Moja babcia ma... trochę nierówno pod sufitem. Nie jest to taki typowy moherek, ale jak jej odbije, to potrafi rzucić krzesłem (krzepka babunia w latach swej świetności była gimnastyczką). Dodajmy też, że jest jeszcze zatwardziałą chrześcijanką (tak, chrześcijanką, nie katoliczką). To tyle na wstępie.
Nie podoba jej się, że zaczytuję się w literaturze fantasy oraz s-f. No cóż, pomyślicie, bywa. Różnica od zwykłej niechęci wobec takich książek, a od uczucia, którym żywi je moja babcia, jest taka, że ona potrafi zabrać moje ukochane książki (do dziś płaczę za Silmarillionem) i... wrzucić do swojego kominka.
Pewnego dnia wymyśliłam z moim kolegą zemstę idealną. Mianowicie moja babuszka posiada całkiem nowoczesny telefon, na własne życzenie, tylko trochę słabo go ogarnia. Także ja tu przychodzę z "pomocą". Gdy w trakcie tłumaczenia tego i owego przyszła do niej "dobra przyjaciółka Krysia", postanowiłam działać. Pani Krysia odwróciła skutecznie uwagę, a ja w pęd i ściągam utwór Gojiry (death metal) na babciny telefon. Nazwę mojego kontaktu zmieniam na coś w stylu "- - :>>} {388c--", oraz przypisuję do niego indywidualny dzwonek - owy kawałek Gojiry.
O trzeciej w nocy dzwonię do mojej kochanej babci. Po kilku próbach odbiera, zlękniona:
Babcia: - Halo-o?
Ja: - No co tam babciu, jak tam książki grzeją? :D
Już nigdy więcej nie zabrała mi książek :D
PS: Potem okazałam "dobre serce" i zmieniłam jej dzwonek na domyślny, a nazwę kontaktu na moje imię :)
Gdy miałem 11 lat, dostałem do noszenia szczególnie w ciągu snu aparat na zęby.
Nikt nie wie, że w nocy czekałem aż rodzice zasną, żeby go wyjąć, lub po prostu go nie zakładałem i nikt nic nie zauważał. Po około roku pani powiedziała, że nie trzeba już aparatu, wszystkie zęby pięknie, prosto stoją. :)
Historia z czasów prehistorycznych.
Gdy byłem dzieckiem nowinką był kolorowy telewizor. Rodzice mieli już taki sprzęt, ale dziadkowie do których przyjechaliśmy na święta - nie. Na szczęście miałem ze sobą kredki i problem w mig naprawiłem. Podobno nikt jednak nie był zachwycony faktem wysmarowania całego ekranu starego "Neptuna" kredkami świecowymi...
Może kolor im się nie podobał ;)
Opowiem wam historię, za czasów kiedy byłem jeszcze dzieciakiem, miałem wtedy 10-11 lat.
Chodziłem sobie po swoim miasteczku, jako że byłem ciekawskim szkrabem, wstąpiłem do sklepu jubilerskiego. Zobaczyłem ładny pierścionek i powiedziałem do sprzedawcy:
- Proszę pana, czy może pan zostawić mi ten pierścionek? Kiedyś go kupię jak będę miał dziewczynę.
Kilka dni temu poszedłem do tego sklepu, poszukać czegoś dla mojej dziewczyny. Sprzedawca rozpoznał mnie, i powiedział że ma dla mnie pierścionek, który kiedyś sobie "zaklepałem".
Wczoraj się jej oświadczyłem!
Trzymajcie kciuki ;)
Historia o zamknięciu czyjejś mamy na balkonie pensjonatu przypomniało mi pewne wydarzenie z mojego dzieciństwa...
Jakieś sześć, może siedem lat temu, gdy mieszkaliśmy w bloku, na trzecim piętrze, zostałam sama z młodszym bratem. Rodzice jak zwykle kazali nam się zamknąć, ale wyjąć klucz z zamka. Jak to z dziećmi bywa, zapomnieliśmy o tym.
Rodzice wrócili późno, więc zdążyliśmy posnąć. Tata, po kilku próbach dobudzenia nas, postanowił wyjść przez okno na klatce na coś w rodzaju półki, biegnącej dookoła budynku. Biorąc pod uwagę, że nie jest on zbyt lekki, sama nie wiem, jak to go utrzymało.
