Najgorsze mikołajki w życiu?
Oto moja historia.
Na wstępie tylko wspomnę, że w gimnazjum (1 klasa) byłam odludkiem, nie gadałam z nikim w klasie, ponieważ nie umiałam gadać z ludźmi, nieśmiałość wynosiła u mnie poziom max. W związku z tym nikomu nie dopiekłam, no chyba że komuś przeszkadzała moja "cichość" sama w sobie.
Bardzo się cieszyłam na mikołajki klasowe, w domu mamie trąbiłam cały czas o tym, myślałyśmy jaki prezent za 20 zł mogę kupić osobie, którą wylosowałam. Mama bardziej się cieszyła, że ja coś dostanę, ponieważ prezentów na mikołajki w domu nie dostawałam nigdy (nie przelewało nam się, no i z tego powodu nie było u nas też takiej tradycji).
Przyszedł ten dzień. W klasie rozdawali prezenty (anonimowo, to znaczy kładliśmy je w jedno miejsce, po czym rozdawała jedna osoba wszystkim).
Dostaję swoją torbę. Zaglądam do środka, a tam jeden zgnieciony cukierek. Trudno. Odwijam papierek, a w środku... przeżuta guma. Nigdy wcześniej nie czułam się tak upokorzona.
Wróciłam do domu, mama dopytywała się jak tam mój prezent. Usłyszała, że dostałam kubek (który niefortunnie zbiłam na miejscu) oraz masę słodyczy, z których część zjadłam, a resztę rozdałam koleżankom.
Zabawne, przecież ja nie miałam koleżanek.
Miło było patrzeć chociaż jak się cieszy, że prezent mi się podobał, szkoda tylko kubka.
Byłam bardzo żywiołowym dzieckiem uwielbiającym zabawy na podwórku. Rodzice wielokrotnie powtarzali mi, żebym trzymała się blisko bloku i zawsze przychodziła na czas na posiłki, ale czas się dla mnie nie liczył i przebywanie w domu chciałam zawsze ograniczyć do minimum. No bo jak to tak, marnować cenne minuty na jedzenie obiadu, kiedy tam, za śmietnikami, zbiera się Tajne Zgromadzenie dzieciaków, na którym omawiane były losy podwórka?! Nie raz i nie dwa, spragniona, wolałam napić się deszczówki z kałuży, a przyciśnięta przez potrzebę sikałam w krzakach. Czas to zabawa!
Tego pamiętnego dnia zabawa była przednia. Dzień mijał bardzo szybko i przyjemnie przy chowanym i budowaniu bazy za starym magazynem. W pewnym momencie przycisnęła mnie potrzeba, ale nie siku - dwójeczka. Dwójeczka w krzakach i podcieranie liściem? No było, zdarzało się, ale czułam, że to nie jest dobry pomysł - szykowała się grubsza sprawa, a nie dwie kozie bobki. No cóż, w drodze ekstremalnego wyjątku - popierdując niebezpiecznie - poleciałam do domu.
Wbiegam do klatki na ostatnich oparach i zauważyłam szafę. Sąsiad wystawił na klatkę, pewnie będzie wyrzucał. Wbiegać po schodach na pierwsze piętro, czy może... Wahałam się przez ułamek sekundy. Wlazłam do sąsiadowej szafy, zamknęłam drzwi, zsunęłam getry w dalmatyńczyki i posadziłam takiego kloca, że nie powstydziłby się go dorosły mężczyzna. Jakimś leżącym na podłodze papierkiem podtarłam dupsko, podciągnęłam gacie, zamknęłam za sobą drzwi i wróciłam bawić się dalej.
Nie musiałam długo czekać na odzew. Wieść, że sąsiadowi ktoś nasrał do szafy, którą wystawił na klatkę ponieważ malował pokój, rozniosła się bardzo szybko. Bardzo chciałabym napisać, że żodyn nie wie, że to ja, ale... Umówmy się, że ze względu na niezbyt białą przeszłość byłam pierwszą podejrzaną. Na środku parkingu pan sąsiad wygarnął mi, że nasrałam mu do szafy.
