#eNbuH

Wyznanie o tym, jak jechałem z koleżanką z uczelni autobusem.

Było mnóstwo wolnych miejsc, więc każda starsza pani miała gdzie usiąść. Jedna usiadła naprzeciwko nas. W pewnym momencie zaczęła coś gadać o tym, jaka ta młodzież w dzisiejszych czasach dziwna, że mogliby się powstrzymać się z technologią i okazać trochę kultury w miejscach publicznych. Mówiła, że koleżanka wygląda cyt. "jak pajac" i że to co ma na głowie na pewno jakieś fale wydziela i jej na mózg szkodzi. Zobaczy, że ogłupieje przez to na pewno na starość, a może i wcześniej.

Dziewczyna się na szczęście nie przejęła, przynajmniej się pośmialiśmy.
Do teraz nie wiem, w czym tej pani przeszkadzał aparat słuchowy mojej koleżanki...

#goYTF

Od niedawna mam w domu psa. Z bratem nazwaliśmy go Talon, na cześć postaci z pewnej raczej znanej gry. Jednak i nasza mama, i babcia, nie potrafią zapamiętać tego mimo wszystko prostego imienia i wołają na niego Tymon albo Tampon.
Mina mojego chłopaka, gdy usłyszał jak mama mówi coś do tego nieszczęsnego "Tampona" była bezcenna.

#hpHjQ

Kolęda. Ja sama w domu z dziećmi, mąż pracuje za granicą, bo wiadomo, większa kasa.
Jak to zwykle bywa była modlitwa, potem kilka standardowych pytań i już prawie koniec. Przed wyjściem ksiądz sięgnął po kopertę leżącą na stole i już stojąc w drzwiach... zerknął do środka. Z niezadowoleniem w głosie stwierdził, że inni parafianie pracujący za granicą dają w euro...

Początkowo mnie zatkało. A po chwili się wściekłam! Ledwo wiążemy koniec z końcem, daję mu ofiarę na kościół, a on wybrzydza, bo mu waluta nie pasuje. Tak mnie wkurzył, że wyjęłam mu kopertę z rąk i powiedziałam, że w takim razie inni już chyba wystarczająco na kościół ofiarowali, a w przyszłym roku nawet nie musi się do mnie fatygować, po czym zamknęłam drzwi.

Chyba mu się głupio zrobiło, bo minę miał nietęgą ;)

#lEHXP

Mój ojciec to typowy Janusz, przychodzi po pracy, siedzi przed TV oglądając ambitne seriale z pilotem w ręce i żłopie piwsko czekając na obiad. Przy czym pyta codziennie, kiedy wracam ze szkoły, jakie mam oceny. Jak jest czwórka, to od razu hurr... durr... A za moich czasów..., ja same piątki miałem, gówniarzerii to się nie chce uczyć, na pole byś wyszedł, a nie tylko grał, a jak już grasz na komputerach, to przynajmniej byś coś pożytecznego porobił, gdyby nie ja, tobyś nie miał komputera i internetu, tymi ręcami komputery robiłem, poza tym tatuś to cały dzień w piłkę grał i na zawody sportowe jeździł. Ja na to, tato to pokaż świadectwa i swoje oceny ze szkoły. Janusz mówi, że mu się nie chce szukać. I tak zawsze przez kilka lat, aż do teraz.

Ojciec w końcu poszedł na strych zanieść jakieś rzeczy i znalazł swoje dokumenty i nagrody ze starych czasów. Naznosił złomu do salonu i zaczął wszystko segregować i sprzątać. Ledwo wróciłem i już się zaczęło - no patrz no, widzisz? To są wszystko pamiątki tatusia. I niestety musiałem z nim przeglądać całą tę makulaturę - świadectwa, dyplomy i nagrody. A co gorsze, te jego przechwałki były prawdziwe. Janusz miał całą szkołę, a przynajmniej 7 i 8 klasę i 4 lata liceum same piątki, uczył się francuskiego i rosyjskiego, zrobił z nich nawet licencjaty w czasie studiów inżynierskich, o których akurat wiem. Nigdy nie interesowałem się tym, nie wiedziałem, że ojciec zna jakieś języki, jak już to pomyślałbym, że najwyżej trzy słowa na krzyż po rosyjsku, jak każdy, kto żył w PRL. A on zaczął cytować Tołstoja po rosyjsku, a potem coś po francusku. Zawsze mierzyłem go pryzmatem tego, że ja jestem taki zdolny i jak każdy znam angielski i wyśmiewałem to, że on poza Maj nejm is Janusz aj spik inglisz nie wie nic. A tu jak widać Janusz bardziej światowy niż ja. Ale to jeszcze nie wszystko. Janusz brał udział w olimpiadzie międzynarodowej z matematyki w Czechosłowacji czy na Węgrzech, w czasie kiedy olimpiady światowe ograniczały się do bloku wschodniego, ale i tak nieźle. Do tego zobaczyłem stary komputer Janusza i jego podręczniki do programowania... Zabijcie mnie. A oprócz tego ojciec grał w młodzieżówce znanego polskiego klubu - jednego z tych największych-  i trenował lekkoatletykę ze sporymi sukcesami.

