Wyznanie z kategorii szkolnych - moja przygoda z lekcjami religii w podstawówce.
Nie wspominam szczególnie przyjemnie pierwszych lat w szkole podstawowej. Najbardziej wgryzł mi się w pamięć okres 3 klasy. Niekoniecznie za sprawą rówieśników zachowujących się czasami jak uciekinierzy zoo. No ale cóż, dzieci to dzieci, a dzieci bywają różne.
I wtedy pojawia się ona. Siostra zakonna o aparycji przekarmionego pingwina. Czuję, że jej wewnętrzną misją było stłamszenie naszej różności jako szczerbatych szczyli.
Aby tego dokonać, często stawiała nas w rzędzie pod tablicą i kazała śpiewać lub modlić się. Przybory szkole i piórniki z bajkowymi motywami nie były mile widziane, gdyż na religii jest pora na Boga, a nie zabawę. Modlitewniki najlepiej, aby były identyczne. Jeżeli ktoś się wiercił, to często klepał karne zdrowaśki.
To jeszcze mnie tak nie raziło. To, co ona odstawiała, było dziesięć razy gorsze.
Nie reagowała na żadne nasze zawołania, dopóki ktoś nie zwrócił się do niej per czcigodna osobo. Czasem zdarzyło się, że któreś z dzieciaków poczuło się źle i blade jak ściana chciało zapytać o możliwość pójścia do szkolnej pielęgniarki czy toalety. Siostra pozostawała głucha na wszelkie próby zakomunikowania czegoś, no chyba że padło magiczne "czcigodna osobo".
Nieraz stanęła na krześle przy biurku jako wzór wszelkich cnót i kazała się podziwiać. Pewnego dnia zabrała nas na wycieczkę do kościoła, aby każde z nas, gówniaków, pocałowało krzyż, który gabarytowo ją przypominał. Dwadzieścioro dzieci śliniących krzyż, jedno po drugim, w sezonie grypowym...
Przedmiotowy zeszyt ćwiczeń musiał być prowadzony nienagannie. Jeżeli ktoś nie spełniał jej wymogów, w ramach drugiej szansy kupował drugi i wypełniał go od początku.
No cóż... Może to dzięki niej ostatni raz kościół widziałam na swojej komunii.
Moja córka jako małe dziecko często moczyła się w nocy. Próbowaliśmy wszystkiego - mniej napojów przed snem, opróżnianie pęcherza itp., ale nie zawsze działało. Na pampersa była za duża, więc kupiliśmy specjalny podkład na łóżko. Jak córa budziła się w kałuży moczu, to zawsze w nocy przybiegała do naszego łóżka.
Tak się złożyło, że pewnego wieczora mój mąż wyszedł na spotkanie z kumplami i wrócił dość mocno "zmęczony", tak że od razu padł do łóżka. Tej samej nocy córka się zmoczyła i przybiegła do nas. Położyła się w mokrej piżamie obok męża i zasnęła.
Wstałam rano, widzę małą u nas, od razu wiedziałam co się stało. Przebudziłam ją, przebrałam i zaprowadziłam do przedszkola.
Wróciłam do domu. Wstał mąż. Wchodzi do kuchni z niewyraźną miną, bo wie, że wczoraj przesadził. No i do tego gacie ma jakieś takie wilgotne, a i prześcieradło suche nie jest... Ja do niego z (udawaną) złością:
- Nie mogłeś się powstrzymać? Tyle trzeba było wypić, że aż się zsikałeś do łóżka? Wstyd!
A ona na to ze skruszoną miną:
- No co, nerki mnie bolały...
Obiecałam mu, że nikomu o jego wpadce nie powiem, bo rodzinka miałaby używanie, a on obiecał, że nigdy więcej się do takiego stanu nie doprowadzi. I słowa dotrzymał!