Przez ten niecny uczynek dość długo dzieciaki wołały do siebie nawzajem "nie zaczynaj ze mną, albo nasram ci do szafy!". Chwała, sława...
Często jak idę ulicą, to mówię "cześć" do przypadkowych ludzi, których nigdy nie spotkałam. Uwielbiam ten wyraz ich twarzy, gdy są zakłopotani i nie wiedzą skąd mnie znają.
Nie mogę z tym żyć, muszę to powiedzieć, wyrzucić z siebie. Jestem szonem, zdradziłem moją dziewczynę. Nie jestem puszczalski czy coś w tym stylu. Chciałem tylko "spróbować czegoś innego"
Przepraszam, prawa ręko, uwierz, że nic nie czuję do lewej, jest dla mnie nikim.
Pamiętam, jak zaczynałam trenować i przychodziłam poobijana. Trener żartem zapytał, czy mnie chłopak bije. On naprawdę mnie bił.
Mając 20 lat, podczas brania prysznica wystraszyłem się swojej ręki. Wywaliłem się, rozwaliłem całą kabinę i rozciąłem sobie łuk brwiowy.
Nietypowy zbieg okoliczności, którym się jednak z oczywistych względów nie chwalę nikomu znajomemu.
Mam znajomą, która pracuje w biurze rzut beretem od mojego domu. Ja pracuję 15 min drogi autobusem miejskim dalej. Ona zaczyna pracę o 7:00, ja jeżdżę na 7:30. Dojeżdżamy tym samym autobusem w tym samym kierunku.
Pewnie już się domyślacie, co wykombinowałyśmy z takim pięknym układem. Aż szkoda by było zmarnować taką okazję.
Ona wsiada, kasuje bilet jednorazowy, jesteśmy umówione, którymi drzwiami autobusu wychodzi (ewentualnie SMS przy nagłej zmianie planów), podaje mi bilet do ręki i dojeżdżam na nim do swojego miejsca pracy. Po 8 godzinach sytuacja odwrotna. Kupujemy po połowie biletów na dany miesiąc i wychodzi nam taniej o około 20 zł na miesiąc na osobę niż przy zakupie sieciówki.
Akcja działa się jakieś 5 lat temu. Ale opowiedziałem o tym znajomym dopiero w tym roku.
Tytułem wstępu powiem, że jako małe 4-5-letnie dziecko zostałem dosyć dotkliwie podziobany przez kaczora (samca kaczki dla niewtajemniczonych), na wsiach kaczki często spacerowały po ogródkach, w stadkach zawsze był kaczor, który prężył się i syczał groźnie. Jako dziecko nie miałem pojęcia, że trzeba w takiej sytuacji uciekać, zaatakował mnie, a nim mama wieszająca pranie zdążyła przybiec i go przegonić, mocno mnie poturbował.
Czas na historię właściwą, rodzice jakiś czas później zaniechali hodowli kaczek, jednak gdy na świat przyszedł mój siostrzeniec, mama postanowiła hodować kaczki, by mały miał od dostatkiem świeżego i swojskiego jedzenia. I tak małe stadko znów pojawiło się na naszym podwórku. Od pamiętnego starcia z panem kaczorem czułem wyraźną niechęć do tych stworzeń, chociaż na szczęście już nie musiałem się z nim spotykać we własnym domu/ogródku. Kaczki, jak to miały w zwyczaju, spacerowały "eskortowane" przez samca w trakcie dnia.
Razu pewnego, gdy wróciłem z pracy, w domu nie było nikogo, po wejściu na podwórko zobaczyłem drób skubiący trawę poza wyznaczonym ogródkiem (ktoś nie domknął bramki), tak więc postanowiłem zagonić kaczki do ogródka, żeby nie paskudziły na trawnik i chodnik. Uchyliłem bramkę i zacząłem je przeganiać powoli z trawnika. Wszystko szło dobrze, do czasu, gdy 2-3 metry przed furtką pan kaczor stwierdził, że nie podoba mu się co czynię i stanął jak wryty, zaczął się stroszyć, syczeć i rozkładać skrzydła niczym do ataku. Tym razem jednak byłem na to przygotowany, jakby nigdy nic podszedłem i delikatnie podkładając pod jego brzuch stopę pchnąłem go w stronę bramki. To był błąd...
