#iPeNc

Sposób na zrobienie z siebie idiotki w warzywniaku:

- Dzień dobry, szpinak można kupić tylko w kilogramowej reklamówce?
- Tak.
- A jest szczaw?
- Nie ma.
- To poproszę pietruszkę.

No cóż, ale czego się nie zrobi dla wybrednej świnki morskiej, która nie chce jeść niczego, co nie jest zielone...

#yXsQI

Wracałem kiedyś do domu Bla Bla Carem. Podróżowaliśmy czwórką, sądząc po wyglądzie wszyscy byliśmy studentami w mniej więcej tym samym wieku. Kierowca (Paweł) zabrał mnie, jakiegoś chłopaka i dziewczynę, która, no nie powiem, była ponadprzeciętnej urody. Owa dziewuszka już w punkcie zbiórki zaklepała sobie miejsce z przodu obok kierowcy.

Od samego początku naszej wspólnej jazdy owa koleżanka bardzo chętnie rozmawiała z kierowcą, potem nawet zaczęła prawić mu komplementy, które były dosyć żałosne. Chłopak tylko uśmiechał się pod nosem, ale nic nie mówił. Dziewczyna nadal kręciła swoją bajerę, a że siedziałem za nią, to w pewnej chwili zauważyłem, że zaczęła jeździć mu ręką po udzie. Kierowca znowu się uśmiechnął, ale teraz spokojnie powiedział do niej:
- Słuchaj, jesteś ładna, atrakcyjna, wiesz, gejem nie jestem, ale mam dziewczynę, więc proszę weź tę rękę.
I delikatnie zabrał jej rękę ze swojego uda.

Na początku wydawało się, że laska się speszyła, ale po chwili znowu zaczęła pchać swoją rękę tam, gdzie była wcześniej, mało tego, w pewnym momencie złapała go za krocze.

Paweł nic nie powiedział. Momentalnie zjechał na pobocze, zahamował z piskiem opon, przeprosił nas na chwilę, wysiadł z auta, podszedł do bagażnika, wywalił bagaże dziewuszki, rzucił na asfalt kasę za przejazd od tej dziewczyny i kazał wypi*rdalać. Widać było, że ma w głębokim poważaniu to, że zatrzymał się na drodze, gdzie po jednej stronie był las, po drugiej stronie las, przystanku ani widu, ani słychu.

My z kolegą, który siedział obok w wielkim szoku, nie mogliśmy wydobyć z siebie słowa. W końcu wsiadł kierowca i odjechał, zostawiając dziewczynę na pastwę losu. Jechaliśmy kilka minut w zupełnej ciszy, którą nagle przerwał Paweł i ponownie przemówił spokojnym głosem:
- No co, szlauf wiedział, że mam dziewczynę, a nadal się do mnie przystawiał. Musiałem jakoś zareagować.

Reszta podróży minęła sympatycznie, rozmawialiśmy na różne tematy, a do sytuacji z byłą już współpasażerką nie wracaliśmy.

Nie znam i pewnie nie poznam dziewczyny Pawła, ale według mnie to największa szczęściara pod słońcem.

#W3drz

Nie wiem, czy to wyznanie jest bardziej o tym, jakim byłam kiedyś nieogarem, czy o tym, że taksówkarze zasługują na miano totalnych dupków.

Słowem wstępu - pochodzę z miasta pod Wrocławiem, jednak przyszło mi jeździć do Opola do lekarza.
Kilka lat wstecz, mam 17 lat, smartfonów jeszcze nie było, co za tym idzie - map i GPS-a też nie. Pojechałam sama do Opola pociągiem do lekarza. Trochę z wygody, a trochę ze strachu, że spóźnię się na wizytę, na dworcu podeszłam do taksówkarza i zapytałam, czy na Reymonta (gdzie mieści się lekarz) daleko i drogo. Powiedział, że nie i zaprosił do środka. Ucieszona wsiadłam i po jakichś kilku minutach byłam na miejscu (zapłaciłam ok. 20 zł). Zadowolona, że mam ogarnięte, w taki sam sposób wróciłam na dworzec.

Przez 2 lata raz na 3 miesiące jeździłam do Opola do lekarza, za każdym razem, nauczona doświadczeniem, wsiadałam do taksówki i jechałam do lekarza i z powrotem. Dopiero po 2 latach jak zwykle wsiadłam do taksówki i podałam adres, pan popatrzył na mnie i powiedział "Ale przecież to trzy kroki stąd, po co ma pani płacić za taki krótki przejazd?". Zdumiona zapytałam jak to, że od 2 lat tak jeżdżę i to samochodem jest daleko. Co się okazało? Że przychodnia jest 700 m od dworca, a przez te wszystkie lata (RÓŻNI!!) taksówkarze wozili mnie naokoło i kasowali za przejazd.

