Moja babcia wyszła za mąż się wcześnie i miała kilkoro dzieci. Nie pracowała zawodowo, zajmowała się domem. Rodzinę utrzymywał jej mąż, a mój dziadek.
Teraz studiuję i niestety mieszkam z babcią. Kierunek ambitny, dużo się uczę. Oprócz problemów jakie przysparza mi ta złośliwa kobieta, mam z nią jeden poważny konflikt.
Babcia uważa, że jako kobieta nie powinnam studiować, pracować, a jedynie zajmować się domem i wyjść dobrze za mąż. No i oczywiście urodzić gromadkę dzieci. Jakby jedyne co posiadam w życiu to macica. Aby zatruć mi życie lamentuje, płacze i robi wszystko, abym nie zaliczyła studiów. Wyłączyła mi budzik, który nastawiłam aby wstać na zaliczenie. Spaliła ważne notatki.
Do domu ciągle sprowadza 3 chłopaków, synów przyjaciółek cioci. Chce, abym z nimi założyła rodzinę (są po zawodówkach, życie na utrzymaniu spawacza nie jest moim marzeniem). Raz, gdy olałam ich odwiedziny, poszła do szpitala i UDAWAŁA, że ma zawał. Jednak ostatnio miarka się przebrała.
Za swoich marnych pensyjek sprzątaczki kupiłam sobie wypasiony komputer. Byłam tak szczęśliwa. Babcia wyrzuciła kabel. Tak abym nie mogła się uczyć.
Następnego dnia do domu przyprowadziłam przyjaciółkę.
- Babciu, to jest moja dziewczyna.
Teraz mieszkam w wieloosobówce studenckiej. Biedna, ale wolna. Oczywiście wyklęta przez całą rodzinę. Nie żałuję.
Poznałam go 5 lat temu. Szybko pojawiło się dziecko, tzw. wpadka, "nieplanowane, ale chciane". Na początku było świetnie, a teraz? Rutyna. On, praca, dom, koledzy. Ja dom, dziecko i..? No właśnie. I nic, a raczej nikt.
Od miesiąca zaczęłam odnawiać kontakty. Idzie mi naprawdę świetnie. Znajomi się nie odwrócili, chociaż mogli. A on? On mi może nie zabrania, ale jego teksty typu "a myślałem, że ten wieczór spędzimy razem" mnie wykańczają. Który raz z kolei mam oglądać ten sam film/bajkę? Wychodzę trzy, może cztery razy w miesiącu, a dla niego to i tak za dużo. Gasnę w oczach. Kiedyś wesoła, poukładana, mająca pełno przyjaciół dziewczyna. A dziś? Kobieta mająca 23 lata, zero przyjaciół, ograniczona tylko do dziecka, domu, gotowania obiadów, faceta.
Ale postanowiłam odbić. Zaczęłam wychodzić do ludzi. Trzymajcie kciuki, aby ten uśmiech, który kiedyś nie schodził mi z twarzy, pojawił się znów na stałe.
Opowieść z Podlasia, którą opowiedział starszy dziadek, który wyglądał jakby miał 150 lat, a miał raptem 90. Opowieść zaczął długim wstępem opisującym życie i zwyczaje jakie panowały, gdy jego ojciec miał 15-16 lat. Opowieść była naprawdę długa, przerwana często dodatkowymi informacjami i łykami piwka, które przyniosłem na zachętę, opiszę ją w ogromnym skrócie (bardzo ogromnym, bo gadał dobrą godzinę).
Jego ojciec pracował z bratem i ojcem na podwórzu, gdy usłyszeli dziecko wołające, że lód się załamał. Schyłek zimy, początek wiosny, więc sytuacja bardzo prawdopodobna. Dziecko krzyczało tylko: "szybko! szybko!" i zaczęło wracać w stronę lasu, który był niedaleko wsi. W lesie często zastawiano sidła na jakieś mniejsze biegające jedzenie i zwykle młodzi chłopcy sprawdzali, czy coś w to wpadło. Cała trójka niewiele myśląc skoczyła po linę i biegiem za dzieckiem. Po drodze zgarnęli dwóch sąsiadów, których spotkali przypadkiem. Dotarli do lasu, gdzie było jezioro (a raczej staw, bo jeziora są chyba większe niż to opisane), ale nikogo nie było, ani dziecka, ani śladu po kimś, kto by wpadł.