Tymczasem sąsiadka na dworze patrzyła na jego wyczyny ze zdziwieniem. Tata wytłumaczył jej swoją sytuację i poszedł dalej, po czym przeskoczył balustradę naszego balkonu. Balkon znów zamknięty, więc przeskoczył znów balustradę, podszedł do okna w naszym pokoju i znów próbował nas dobudzić.
Spaliśmy jednak jak martwi. Tata wrócił na klatkę schodową, gdzie mama zasnęła na schodach, czego teraz się wypiera.
Historia kończy się rano, gdy im otworzyliśmy...
Długo nam to wypominali...
Ja wiem, że to Polska.
Ja wiem, że powinnam podchodzić do takich spraw z przymrużeniem oka.
Wiem, wiem.
Ale to co dziś widziałam, to rozwaliło mi mózg.
Stałam dziś w kolejce do KFC. Czekam sobie elegancko i nagle widzę taką Karynę, która podchodzi do tych urządzeń z piciem na dolewki i nalewa sobie tego picia do litrowych butelek....1....2....3....4, podchodzi kasjer i tłumaczy, że picie jest płatne. Karyna się uśmiecha i mówi:
- Dobrze, tylko tą butelkę dokończę.
Error mózgu gwarantowany.
Kilka lat temu byłam na rozmowie o pracę w biurze podróży. Kobieta, która przeprowadzała ze mną rozmowę, chciała sprawdzić, jak orientuję się w miastach Europy. Popytała trochę gdzie co leży, po czym zaczęła pytać o nazwy miast w innych językach. Gdyby jednak wszystko poszło dobrze, to wyznania by nie było. Zeżarły mnie nerwy i oczywiście musiałam palnąć coś głupiego...
- No dobrze... A proszę mi powiedzieć, Milano?
- ...Milanówek?
Pani się uśmiała, pracy oczywiście nie dostałam, mimo tego że dość szybko załapałam, co ja właśnie zrobiłam - ale pretensji nie mam, bo faktycznie wyszłam na debila. :D
PS. Jeśli Pani to jakimś cudem czyta, to proszę mi wierzyć, to było tylko chwilowe zaćmienie! :D
Wracam sobie dziś z zajęć tramwajem. Stoję na samym końcu pojazdu szynowego. Kawałek dalej, na poczwórnym siedzeniu siedzi babcia ze swoją wnusią, na oko mogła mieć maksymalnie 3 latka. Nagle mała zaczyna śpiewać na cały regulator: "Bara bara bara, riki tiki tak, jeśli masz ochotę, daj mi jakiś znak". Mina babci w stylu "dziecko, tylko się do mnie teraz nie przyznawaj".
Mała chyba doskonale to wyczuła i mówi do babci: "Babciu, ale dlaczego ze mną nie zaśpiewasz? Przecież to znasz". Babcia zrobiła się bardziej czerwona niż jej zimowy płaszczyk. Dawno nie popłakałam się ze śmiechu, a to wszystko zasługa małego człowieczka.
Tak tylko chciałam się tym tutaj podzielić. Szalenie poprawiło mi to humor, zwłaszcza, że w okresie jesienno-zimowym w komunikacji miejskiej jest jakoś bardziej ponuro niż zwykle :)
Opowiem Wam pewną historię o inżynierze ze zdolnościami aktorskimi, czyli o mnie :-)
Już od małego brałem udział we wszelkich przedstawieniach szkolnych, a w gimnazjum założyłem własny kabaret. Moi koledzy, a nawet część nauczycieli, uwielbiali moje improwizacje na temat szkoły oraz spontaniczne parodie tekstów z podręcznika.
W owym gimnazjum był język niemiecki. Każda klasa była podzielona na dwie grupy. Jedna z panią X, druga z panią Y. Pewnego razu naszej pani X nie było i cała klasa miała lekcję z panią Y. Tak się złożyło, iż grupa pani Y miała kartkówkę, a nasza grupa siedziała cicho w ławkach. Podczas tejże kartkówki zostałem oskarżony, cytuję:
- Ty to masz takie zdolności aktorsko-mimiczne, że ty mu oczami podpowiadasz. Ja cię przejrzałam, ty nie myśl sobie. Ty zamknij lepiej te oczy ty.