Nigdy mu nie powiem, że jego ukochana córcia tak się do niego w nocy tuliła, że swoją mokrą piżamą zawilgociła całą jego stronę łóżka :D
Mam prawie 30 lat i zawsze marzyłam o macierzyństwie. Jestem obecnie w ciąży - owoc miłości, związek niemal różami usłany, więc na tej płaszczyźnie wszystko gra. Jednak ja nie czuję żadnej więzi z dzieckiem, mam wrażenie, że moja ciąża to jakaś mistyfikacja, halucynacja, urojenie. Wyobrażam sobie, że ktoś wyskakuje z kamerami i tłumaczy mi, że sobie wszyscy wokół ze mnie zadrwili i wcale nie noszę pod sercem nowego życia. Wizja porodu jest tak odrealniona, że czuję się nieswojo na samą myśl. Mogłabym chodzić w ciąży kolejny rok. Rodzę za 3 tygodnie.
Z tego powodu chodzę do psychologa, bo z nikim innym nie mogę się tym podzielić. Gdy próbowałam zaalarmować problem, to każdy zbywał to słowami, że to hormony, lub że odmieni mi się po porodzie.
...a jeśli nic się nie zmieni?
Samotnie wychowuję dwójkę osiemnastoletnich bliźniaków. To para uczynnych oraz miłych chłopaków, ale nie zawsze tak było. Mając czternaście lat, z głośnym przytupem weszli w okres buntu młodzieńczego i zaczęli robić to, co każdy szanujący się nastolatek w ich wieku - pili oraz palili. Nie od razu to wyczułam, lecz kiedy już tak się stało - i to w jakim stylu! Wyrzucili peta do toalety oraz zapomnieli spuścić wodę - surowo ich karałam. Były kilkumiesięczne zakazy, zabieranie telefonu i innych sprzętów, codzienne zawożenie oraz odbieranie ich ze szkoły, kontrola rozmów. Po jakimś czasie takich rygorystycznych zasad miałam wrażenie, że coś zrozumieli, więc postanowiłam obdarzyć ich większym zaufaniem oraz trochę zmniejszyłam tę kontrolę. To był błąd.
Niespełna po kilku tygodniach podsłucham rozmowę przez telefon o tym (wiem, że nie powinnam była, lecz wciąż nie ufałam im dostatecznie), co znów planują. Ich znajomy miał mieć wolny dom na jedną noc, bo wiekiem trochę ich przewyższał, dlatego dostał ten przywilej od rodziców. Mieli zamiar kupić alkohol oraz inne ozdobniki i wiadomo - zarwać nockę w szczytnym celu. W mojej głowie od razu narodził się plan, niegodny matki oraz taki, przez który sumienie odezwało mi się jeszcze zanim przystąpiłam do działania, ale musiałam to zrobić.
Poprosiłam mojego znajomego, aby w wieczór, kiedy miało odbywać się nocowanie, poszedł za moimi chłopakami, oczywiście nie zwracając na siebie ich uwagi. Wedle tego, co podejrzewałam, udali się oni w stronę zaniedbanego sklepu monopolowego, gdzie mogli zapewne bez obaw kupić alkohol, bo sprzedawca nie patrzył na wiek klientów, a na zysk. Ich znajomi po chwili dołączyli do nich. Kiedy wszyscy wyszli ze sklepu razem ze swoimi nabytkami i otworzyli pierwsze piwo, mój znajomy zadzwonił na policję. Z tego co usłyszałam, służby zachowały się wzorowo - przyjechały wyjątkowo szybko i przyłapały dzieciaki na gorącym uczynku. Młodzi zostali odprowadzeni do domów, ja udawałam zaskoczoną, a wszyscy winowajcy dostali wpis w akta oraz ponieśli stosowne konsekwencje, ale najbardziej podziałał na nich mój płacz. Bynajmniej nie płakałam, z tego, że mnie zawiedli, bardziej z tego, że to ja zawiodłam ich. Kocham ich i nie chciałam, żeby musieli przeżywać cały ten strach, obawę o to, że ten wybryk zaważy na ich przyszłości, że wyrzucą ich ze szkoły, ale wtedy nie widziałam innego rozwiązania. Tak naprawdę nic złego im się nie stało, wpis zmienił tylko ich zachowania, nie przeszkodziło im to w dostaniu się do wymarzonych szkół.