Nagle z drugiej strony tego pseudo jeziorka wybiegł sprintem chłopak i wbiegł na lód, za nim gnał dzik! Pod chłopcem zaczął pękać lód, dzik nie wszedł na lód, ale stał na brzegu. Wtedy lód się załamał i chłopiec wpadł. Ale wszystko skończyło się dobrze. Faceci narobili sporo rabanu i dzik pobiegł skąd przybiegł, a chłopca wyciągnęli... I do tego momentu wszystko było OK, ale...
Nikt nie ma pojęcia kim było dziecko, które wzywało pomocy. Nikt nie zapamiętał, jak było ubrane, nikomu ze wsi dziecko nie zginęło, chłopiec wyjęty z wody twierdził, że był sam cały czas... No i dlaczego dziecko krzyczało, że lód się załamał, skoro dopiero jak byli praktycznie na miejscu to lód pękł?
I właśnie z takimi pytaniami mnie ten dziadyga stary zostawił. Historia była barwna i dobrze znana reszcie, a wszyscy święcie przekonani o jej autentyczności zaczynali spekulować na nowo, po raz tysięczny, kim u cholery był ten dzieciak.
Historia z wczoraj. Miejsce akcji: północna Polska.
Udaliśmy się z kolegami na starówkę do knajpki, która serwuje świetne hamburgery. Czekamy na zamówienie. Po lokalu biega sobie gówniaczek w wieku koło 2,5 roku. Widać, że jest z rodzicami, bo kursuje między nimi a innymi stołami. Nagle dzieciak wziął nóż z innego stołu (sąsiedniego od tego, co przy nim siedzieli jego starzy). Chwycił go za rękojeść. Ja troszkę zaniepokojony, koledzy też. Mówimy mu, żeby odłożył ten nóż, bo może sobie nim zrobić krzywdę. Co robią rodzice? Nosy w smartfonach. Ojciec łaskawie się oderwał od przeglądania Internetów i tylko z siedzenia prosił dzieciaka o odłożenie noża. Mamuśka raz patrzyła na dzieciaka, a raz odpisywała na wiadomości. Nagle chłopiec złapał za ostrze noża. Madka odlepiła gały od komórki i zaczęła patrzeć na dzieciaka. W końcu nie wytrzymałem i powiedziałem im:
- Kurwa, podejdźcie do niego i zabierzcie ten nóż, bo się nim jeszcze pokroi! Telefoniki ważniejsze od dziecka?
Mamuśka popatrzyła na mnie karyńskim wzrokiem tęskniącym za rozumem, a tatusiek dźwignął dupsko, podszedł do mnie i zaczął coś sapać, żebym się od********ła, bo to nie moje dziecko. W tym samym czasie młody wywinął orła i oczywiście rozciął sobie rękę. Ryk był taki, że mało szyby nie popękały. Ojciec szybko zawrócił w kierunku dzieciaka, a Karyna nagle się aktywowała i zaczęła wrzeszczeć na personel, że co to za lokal, że nawet dziecko nie może być w nim bezpieczne i ogólnie zrzucała całą winę na nich. Właściciel próbował uspokoić klientkę, a jedna z kelnerek pobiegła po apteczkę. Ostatecznie gówniak został opatrzony i rodzinka wyszła bez płacenia rachunku, a madka pod drzwiami jeszcze się odgrażała, że naśle na nich sanepid.
Niektórzy nie powinni mieć dzieci, bo nie są do tego wystarczająco dojrzali i nieodpowiedzialni.
Moja babcia pisze wiersze, jednak nikomu ich nie pokazuje. Zapisuje wszystko w notesie i prosi, że kiedy umrze, notes ma zostać wydrukowany i wydany, ponieważ nie chce, żeby ktoś o niej zapomniał. Jednak to o czym pisze do tej pory jest jej tajemnicą.