W ten sposób przesiedziałem całą kartkówkę z zamkniętymi oczyma i dusząc się ze śmiechu.
Swoją drogą, z kolegą na studiach wymyśliliśmy sposób pomagania sobie oczami :-)
Jestem egzaminatorem w ośrodku MORD. Wbrew pozornemu skrótowi, nie mordujemy tutaj ludzi. Chociaż niektórych może faktycznie by pasowało.
Wychodzę z założenia, że egzaminowany ma się czuć w samochodzie swobodnie, dlatego staram się wprowadzać dość luźną atmosferę. Mimo to, zdarzają się "kwiatki", które wam tutaj opiszę.
1. Chłopak, lat 19. 8 próba egzaminu praktycznego. Dojeżdżamy do ronda, wydaję polecenie, by na najbliższym skrzyżowaniu, czyli w domyśle na tym rondzie, skręcić w lewo. Zmiana pasa na lewy, bo tego wymaga procedura, dojazd do ronda i nasz "jastrząb" jak gdyby nigdy nic, wjeżdża pod prąd, skręcając w lewo. Wcześniej na pytanie, "To co się stało, że pan podchodzi 8 raz? Stres pana zjada?" odpowiedzieć nie potrafił. Ta sytuacja wyjaśniła mi aż za wiele.
2. Chłopak, lat nie pamiętam ile. Dojeżdżamy do skrzyżowania. Polecenie by skręcić w prawo. Pali się czerwone + warunkowa. Delikwent rusza z jedynki, zatrzymuje się przed linią. Widzę po lewej, że jedzie tramwaj. Szczerze? Przez myśl mi nie przeszło, że może spróbować ruszyć. W tym przypadku było też trochę mojej winy, bo nie przewidziałem takiego obrotu sytuacji. Oraz, że tak ruszy z kopyta. W tramwaj przywaliliśmy. Tłumaczenie? Przecież paliła się warunkowa.
3. Dziewczyna, lat 20. Oblała na parkowaniu prostopadłym. Na pytanie, czy chce, bym ją odwiózł do ośrodka, czy wraca na własną rękę, zaczęła się rozbierać i wyskoczyła do mnie z propozycją seksualną. Nie odpowiedziałem nic, tylko pokazałem jej kamery w samochodzie. Chyba nigdy nie widziałem kogoś speszonego, tak szybko się ubierającego. Wracała sama.
4. Kabareciarz jakich mało. Zdał, bo nie było powodu by go uwalać. Ale. No właśnie. Sprawdzanie świateł drogowych na placu. Podchodzi, pytam się, czy działa.
- Chyba działa,
- Chyba?
- Gra i buczy!
- Słucham?
- No działa, działa,
Całą drogę sypał sucharami jak z rękawa. Miałem z nim ubawu co nie miara. Ale jeździł dobrze, miał zmysł do tego.
5. Delikwent od pachołków. Nie wyjechał z placu. Na końcu koperty, na środku linii jest pachołek, do którego trzeba dojechać. Każdy, kto zdawał prawo jazdy, wie jak wygląda jazda po łuku. Delikwent cofa, wyprostował już samochód i chyba poniosła go fantazja, bo dodał gazu na wstecznym, nie zapanował nad kierownicą i wyciął wszystkie pachołki po prawej stronie, łącznie z tymi na kopercie. Aż się za głowę złapałem.
6. Najlepsze na koniec. Ruszanie na wzniesieniu. Za wzniesieniem jest brama wyjazdowa z ośrodka. Facet starszy ode mnie. Ruszył z takim impetem, że władował się czołowo wprost pod wjeżdżający drugi samochód egzaminacyjny. Oczywiście nie jego wina, tylko tego drugiego. Facetowi wcześniej dwukrotnie zabrano prawko.
Lubię swoją pracę, ale w jej ramach przychodzi mi czasami eliminować z dróg takich mistrzów kierownicy jak większość opisana wyżej...
Dodaj anonimowe wyznanie