Po tym, jak go odrzuciłem, ruszył z szarżą na mnie. Poczęstowanie go "z buta" nie załatwiło sprawy, atakował ponownie drugi i trzeci raz. W końcu nie wytrzymałem i straciłem nad sobą panowanie, nie wiedzieć czemu użyłem pięści, kaczor po otrzymaniu ciosu padł jak nieżywy na trawnik... Patrzę na niego i nie wierzę w to co widzę, emocje nieco opadły, kaczor nadal leży i nie rusza się, pomyślałem "No pięknie, co ja powiem mamie? Mamusiu kochana, pobiłem się z kaczorem i ten umarł?".
Znając "procedurę" postanowiłem więc przygotować przegranego do rosołu. Tak, żeby choć rosół z niego był. Poszedłem więc do domu po siekierę, myśląc po drodze jak wytłumaczyć się rodzicielce. Nie umiałem znaleźć rozwiązania, na dodatek czekało mnie sporo niemiłej pracy.
Jakże uradowałem się, gdy podszedłem do "truchła" mego przeciwnika, a ten nagle odzyskał przytomność i bardzo błędnym krokiem powędrował w stronę reszty stada. Uff... mama później zwróciła uwagę, że stał się jakby mniej wojowniczy ;)
#metoo
Wiem o tym tylko ja i ten "facet". Gdyby sprawa ujrzała światło dzienne, w naszej rodzinie doszłoby do sporego rozłamu. Albo morderstwa...
Sytuację spokojnie można uznać za molestowanie.
Tyle że ja nie mam traumy, poradziłam sobie z tym od razu, mszcząc się troszkę na dokładkę.
Wczoraj mieliśmy rodzinną imprezę. Pojawili się na niej teściowie mojego szwagra (na potrzeby historii przyjmijmy, że teść szwagra to M.).
Wyszłam na papierosa na taras przed domem. M. wyszedł za mną. Chwilę rozmawialiśmy o bzdurach. Kompletnie nie spodziewałam się tego, co zrobił. Nagle wyciągnął rękę i zaczął obmacywać mój biust (a mam naprawdę spory). Strząsnęłam jego rękę i spytałam z obrzydzeniem "co ty ku*wa robisz?!".
M. zaśmiał się obleśnie i stwierdził, że nie znam się na żartach, przecież rodziną jesteśmy, to nic wielkiego.
Na co ja, niewiele myśląc, z całej siły złapałam go za krocze, aż sapnął z bólu. I z niewinnym uśmiechem powiedziałam "no co, na żartach się nie znasz? przecież rodziną jesteśmy, więc to nic wielkiego". M. z oburzenia aż się zatrząsł. Powiedział, że jestem, cytuję: "po*ebana" i wybiegł z tarasu aż się kurzyło.
Może to trochę niedojrzałe zachowanie, ale nie żałuję, że tak zrobiłam. Nie będzie mnie jakaś bezwartościowa świnia bezkarnie obmacywać.
Anonimowe na ile się dało, bo jeśli mój mąż by się o tym dowiedział, to wkrótce musiałabym go w więzieniu odwiedzać...
W moim domu rodzinnym była tradycja, iż choinka stoi od 6 grudnia do Trzech Króli.
W moim domu kontynuuję te tradycję.
Wczoraj wieczorem przyszedł sąsiad powiedzieć, że mam nie włączać lampek świątecznych i innych ozdób, bo on nie będzie dzieciom tłumaczył, że to wyrzucanie pieniędzy w błoto i że nie zamierza niczego stroić na jakieś kilka dni wolnego.
Ja mu wieszać i świecić czymkolwiek nie nakazuję, ale skoro mu przeszkadzają moje ozdoby i mój rachunek za prąd, jadę dzisiaj dokupić figurki świecące na trawnik.
Dodaj anonimowe wyznanie