Biedni ludzie nie powinni mieć dzieci. Dlaczego? Już tłumaczę.
Jeśli taki człowiek nie potrafi zapewnić sobie dobrych warunków, nie potrafił wyuczyć się jednego zawodu i znaleźć sobie w nim pracy, nie potrafi zająć się sobą, tylko żeruje na państwie i innych - na pewno nie będzie w stanie zapewnić odpowiednich warunków swoim dzieciom.
Pochodzę z takiej właśnie rodziny. Matka - kura domowa po jakimś technikum ekonomicznym, nigdy nawet nie pracowała (bo dom, bo dzieci, tak tak), ojciec - nie skończył nawet szkoły średniej, teraz haruje fizycznie za najniższą krajową. Do tego jeszcze dwójka młodszego rodzeństwa, z którą do niedawna dzieliłem jeden pokój.
Mieszkamy u dziadków - kuchnia, łazienka oraz dwa małe pokoje, w których ledwo się mieścimy. Oczywiście rodzice "wzięli" sobie ten większy, bo przecież oni są dorośli, no wiecie.
Nigdy niczego nie było, odrabianie lekcji w kuchni, książki kupione "po kimś", ubrania po starszym ciotecznym rodzeństwie czy od znajomych (oczywiście nie mówię, że używane=gorsze). Nigdy nie jeździłem na wycieczki klasowe, nie wspominając nawet o rodzinnych wakacjach czy wypadach do kina, na basen.
Choć może wydać się to egoistyczne, to z pieniędzy z komunii kazałem kupić im komputer, dla mnie, argumentując, że to moje pieniądze i nie mają prawa ich wydawać. Nieraz odkładałem pieniądze, które dostawałem od rodziny z różnych okazji. Za każdym razem było "pożycz, synu, przecież wiesz, że ci oddam" - pieniędzy już nigdy nie widziałem.
Chciałem być jak koledzy, mieć normalne warunki (mój dom był i jest ruiną, ale tu już nie będę się rozpisywać), jeździć na wycieczki.. Dlatego też przestałem oddawać rodzicom pieniądze, zamiast tego wolałem opłacić sobie wycieczkę (na którą i tak musiałem się prosić, żeby pozwolili mi jechać).
W gimnazjum zacząłem sobie dorabiać, wyprowadzałem psy, roznosiłem ulotki, kosiłem trawniki, grabiłem liście i odśnieżałem podwórka, nawet opiekowałem się dziećmi sąsiadów, byleby mieć własne pieniądze.
Wizja moich rodziców była dobrą motywacją, żeby lepiej się uczyć. Kilka razy udało mi się zdobyć stypendium, wygrać jakieś konkursy. Gdzieś w 2 klasie gimnazjum powiedziałem rodzicom, że chcę iść do technikum w mieście oddalonym o jakieś 60 km. Krzyk, bo co ja sobie myślę, że ich nie stać, żeby opłacać mi internat, że w ogóle nie, nie, nie. Koniec końców i tak poszedłem tam gdzie chciałem, 500+ mnie uratowało. Udało mi się znaleźć pokój w miarę blisko szkoły, w cenie internatu wraz z opłatami, jedzenie musiałem fundować już sobie sam.
Teraz pracuję w weekendy jako kelner, udzielam korepetycji, odkładam pieniądze, żeby móc się usamodzielnić po skończeniu szkoły średniej. Chcę mieć w przyszłości dobre warunki, móc zapewnić komuś warunki, nie martwiąc się o pieniądze. Trzymajcie kciuki.
Czasem jeżdżę samochodem po okolicy, ot tak, dla przyjemności. I nie byłoby tu nic anonimowego, gdyby nie fakt, że zwykle wtedy nie zakładam spodni i bielizny.
Uczucie kiedy łapię na światłach z kimś kontakt wzrokowy jest niesamowite.
Żodyn nie wie.
Czytam tu o fetyszach. Pojawia się często wątek fetyszu stóp. A ja mam coś totalnie odwrotnego – brzydzą mnie ludzkie stopy! I to do tego stopnia, że mam fizyczną manifestację tego obrzydzenia w postaci mdłości.