Dzisiaj są o wiele dojrzalsi i ze względu na swoją pełnoletność mogą korzystać z jej uroków, lecz nigdy jeszcze nie wrócili do domu kompletnie pijani, dlatego mam nadzieję, że nigdy nie będą mieli mi za złe, jeśli się dowiedzą, że ich własna mama okazała się dla nich wrogiem.
Odwiedzała mnie rodzina. Brat chciał zrobić sałatkę. Przyniosłem mu składniki i zająłem się nakrywaniem do stołu w innym pomieszczeniu. Brat nie mógł poradzić sobie z odkręceniem słoika ogórków i wołał mnie na pomoc. Odkrzyknąłem tylko "postukaj o podłogę" i nie przerywałem swoich zajęć. Chwilę po tym słyszę "Ku*wa! Potłukł się". No to pędzę do kuchni sprzątać ten potłuczony słoik i jednocześnie zastanawiam się, jak ten "mistrz" tego dokonał.
Niestety to nie słoik był potłuczony, tylko kafelek. Ogórki otworzyłem bez większego problemu. Brat miał mokre ręce i nie wpadł na to, że to przeszkadza.
A mogłem mu te ogórki otworzyć, zanim moja kuchnia zaczęła potrzebować remontu...
Moja mama od prawie dwudziestu lat nie wie, że to wcale nie nasz kot zniszczył jej ślubne zasłonki, tylko ja je podarłem, kiedy będąc sam w domu podpalałem pierdy, a zasłonka lekko się przypaliła.
W stolicy Wielkopolski spadł jakiś czas temu pierwszy śnieg. Ja, mega podjarany, wychodzę na zewnątrz i zaczynam wydeptywać coś w tym białym, leżącym puchu. Wydeptałem imię mojej drugiej połówki.
Chciałem wydeptać wielkiego penisa, ale skapnąłem się, że druga połówka jabłka wygląda przez okno.
Jestem nauczycielką klas 4-6.
Jakieś 2 lata temu, gdy dobrze znana nam ustawa usunięcia gimnazjum miała mieć miejsce już niedługo, uczyłam ostatnią turę klasy 6 do egzaminu szóstoklasisty.
Tydzień przed owym testem ja oczywiście zabiegana, robiliśmy jak najwięcej ćwiczeń powtórzeniowych. Język polski ma sporo teorii, definicji, które będą tam zawarte i musiały być znane dzieciom. Tego dnia powtarzaliśmy przypadki (dodam, że w 5 klasie był z nimi problem i wykuli je do perfekcji od ciągłych kartkówek). Wzięłam jednego z uczniów i kazałam mu napisać na tablicy "Jadę autobusem" i odmienić słowo autobus. Byłam pewna, że zrobi to dobrze, więc czytałam notatki, ile jeszcze mamy powtórzyć. W tym momencie rozległ się śmiech klasy, a z tyłu sali dobiegł krzyk, żebym się nie odwracała.
Wstrzymałam oddech i delikatnie skierowałam wzrok w kierunku tablicy. Owszem, odmienił dobrze, ale słowa "aótobóz" tydzień przed egzaminem nigdy nie zapomnę.
W wieku 7-12 lat, żeby sprawdzić, czy się zakochałam, przykładałam rękę do miejsca, gdzie znajduje się serce i najpierw myślałam o wybranej osobie, a potem szybkość bicia serca porównywałam do szybkości bicia przy Janie Pawle II.
Jeżeli wywnioskowałam, że serce przy wybranej osobie bije szybciej, to oznaczało, że coś jednak do niej czuję.
W relacjach z ludźmi, szczególnie bliskimi, staram się zwrócić jak największą uwagę na ich "punkty" charakterystyczne. Wiecie, B. ma pieprzyk przy lewym uchu, a N. ma bliznę na prawej kostce.
A wszystko po to, gdybym musiał zidentyfikować czyjeś zwłoki.
Dodaj anonimowe wyznanie