Nie, nie pomyślałam, żeby sprawdzić w internecie trasę, po pierwszym przejeździe stwierdziłam, że nie warto, bo daleko.

#oyEYu

O tym, jak z mojego powodu wybudowano na naszym osiedlu zamykany na klucz śmietnik.

Kiedy mając lat 20 mieszkałem jeszcze z rodzicami, to postanowiłem kupić sobie na urodziny... masturbator. Niby dorosły byłem, ale jakoś o posiadaniu takich urządzeń głupio było, żeby rodzice wiedzieli. Dlatego chowałem go w zamykanej na klucz szafce, a używałem tylko kiedy nie było ich w domu. Ogółem to strasznie niepokoiła mnie myśl, że rodzina mogłaby się dowiedzieć o posiadaniu przeze mnie czegoś takiego.

Gadżet okazał się nie być tak łatwy do czyszczenia, jak pisano o nim w internecie. Dlatego też zaniechałem jego używania. Znalazłem za to inną jego funkcję. Za każdym razem, kiedy będąc w domu musiałem wyrzucić prezerwatywę, to zamiast do kosza wrzucałem ją do środka tego masturbatora. W końcu wrzucając do kosza łatwiej było o jej znalezienie przez matkę czy ojca. Plan był prosty - kiedy rodziców nie będzie w domu, to wrzucę ten kawałek tandetnego plastiku i gumy do worka ze śmieciami. Proste rozwiązanie problemu, które gwarantowało zero myśli "a co jeżeli...".

No jednej rzeczy nie przewidziałem. Wizyty lokalnych meneli "szperaczy". Pamiętam tę sobotę, jakby to było wczoraj. Mój ojciec obudził mnie rano z tekstem "No musisz kurwa coś zobaczyć". Po czym kazał mi wyjść za blok. No i zobaczyłem... rozpierdzielony przy śmietniku masturbator i rozrzucone na chodniku prezerwatywy. Niby wiedziałem, że to moje śmieci, ale widok ten wywoływał obrzydzenie. Skoro obrzydzało to mnie, to co musieli czuć sąsiedzi?

Nikt oczywiście nie wiedział, że rozrzucony syf jest moją własnością. Natomiast mieszkańcy przez kilka kolejnych tygodni byli podzieleni na zwolenników szukania "producenta" odpadków oraz tych, którzy zawzięcie bronili ludzkiej intymności, zwalając winę na żuli. Zarząd budynku został zawiadomiony o zajściu (ponoć nie przez jednego lokatora) i po jakimś miesiącu przyjechała firma, która postawiła murowany śmietnik.

Czasami, kiedy któreś z rodziców wspomina tę sytuację zachwalając, jak to schludniej zrobiło się na podwórku, kiedy nie widać śmierdzących wózków na śmieci, to ledwo powstrzymuję śmiech zdając sobie sprawę, że to moja zasługa. No i bawi mnie, że nikt się o tym nie dowiedział. Wiem tylko ja i wy, drodzy Anonimowi.

#wkTBt

Zawsze, kiedy ktoś mi zajdzie za skórę, ponosi przykre konsekwencje.

1. Facet, który mnie zdradził, kilka dni później miał wypadek samochodowy. Jemu nic się nie stało, ale skasował ukochany samochód.

2. Kiedy zwolnili mnie z typowego korpo, każdy nowo zatrudniony pracownik odchodzi średnio po trzech miesiącach. Przez co mój były przełożony (który podjął decyzję o moim zwolnieniu) został zdegradowany na inne stanowisko.

3. Skoro już mowa o pracy, to w czasie studiów dorabiałam sobie w dobrze prosperującym fast foodzie. Odeszłam, kiedy szef zaczął się do mnie dobierać. Jakiś czas później bar został zamknięty.

4. Chłopak, który mnie wykorzystał, złamał nogę dwa tygodnie po tym, jak przestał odpowiadać na moje telefony.

5. No i ostatni, z którym się spotykałam, wrócił do swojej byłej. Wczoraj jego psa potrącił samochód.

Chyba muszę zacząć uważać, na kogo złorzeczę. Tylko pieska szkoda :(

#Fg5zN

Wiele jest trików żeby sprawić, że dziecko zje ze smakiem nielubiane danie, ale nigdy nie pomyślałam, że zadziałają one na prawie dorosłą młodzież.

Mój syn upierał się, że nie lubi lecza - wystarczyło zamiast ryżu podać do niego kluski spaghetti, posypać serem i voilà - pyszne bolognese gotowe.

Córka koleżanki niedzielny obiad zaczynała od drugiego dania - rosołu nie tknęła. A że zupki chińskie to najlepsze zupy na świecie, to wystarczyło ugotować z nich makaron i zalać pysznym rosołkiem. Dziewczę do tej pory nie wie, że zupkę jadło z kury, a nie CURRY ;)

#5IfPT

Moja mama wraz ze swoim partnerem i moją siostrą pojechali na wakacje, zostawiając mnie samego z bratem.

