Mam znajomego, który bardzo lubi się przechwalać, jaki to on wspaniały i cudowny, bo wydał książkę. Mówi o tym na każdym spotkaniu, każdej imprezie i zawsze przedstawia swoją książkę jako dramat psychologiczny i śmieje się z ludzi, którzy w życiu nie wydali żadnej książki.
Ta...
Wydał ją w niezbyt ciekawym wydawnictwie, które jest w stanie wydać nawet 4000 stron, na których jest jedno słowo, byleby im zapłacić.
Książka to kolejny "romans" pokroju Greya.
Prawdziwa miłość jest poprzedzona gwałtem, gwałt w tej "książce" jest wręcz gloryfikowany.
Rzeczywiście, jest się czym chwalić.
Może niektórzy z Was pamiętają taką grę przeglądarkową pod nazwą "animili". Chodziło w niej o to, że dostawało się szczeniaka i codziennie nim "zajmowało".
Będąc w podstawówce postanowiłam zaadoptować takiego wirtualnego psiaka. Przez pierwsze dni bardzo o niego dbałam, po jakimś tygodniu jednak to mi się znudziło i zapomniałam o nim. Jakiś miesiąc później przypomniałam sobie i zalogowałam się, by sprawdzić co z moim pieskiem. Jak się okazało, trafił on do wirtualnego schroniska. Było mi tak bardzo przykro, zresztą do tej pory doskonale pamiętam widok małego yorka zamkniętego w klatce ze łzą ściekającą z oka i napis w stylu "nie zajmowałaś się Ciapkiem, więc trafił do schroniska i szuka nowego domu".
W tym momencie się popłakałam. Wywarło to na mnie tak ogromne wrażenie, że od tamtej pory nie jestem w stanie wyrządzić zwierzęciu żadnej krzywdy. Mam swojego psiaka i nigdy nawet na niego nie krzyknęłam, bo mam wrażenie, że przez to będzie mu smutno.
Niby głupia gra, a w jakimś stopniu wpłynęła na moje życie. A z powodu tamtego szczeniaka nadal mi jest przykro.
Ludzie nie przestaną mnie nigdy zaskakiwać..
Czwartkowy wieczór, siedzę sobie w domu i naszła mnie ochota na papierosa. Nie myśląc za wiele ubrałem buty, kurtkę i wyszedłem na dziedziniec. Odpalam, stoję sobie ładnie pod daszkiem, gdy nagle słyszę naprawdę (nie przesadzam) potężnego i ultra głośnego bąka... Rozglądam się i widzę przy wejściu do innego bloku kobietę, ładnie ubraną, na oko może po pięćdziesiątce. Spojrzała na mnie... zrobiła się czerwona jak burak i na cały głos powiedziała ''Co za chamstwo, ludziom już się nawet w spokoju wypierdzieć nie dadzą''. Po czym wściekła jak osa zniknęła za drzwiami do bloku..
Czy tylko ja mam to szczęście i dostaję ochrzan za niewinność? :D
Historia będzie dotyczyła mojej bardzo wierzącej cioci. Można rzec, że wiara jest sensem jej życia.
Osobiście nie jestem osobą praktykującą i dopóki nie narzuca mi swoich przekonań, nie przeszkadza mi to. W zwykłe, codziennie rozmowy wielokrotnie wplata słowa księdza z kazań. Zdarza się również, że poucza osoby wokół siebie, jak powinno wyglądać życie prawdziwego katolika, a co za tym idzie - każdej osoby, która ją otacza. Do dnia wczorajszego naprawdę szanowałam jej zapatrzenie w wiarę, natomiast jej morały traktowałam z przymrużeniem oka. Dlaczego akurat do dnia wczorajszego?
Otóż okazało się, że ciocia wyjechała (szczerze mówiąc nawet nie wiedziałam o tym, mam z nią sporadyczny kontakt) - ktoś pomyśli, co w tym złego? A to, że ciocia miała psa. Psem w trakcie jej nieobecności opiekowała się sąsiadka, tj. przychodziła do domu, dawała mu jedzenie, wodę, wyprowadzała na spacery. Nie byłoby w tym nic strasznego, gdyby nie to, że ciocia wyjechała MIESIĄC TEMU!!! Takie sytuacje zdarzały się częściej. Wiedziałam o jeszcze jednym takim wyjeździe, interweniowałam, chciałam, żeby oddała psa komuś, kto mógłby się nim zająć na co dzień, ale nie zgodziła się.
Wczoraj dowiedziałam się od rodziców, że podczas jej nieobecności pies zdechł. Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że to nie była kwestia niedbałości, a pies nie odszedł w męczarniach w domu, w smutku myśląc, że został opuszczony.
Brak słów. Brak słów na osoby, które uważają się za święte, a nie mają empatii do żywych stworzeń. Żałuję, że nie postawiłam na swoim. Bardzo.
