić ukochaną osobę i co wtedy musiała przeżywać moja mama, gdy przesiadywała na cmentarzu całe zimowe dni...
Powiem w wielkim skrócie, bo nie ma co się tu rozwijać.
Jak chodziłem do podstawówki (już nie pamiętam, która klasa to była, jakoś 1-3), to mieliśmy w jeden dzień na 11.40 do szkoły. W ten dzień o 9.00 zawsze szliśmy do kolegi, bo ten miał rano wolną chatę.
Pewnego dnia bawiliśmy się w wojnę, jako że nie mieliśmy swoich pistoletów, to ktoś zaproponował, aby pistoletami były penisy. Tak że większość zgodziła się (chyba z 2 osoby nie chciały wyjmować swojego sprzętu), zdjęła spodnie i walczyła na swoje "pistolety".
Chyba nie muszę mówić, jak się przeładowywało.
Przeczytałam wyznanie o oglądaniu porno przez ojca (#vFoFd) i pomyślałam, że opiszę czego ja doświadczyłam.
Mam 18 lat i mieszkam z rodzicami w bloku - takie małe mieszkanko: długi, wąski przedpokój, na wprost łazienka, po lewej kuchnia, po prawej pokój rodziców, a na końcu z lewej mój. Mam nadzieję, że jesteście w stanie sobie to wyobrazić - jeśli nie to dodam, że kiedy stoi się na środku przedpokoju, to widać w sumie całe mieszkanie (w tym - co ważne - monitor stojący u mnie na biurku).
Mój tata od lat, kiedy jest sam w moim pokoju, ogląda porno. Myśli, że zdąży wyłączyć, gdy usłyszy, że ja lub mama idziemy.
Pierwszy raz przyłapałam go, gdy miałam jakieś 10, może 12 lat. Byłam więc jeszcze dzieciakiem i mocno to przeżyłam. Od tego czasu starałam się iść "głośno", żeby miał czas wyłączyć, bo nie wyobrażacie sobie jak to jest krępujące. Chociaż ja oczywiście zawsze udawałam, że nie widziałam - tata udawał, że nie wie, że widziałam.
Choć po jakimś czasie był tak pewny siebie, że oglądał nawet gdy byłam w pokoju i np. czytałam u siebie na łóżku (wtedy monitor jest tyłem do mnie). Nie przewidział tylko, że wszystko odbija mu się w okularach - wystarczyło zerknąć na jego twarz i widziałam gołe panie.
Jakiś rok temu przyłapałam go jak walił gruchę (nigdy wcześniej tego nie robił). Tak, byłam u siebie. Gdy czytałam, zasłaniało go biurko (tak, książka mnie bardzo wciągnęła). Gdy wstałam, zaczął szybko zapinać sobie spodnie.
Mam już tego dość, a nie wyobrażam sobie z nim o tym porozmawiać (u mnie w domu NIGDY się o tych rzeczach nie rozmawiało). Od jakiegoś czasu specjalnie idę cicho, żeby za późno się zorientował. Żeby go speszyć. Ale nie wiem, czy to faktycznie coś da...
Od dziecka bardzo, ale to bardzo kochałam zwierzęta, zwłaszcza ptaki. Naprawdę, moja wymarzona woliera jest większa od mieszkania w którym koczuję. Dla kontrastu przedstawiam postać mojego ojca, który potrafi być skurwielem dla wszystkiego (i wszystkich), co według niego jest ewolucyjnie niżej od człowieka. Potrafił z całej siły, przy sześcioletniej mnie, PRAĆ dwukilogramowego psiaka, a potem cieszyć się, że przedstawiciel rasy szczekliwej jest taki ułożony dzięki jego technikom tresury.
Wracając do ptaków. Jako ośmiolatka byłam już mistrzynią w odnajdywaniu piskląt na słuch. Młode ptaki są mniej mobilne i mogłam podejść by się im przyjrzeć z bliska, cieszyłam się wtedy jak głupia. Często znajdywałam te istotki w opłakanym stanie - wtedy zabierałam je do domu i starałam się pomóc razem z siostrą. Takich przypadków było naprawdę sporo. Czasami wystarczyło po kilku dniach otworzyć okno na oścież, a czasami kopałam na łące dołek. Po jakimś czasie już nawet nie było mi smutno.
Któregoś upalnego dnia wróciłam z małą ziębą. Była naga, ślepa, leżała wśród pokrzyw obok ścieku. Nie wydawała żadnego dźwięku i była bardzo słaba. Obraz nędzy i rozpaczy, dawałam jej czas najwyżej do rana. Cóż, została u mnie o wiele dłużej.