Dorabiam sobie w sklepie i tego dnia szef poprosił mnie, abym został, po mojej zmianie porannej do 14:30, jeszcze dwie i pół godziny w pracy. Po powrocie do domu, po dwunastu godzinach stałej harówy, miałem ochotę tylko i wyłącznie pójść spać. Więc gdy ujrzałem kanapę, położyłem się i zasnąłem.
Ze snu wybudziła mnie ogromna potrzeba skorzystania z toalety, około 22:30. Wchodzę do środka i od razu wyczuwam niesamowicie ohydny fetor. Patrzę w głąb tronu, a w środku widzę całkowicie płynne gówno. Idę do mojego brata do pokoju i retorycznie pytam się, czy ten potwór to jego sprawka i czemu nie spuścił wody. A on odpowiada mi z dumą "wiem, to niesamowite. czekam aż mi się telefon włączy, bo chciałem zrobić tego zdjęcie".
Dodam tylko, że mój brat ma 21 lat, a ja 17.

#uFyEg

Planując drugą ciążę postanowiłam udać się do ginekologa w celu stwierdzenia, czy wszystko jest OK i czy możemy się z mężem już zacząć starać o drugie dziecko. Podjęłam też decyzję o zmianie ginekologa - wcześniej chodziłam z nfz, teraz poszłam prywatnie.
Nowy lekarz okazał się dość przystojnym mężczyzną w okolicach 40. Byłam dość skrępowana podczas całej wizyty i gdy leżałam rozłożona na fotelu, w trakcie badania ginekologicznego lekarz spytał mnie, gdzie było wykonywane wcześniejsze cięcie cesarskie. Zestresowana ja, zamiast odpowiedzieć, w którym szpitalu mnie cięli, pokazałam lekarzowi bliznę po cięciu i dodałam - "O tu!".

#CcIzP

Od czasów mniej więcej 1-2 klasy podstawówki cierpię na zaburzenia obsesyjno-kompulsywne. Na początku nikt nie zwracał szczególnej uwagi ani na moje "rytuały", ani nawet na moje samopoczucie. Jak zgaduję, myśleli, że po prostu wydziwiam i udaję, no ale to było wtedy, jak o zaburzeniach psychicznych nikt nie mówił.

W liceum moja choroba zaczęła mi bardziej doskwierać i jeśli ominęłam jedną z czynności byłam w stanie myśleć o tym cały czas do momentu, w którym nie zrobiłam tego. Przykładowo - codziennie po przebudzeniu musiałam usiąść, położyć się, znowu usiąść i położyć się na dwie minuty i dopiero po tym mogłam iść się przygotować do szkoły czy chociażby na weekend. To z kolei ciągnęło za sobą szereg innych dziwacznych czynności.

W każdym razie pod koniec drugiej klasy dostałam diagnozę o chorobie i, tutaj uwaga, zostałam wyrzucona ze szkoły, bo dyrekcja stwierdziła, że jestem niebezpieczna. Do dziś nie wiem, kto i jak to stwierdził, bo przez całą swoją karierę szkolną na nikogo nawet nie podniosłam głosu i nie sprawiałam żadnych problemów. Jednak do klasy maturalnej zostałam zmuszona chodzić na drugi koniec miasta. I z ręką na sercu mogę powiedzieć, że było to jedno z najlepszych zdarzeń, jakie miały miejsce w moim życiu, bo mimo że i tak uważano na mnie i miałam podwyższony szczebelek (musiałam mieć więcej punktów na jakąkolwiek ocenę, dyscyplina większa i ogólnie tego typu rzeczy), to trafiłam na dobrych ludzi.
Najlepiej jednak wspominam nauczyciela wf-u, który wiedział o mojej chorobie i specjalnie dla mnie na rozgrzewkę zadawał te same ćwiczenia, o które go prosiłam, często mi pomagał w pracach, kilkakrotnie zapraszał mnie na obiad (żeby nie było jeść też musiałam o określonej porze i zazwyczaj, jeśli nie zdążyłam do domu na obiad - a tak najczęściej było - nie jadłam nic, a że on o tym wiedział, po prostu sprawiał mi takie "prezenty").
Jednak w końcu liceum się skończyło. Zdałam maturę, dostałam się na studia, na jakie chciałam, leczenie choroby ruszyło i wszystko się powoli układało.

Kilka dni temu, dobre siedem lat od skończenia szkoły, spotkałam tego poczciwca. Porozmawialiśmy, pośmialiśmy się, nawet zrobiliśmy parę ćwiczeń razem (byliśmy przy jakimś korcie tenisowym, chyba nikt nie zwrócił specjalnej uwagi). Muszę przyznać, że cieszę się, że się spotkaliśmy. Przypomniał mi dobre wspomnienia.
Dodaj anonimowe wyznanie