Kilka lat temu moja ciotka zapytała się mnie, co chciałabym na urodziny. Ciotka do biednych nie należy, więc poprosiłam ją o profesjonalne markery do rysunku, zaznaczając, że one do tanich nie należą i w zupełności wystarczą mi 3-4 kolory. Nawet napisałam nazwę markerów na karteczce, żeby cioci z głowy nie wyleciało (dla chcących wiedzieć, koszt ok. 16 zł/1szt.) Ciotka pokiwała głową, "dobra, dostaniesz".
Nadszedł dzień urodzin, ja, uchachana od rana, ważny dzień itd., dostaję prezent od cioci...
Kupiła mi 12 mazaków.
Najtańszych, badziewnych mazaków, do kupienia za (sprawdziłam) 3 złote w markecie czy innym sklepie.
I pomijając fakt, że solenizantce kupiła prezent za 3 złote, a siostra dostała gigantyczną stertę słodyczy, to jeszcze miała śmiałość, żeby z dumnym uśmiechem stwierdzić:
- No, teraz masz te swoje mazaki, to mi narysuj coś pięknego - i oczekiwać na, zapewne, drugą Monę Lisę.
Nie powiem, wkurzyłam się, wzięłam pierwszy lepszy mazak, zrobiłam kilka kresek i dwie kropki i dałam ciotce ze słodkim uśmiechem i słowami "Proszę, ciociu, to jest kotek".
Ciotka się zapowietrzyła i już więcej na moje urodziny nie wpada. A ja jakoś nie żałuję.
W sierpniu moja siostra wychodziła za mąż. Ponieważ Piotr (obecnie już mój szwagier) jest z daleka, okazja żeby w całości dwie rodziny się poznały nadarzyła się dopiero w dniu uroczystości.
Jako świadkowa panny młodej od rana kursowałam między domem, kościołem a salą. W związku z tym praktycznie nie widziałam się z główną bohaterką tego wyznania - teściową mojej siostry. Nazwijmy ją Grażynka.
Wszyscy czekają przed kościołem, przychodzę ja. Odje*ana jak szczur na otwarcie kanału, w drodze na gołe ramiona zakładałam marynarkę. I już wtedy dostrzegłam krzywe spojrzenia Grażynki, jakieś szepty do teścia i lustrowanie wzrokiem panny młodej.
Z początku nie wiedziałam o co chodzi, wydało się dopiero na weselu.
Po wejściu na salę większość pań pościągała marynarki czy inne narzutki (upał ponad 30 stopni), i ja tak zrobiłam. I nastąpił wybuch.
Grażynka zobaczyła, że (tak jak podejrzewała!) mam wytatuowane obie ręce od ramion do nadgarstków. Zawał na miejscu, teatralny brak tchu i histeria. Że co jej Piotruś zrobił, wżenił się w rodzinę kryminalistów, że jak on mógł jej nie powiedzieć.
Wszyscy w szoku, nie wiadomo co robić, Grażynka szarpie teścia za rękę.
Historia skończyła się tak, że drama queen opuściła wesele i już na zabawę nie wróciła :) Do syna i synowej się nie odzywa i wciąż nie wie, że jej ukochany Piotruś sam ma kilka tatuaży :)
Dzięki temu, że moja przyjaciółka ma upośledzony zmysł węchu, mogę w jej obecności bezkarnie pierdzieć.
Moja teściowa powiesiła mi pranie, wyciągając je uprzednio z pralki...
...głównie czerwone majty, fifne staniczki i koszulki...
.... w dodatku nieuprane, bo stwierdziłam że nie wstawiam prania bo jeszcze wpadnie na pomysł żeby mi je powiesić, a jakoś głupio, żeby takie fikuśne stroje oglądała.
Więc włożyłam rzeczy do pralki i zostawiłam uchylone drzwiczki, żeby włączyć po powrocie do domu. Na moje pytanie, czy nie zauważyła, że pranie jest całkowicie suche, odparła że "myślała że moja pralka tak dobrze wiruje".
W tym roku urodził mi się młodszy brat, jest między nami 20 lat różnicy.
Pomyślałam, że w zasadzie jestem już w wieku, że przyda mi się doświadczenie z dziećmi, bo nie wiadomo, kiedy będę miała własne. Zabrałam się do przewijania.
Niestety nie wytrzymałam i obok kupy niemowlaka na dywanie znalazł się mój paw.
Mama nie była zadowolona z pomocy :/
Była to lekcja religii. Pani mówiła nam o najbardziej niebezpiecznych sektach. Zaczęła opowiadać o czarnych mszach, między innymi to, że na takiej mszy uczestnicy uprawiają orgię seksualną. Po czym katechetka spojrzała na mnie i powiedziała:
- Tak, tak. Wiem, że żałujesz, że cię tam nie ma.
Cała klasa wtedy wybuchła śmiechem. Zdaję sobie sprawę, że to był żart z jej strony, aby rozluźnić atmosferę i nic więcej. Ale rzeczywistość była taka, że wtedy naprawdę zacząłem sobie wyobrażać taką orgię i żałowałem, że w tym nie uczestniczę. Żart z jej strony okazał się czytaniem w myślach.
Dodaj anonimowe wyznanie