Stała się moim przyjacielem - jak to u małych forever alone bywav- jedynym. Więź z nią urosła do czegoś więcej niż karmić-doglądać.
Jakiś czas później wróciłam ze szkoły i nie zastałam jej w moim pokoju. Sprawdziłam wszystkie kryjówki (ukrywałam ją przed wiadomo kim), potem przetrzepałam cały dom - nie ma. Prawie rycząc, chodziłam po okolicy do późnego wieczora i szukałam jej. Pytałam się o nią ludzi, ale nikt nie brał mnie na poważnie. Do domu wróciłam o szalonej godzinie 20, więc przywitała mnie awantura, a przy okazji dowiedziałam się, że ojciec wywalił ją przez okno z drugiego piętra, jak jakiegoś niedopała. Znalazłam ją następnego dnia rano, przytuloną do obskurnego kiosku. Martwą. Do dorosłości brakło jej najwyżej tygodnia.
Nie wiem, później w życiu spotkało mnie kilka gorszych i traumatycznych historii, a szklanki w oczach mam tylko przy tej. Tak naprawdę po trzynastu latach parę rzeczy pozostało bez zmian. Dalej jestem forever alone, dalej zdarza mi się przynosić po burzach ptactwo do domu. Tylko teraz to zawsze są gołębie, można już spotkać tu tylko gołębie.
Mam 18 lat. Ostatnio w szpitalu znalazła się moja babcia. W niedzielne popołudnie postanowiliśmy ją odwiedzić: ja, mój starszy brat, tata i dziadek, który ma 80 lat.
Wchodzimy na salę, chwilę rozmawiamy i jak to w lecie, w szpitalu jest bardzo duszno. Dziadek poczuł się słabo, więc usiadł na jednym z dwóch krzeseł znajdujących się na sali. Po pewnym czasie na salę wraca jedna z pacjentek w podeszłym wieku oraz jej synowa - landrynka po 30, wymalowana, ogólnie pani z "wyższych" sfer. Podchodzi do dziadka i z lekkim oburzeniem pyta, dlaczego zabrano jej krzesło oraz że za chwilę przyjdzie jej mąż i nie będzie miał na czym siedzieć. Myślimy sobie OK, pewnie jakiś starszy schorowany pan, trzeba ustąpić.
Po chwili wchodzi na salę pan przed 40, wyglądał naprawdę na silnego i zdrowego. Owa pani podsuwa mu krzesło i zachęca, aby spoczął. Sama wstaje ze swojego, kładzie na nim swoją torebkę i chodzi sobie po sali. Twierdzi, że zdąży się wysiedzieć w samochodzie, bo zaraz wracają. Mąż sugeruje, aby więc oddała krzesło mojemu dziadkowi. Ona go wyśmiewa i całkiem poważnie mówi, że przecież jej torebka nie będzie leżała na brudnej, szpitalnej sali.
Od gatunku moherowych babć zajmujących dwa miejsca w autobusie jest typ jeszcze gorszy. Wystrojone lalunie w szpitalach :)
Wszyscy uważają, że pogrzeby to niezwykle smutne uroczystości, jednak każdy kto mnie zna wie, że nie byłbym sobą, gdybym nie próbował w jakimś chociażby najmniej odpowiednim ku temu momencie zrobić lub powiedzieć coś śmiesznego - taki to już typ. Ale przejdźmy do rzeczy.
Parę lat temu, byłem w kościele lektorem i pomagałem przy nazwijmy to „organizacji” pogrzebów. Do moich jakże interesujących zadań należało m.in. przeniesienie z innej części kościoła - tuż pod ołtarz „katafalków”(czyli takich całkiem ładnych mebelków, przypominających nieco swoim kształtem klęczniki, na których podczas Mszy Świętej leżała trumna). Z reguły robiło się to w dwie osoby, zanim jeszcze nikogo nie było w kościele, i po tym jak już wszyscy wyszli - było to dosyć ciężkie i nieporęczne.
Jednak pewnego razu (z przypadków losowych) należało wszystko jak najszybciej uprzątnąć - tak więc zaraz po wyprowadzeniu trumny z kościoła zabraliśmy się za porządki. Żałobnicy mieli opuszczać Świątynię chwilę później. W tym samym czasie - razem z kościelnym złapaliśmy się za nasze mebelki i jak to zwykle bywało ja musiałem iść tyłem. Nagle potknąłem się, hacząc nieopacznie o dywan i lądując z impetem na chłodnej posadzce, zostając tym samym przygnieciony na oczach publiczności nie lekkim katafalkiem.