Brakuje mi jeszcze historii o tym, jak Janusz zdobył Mount Everest, pokonał Smoka Wawelskiego, stanął na Księżycu i był kierowcą autobusu w Sosnowcu. Ale niestety to wszystko o jego wynikach jest prawdą. Czuję się skompromitowany, teraz jedyną nadzieją jest się uczyć, bo to wstyd być takim głupim w porównaniu do Janusza. Ale są też pozytywy, Janusz w przypływie górnolotnych emocji zaczął mnie uczyć francuskiego (mam teraz jak bajerować koleżankę z klasy) i mamy zapisać się na tenis jak będzie cieplej. Już teraz Janusz rzucił piwko i trenuje w domu.

#V7NHk

Gdy zamieszkaliśmy razem z chłopakiem, podjęliśmy decyzję o zakupie psa. Wybór padł na golden retrivera. Bardzo lubię zwierzęta, więc to ja zajmowałam się nim jak dzieckiem, kiedy była mała. Wyrósł z niej bardzo fajny psiak, jednak pewnego dnia zaczęła chodzić za mną wszędzie. Węszyła po moich wizytach w toalecie, wkładała pysk w krocze. Nie wiedziałam o co chodzi do momentu, aż okres się spóźniał, a przeprowadzony test wskazywał 2 kreski.
Przewidziała, dziecko nie zmieniło za bardzo naszego życia, mogliśmy sobie na takie dodatkowe wydatki pozwolić, a również każde z nas chciało mieć syna/córkę. Czas ciąży to okres opieki Kai nade mną, gdy mąż krzyknął z bólu, bo nie trafił młotkiem, to Kai do mnie przybiegła w ochronie, siedziała przy mnie i patrzyła co wyprawia mój mąż i czy jestem bezpieczna.
Teściowej nie znosi tak jak ja, gdy jest w odwiedzinach, suczka nie pokazuje się i nie przychodzi na jej zawołania. Gdy pojechałam rodzić, podobno wyła 2 dni bez przerwy, czekała przy drzwiach. Nigdy nie zaatakowała dziecka, kładzie się obok niego i mam pewność, że jest bezpieczne, ufam Kai i wiem, że nic mu nie zrobi, a gdy się budzi, to od razu wiem w postaci podwójnego krótkiego szczekania. Jak już córka (zdrowa, nie hora :p) raczkowała, to Kai kładła się zabezpieczając schody.
Córka również bardzo ją lubi, śpią razem, nawet wodę piją razem z miski psa, ale staram się pilnować, aby do tego nie dochodziło. Kai wie, jaka jest ulubiona zabawka dziecka, zawsze nosi ją za córką. Bardzo kocham naszego psa i mam nadzieję, że gdy córka dorośnie, odwdzięczy się za to wszystko, co zrobił dla niej pies, gdy była mała.

#p6Rv1

Chyba każdy zna to uczucie, kiedy za dzieciaka stało się przy kasie z zakupami, a rodzic o czymś zapomniał i poszedł na sklep.
No właśnie taką sytuację miałem ja, dorosły. Pojechałem z wtedy dziewczyną i jej matką na zakupy (zakupy były dla nich, ja nic nie kupowałem), w sumie wszystko wydawało się OK, do momentu kiedy w magiczny sposób sobie przypomniały o czekoladzie. Kolejka się skracała, wyłożyłem wszystko z wózka na taśmę i bardzo fajna kasjerka zaczęła kasować. Wszystkiego się zebrało na ponad 600 pln, a ich nadal nie widać. No cóż, żeby nie denerwować wszystkich zapłaciłem i ruszyłem w stronę auta, gdzie "mamusia z córeczką" już czekały na mnie. Myślały, że jestem już przy aucie i przyszły z zakupami, których de facto nie miały. W tym momencie wyczułem, że coś jest nie tak. Zakupy wrzuciłem do bagażnika i dałem paragon, żeby oddały mi hajs, bo nie lubię nikogo sponsorować, szczególnie takimi kwotami. Tu moja cała logika poszła się jebać...
Obie do mnie wyskoczyły z gębą, jak mi nie wstyd prosić o zwrot pieniędzy, przecież nocuję, jem i myję się u niej - całe 2 razy w ciągu roku, a żarcie było paskudne. W kulturalny sposób kazałem im się uciszyć, ale w tym momencie z gęby niedoszłej teściowej padły słowa "zamknij ryj, gówniarzu, to jest twój zasrany obowiązek, żeby nas utrzymywać" (nas czyt. teściowa, 2 nierobów 25 i 30 lat, puszczalska 17 i moja "luba"; ojciec i mąż tej ekipy odszedł widząc co się dzieje).