Lato jest dla mnie koszmarem, bo większość ludzi chodzi w sandałkach. Przeprowadziłem małą analizę i okazuje się, że najgorzej reaguję na damskie stopy w butach typu “peep toe” (dla niezorientowanych, to takie buty, które mają wyciętą z przodu dziurkę, przez którą wyzierają 2-3 palce – samo pisanie o tym sprawia, że przechodzą mnie dreszcze obrzydzenia). Ostatnio musiałem wysiąść z autobusu kilka przystanków za wcześnie, bo naprzeciwko mnie usiadła dziewczyna w takich butach i dostałem takich mdłości, że przyozdobienie autobusu treścią żołądka było tylko kwestą czasu. I to nie ma znaczenia, czy stopa jest zadbana czy nie – po prostu mnie mdli…
Chyba przeprowadzę się na Syberię albo na Alaskę, gdzie warunki atmosferyczne wymuszają na ludziach chodzenie w normalnych butach.
"Pieniądze szczęścia nie dają". Każdy chyba słyszał to powiedzenie... ja niestety o jego sensie przekonałem się na własnej skórze. Pochodzę z biednego domu, matka całe życie na minimalnej rencie, ojciec pracował na 2 etatach, aby utrzymać żonę i trójkę dzieci. Rodzice całe życie wmawiali nam, że pieniądze w życiu są najważniejsze, musimy się uczyć, aby dobrze zarabiać itd.
Lata mijały, w liceum poznałem swoją dziewczynę, a obecnie żonę, zacząłem pracę w dużej korporacji, a z uwagi na zaangażowanie i wkład w rozwój zacząłem coraz szybciej awansować, zmieniać pracę itp., w Warszawie o to naprawdę nietrudno. Z czasem przyszły bardzo dobre zarobki, stanowiska dyrektorskie - efekt jeden. Obecnie w życiu nie muszę martwić się o pieniądze - mam to, do czego całe ciągnąłem, dodatkowo piękną żonę, którą znam od liceum i która pamięta czasy, kiedy ona płaciła za nas w KFC, bo ja nie miałem pieniędzy. Rokrocznie zagraniczne wczasy, Hawaje, Dubaj, Indonezja.
Dodatkowo? Nerwica natręctw, Depresja, myśli samobójcze. Zapytacie - jak to możliwe, skoro mam wszystko, czego zawsze pragnąłem? Nie mam jednego, tego, co większość osób ma i nie docenia. Dziecka. Obecnie mam 39 lat, a żona 35. Od 10 lat bezskutecznie staramy się o dziecko. Inseminacje, in vitro, 10 lat cholernego leczenia tylko po to, aby na kolejnym badaniu Beta HCG (potocznie zwany hormon ciążowy) zobaczyć wartość mniejszą od 0.1. I tak od 10 lat. Dopiero parę lat temu zrozumiałem, że pomimo naprawdę dobrych zarobków, można być cholernie nieszczęśliwym, nie mając tej osoby, dzięki której twoje życie by się spełniło. Mam wrażenie, że byłem dużo szczęśliwszy prosząc o pieniądze moją dziewczynę czy wynajmując pokój w kawalerce na studiach, w obskurnej kamienicy.
Dlaczego wyznanie jest anonimowe? Otóż cała rodzina, znajomi, współpracownicy - wszyscy - myślą, że nie mamy dziecka z wygody, bo lubimy zabawę i nie zamierzamy z tego rezygnować.
Dlaczego piszę to wyznanie? Aby zakończyć swego rodzaju epizod w życiu.
Dwa dni temu z żoną oficjalnie się "poddaliśmy" i złożyliśmy papiery niezbędne do adopcji.
Pierwszą osobą, której powiedziałam o tym, że jestem lesbijką, była moja siostra.
Wyglądało to mniej więcej tak:
JA: Słuchaj, chcę ci coś powiedzieć... Jestem homo.
ONA: Na uj mi to mówisz? Wolałabym się dowiedzieć, gdzie te 15 zł, które pożyczyłaś miesiąc temu!
Siostra, takiej reakcji się nie spodziewałam. :D
Dodaj anonimowe wyznanie