Możecie mi wierzyć lub nie, w życiu nie widziałem, żeby tak szybko i skutecznie rozśmieszyć opłakującą rodzinę zmarłego oraz pozostałą setkę ludzi.
Chciałabym napisać to wyznanie, aby osoby, które przeżyły podobne piekło do mojego wiedziały, że nie są jedyne na świecie. Zacznę prosto z mostu. Byłam przez lata wykorzystywana seksualnie przez własnego ojca. W ostatnich latach niestety również z penetracją seksualną. Przeszłam przez piekło, które pewnie trudno sobie wyobrazić. Ojciec zrobił sobie ze mnie dosłownie żonę, chodził ze mną na spacery za rękę, mówił, że mnie kocha, że jest zakochany i dumny, że taka piękna dziewczyna jest przy nim.
Pomiędzy mną a nim wytworzyła się dziwna więź. Mimo że mieszkałam z narzeczonym w innym mieście, byłam już dorosła i miałam pracę, skończone studia, to jak zadzwonił, trzęsłam się cała ze strachu, wymiotowałam i mimo wszystko jeździłam do niego. Podczas nocy następowało u mnie silne zjawisko dysocjacji - to jeden z najsilniejszych mechanizmów obronnych. Czyli jak ciało ni może uciec, to ucieka dusza - ofiary gwałtów wiedzą na pewno, o czym mówię. Poza tym wszystko wypierałam i zaprzeczałam. Byłam nerwowa, depresyjna (ciągłe myśli samobójcze), zalękniona, czasem agresywna, odosobniona. Bałam się wyjść do sklepu, na pocztę, odebrać telefon. Wewnątrz mnie działy się po prostu straszne rzeczy, aż trudno je tu wszystkie opisać.
W końcu mój narzeczony, a teraz już mąż, zaczął się tym martwić. Nie wiem jak mu się to udało, ale pamiętam jedynie jak leżę na podłodze w kuchni i rycząc o wszystkim mu opowiadam. Bałam się, że mnie zostawi. Bałam się, że zadzwoni do ojca, że będzie jeszcze gorzej, niż dotąd. ale tak się nie stało. Mój mąż tulił mnie bardzo mocno, leżał ze mną na tej podłodze w kuchni, o nic nie pytał. Powiedział, że jestem już bezpieczna, że nie pozwoli mnie nikomu skrzywdzić.
W następnym dniu miałam już umówioną wizytę u terapeuty, strasznie bałam się tam pójść, ale mąż mnie wspierał. Jestem w terapii już 5 lat! Z rodziną nie mam najmniejszego kontaktu. Kiedy bowiem o wszystkim ich poinformowałam, nikt mi nie uwierzył. A ponieważ jesteśmy zamożną, "inteligencką" rodziną, stwierdzili że albo mam schizofrenię, albo że chcę wyłudzić pieniądze. W opinii tej prym wiodła... moja własna matka, która nazwała mnie z wyrzutem chorą psychicznie! Dziś mamy z mężem cudownego synka, uczę się na nowo żyć, budować relacji z ludźmi i ze samą sobą.
Wiem, że nie jestem jedyna na świecie - niestety. Ponieważ chodzę na różne spotkania, natrafiam na swojej drodze ofiary nie tylko ojców, ale też i matek, dziadków i braci. Kazirodztwo jest wciąż wielkim tabu. Ale do tej pory z mojego doświadczenia wynika, że w takie historie nie wierzą albo same ofiary, które wciąż wypierają i zaprzeczają, albo sprawcy
Jeśli czytają to ofiary, to proszę idźcie na terapię! Nie jesteście same i można nam pomóc. Wiem, że lęk jest ogromny, ale postarajcie się zawalczyć o siebie. Warto!
Nie wiem, co siedzi mi w głowie, ale... Zacznijmy od początku. Od małego interesuję się survivalem, nieraz jeździłem na obozy itd. Naprawdę nie wiem skąd mi się to wzięło, ale od jakiegoś czasu wymyślam sobie drogi ucieczki z każdego miejsca w mojej okolicy, to z parku, to ze szkoły.
Historia właściwa: Wracam sobie ze szkoły, po prawej stronie mur, po lewej ulica. Idę, a nagle koło mnie zatrzymuje się jakiś dostawczak, kierowca pyta o drogę, ale coś mi nie gra... Tylne drzwi się otworzyły, a w moją stronę idą kolesie z workiem. W głowie szybka kalkulacja, przypominam sobie wszystkie amerykańskie filmy... Chcą mnie porwać! Wiec hyc przez mur i spieprzam ile sił w nogach.
Nie, nie gonili mnie, to byli panowie, którzy wywozili śmieci z koszy przy drodze...
Dodaj anonimowe wyznanie