Kazałem wypier...  z mojego auta, zatrzasnąłem bagażnik, a dwie damy czekał spacer 15 km do domu.

Wróciłem do sklepu oddać kilka rzeczy (ubrania i jakieś kosmetyki). Miła pani ekspedientka zabrała towar, a na pokwitowaniu zostawiła swój numer telefonu.

PS Tak, jesteśmy parą i mamy dziecko w drodze
PPS Była próbowała mnie przeprosić za wszytko, ale niestety już miałem ciekawsze perspektywy na życie niż utrzymywanie całkowicie obcych mi ludzi.

#YcMEw

Odnośnie słabych podrywów...

Kilka lat temu wracałam z Dortmundu do Krakowa.
Czekałam na lotnisku w kolejce do bramki, dziwiąc się czemu tak długo nie wpuszczają, skoro zaraz jej planowane zamknięcie.
Odezwał się do mnie chłopak stojący obok, najsłabszym tekstem na podryw na świecie: "Hej, też lecisz tym samolotem do Wilna?".
Uratował mi dupę.
Krzyknęłam, że "Nie, ale dzięki!" i pobiegłam do swojej bramki, będącej zaraz obok.
Na pokład wsiadłam ostatnia.

Tak więc słabe teksty słabymi tekstami, ale zdecydowanie i takie mają swoje zalety :D

#iO3QJ

Jakiś czas temu udało mi się zarobić na moje własne pierwsze autko. Wiadomo, kawał blachy za kilka tysięcy, nie ma co oczekiwać cudów. Zawsze jednak dbałem o ten samochód jak tylko potrafiłem.

Pewnego dnia, gdy wracałem do domu, zauważyłem, że przyjechała do nas w odwiedziny ciocia, która zaparkowała na moim miejscu. Nie robiłem z tego problemu, zaparkowałem obok.

Gdy ciocia odjeżdżała, wyszliśmy z rodzicami odprowadzić ją na zewnątrz. Pożegnała się z nami, wsiadła do auta, wrzuciła wsteczny i ( jak już się pewnie domyślacie) z całym impetem przyładowała w mój samochód. Byłem w szoku. Ciotka zestresowana, oczywiście zaczęła przepraszać, ja już nic nie mówiłem, w końcu wsiadła i odjechała. Efekt - zostałem z wgniecionym bokiem i oderwanym zderzakiem w rękach.

Chwilę po wszystkim uzgodniłem z rodzicami, że po prostu dowiem się, ile będzie kosztować naprawa, ciotka zwróci mi pieniądze i po sprawie.

Oczywiście pieniędzy nigdy nie zobaczyłem, okazało się potem, że ciotka wiele razy dopytywała się rodziców, ile ma mi zwrócić. W odpowiedzi usłyszała od nich, że wcale się nie gniewam i w sumie to nie chcę pieniędzy. Natomiast od matki podczas kłótni usłyszałem, że chcę "zarobić na cioci" i że to przecież rodzina.

Wnioski dwa: nigdy nie załatwiajcie własnych spraw przez kogoś, nawet jeśli są to wasi rodzice.

#Fg7nl

Ja i moja przyjaciółka, jak byłyśmy w gimnazjum, stworzyłyśmy zeszyt. Oprawiony w czarny papier normalny zeszyt do szkoły. Jednak służył nam on by zapisywać w nim bardzo brutalne i krwawe morderstwa i sposoby śmierci osób, które znałyśmy. Poprzedzone to było krótkim, ale bardzo wulgarnym opisem tej osoby. "Zabiłyśmy" tak niesamowicie dużo ludzi. Opisy śmierci były zgodne z charakterem osoby. Jak jakaś dziewczyna była pusta to śmierci dla niej było wlewanie prosto do gardła roztopionego plastiku.

Był chłopak, który był bardzo, bardzo gruby. Utopiłyśmy go w wannie pełnej tłuszczu. Na szczęście żadne z tych zdarzeń nigdy nie miało miejsca i nie będzie mieć... I jest to jedna z wielu okropnie dziwnych rzeczy które razem robiłyśmy podczas naszej edukacji...
Dodaj anonimowe wyznanie