Jest wielu przeciwników i zwolenników zakazu aborcji w Polsce. Osobiście należę do tej pierwszej grupy, jednakże w pewnym sensie czuję ulgę, że takie prawo obowiązuje.
Absolutnie nie wyobrażam sobie siebie w roli matki, nie znoszę dzieci i nie potrafię obdarzyć ich jakimkolwiek innym od obrzydzenia uczuciem. Mnóstwo razy już słyszałam, że mi to kiedyś minie, że jeszcze mam czas itd. Nikt nie potrafił zrozumieć, że ja po prostu nie chcę mieć dzieci.
Dzięki zaostrzeniu zakazu aborcji zamiast tłumaczyć po raz tysięczny, że nie chcę mieć dzieci, nie potrafiłabym ich kochać i że mi się nie zmieni, mówię, że po prostu boję się zachodzić w ciążę, żeby nie być później skazaną na patrzenie na ewentualną śmierć własnego dziecka.
Dla niektórych może to się wydać okrutne, ale zrozumcie w końcu, że nie każdy ma taki sam światopogląd jak wy. Nie znacie sytuacji drugiej osoby, więc nie oceniajcie i nie próbujcie wciskać komuś swoich racji.
Jestem chuda i nie potrafię tego zaakceptować, dlatego zimą ubieram dwie pary spodni i wtedy moje nogi wyglądają o wiele lepiej. Nie robię tak codziennie, ale sporadycznie, po prostu czuję się wtedy lepiej ;)
Okazuje się, że mój syn i córka, kochające się rodzeństwo bliźniaków, są wrogami na anonimowych i toczą zawsze zawzięte dyskusje przeciwko sobie.
Chcę się wygadać, bo nie wiem już, czy ze mną jest coś nie tak.
Dwa lata temu rozwiodłem się z żoną po tym, jak przyłapałem ją na robieniu dobrze jej kumplowi z pracy. Sąd zdecydował, że nas syn zostanie z matką, ja widuję go w każdą środę, a w co drugi weekend zabieram go do siebie. Mały ma teraz 5 lat i są problemy. Zawsze był łobuzem, ale chociaż ja tłumaczyłem mu, co wolno, a co nie, moja była ze wszystkim mu pobłaża. Nie rusza jej, że syn w przedszkolu dokucza mniejszym dzieciom albo zwierzętom. Kiedy ja rozmawiam o tym z małym, podważa mój autorytet, bo przecież Hubi tylko się wygłupia. W efekcie moje wyjścia z synem to horror.
Dwa razy zabrałem go do kina, sam wybierał film. W obu przypadkach wyszliśmy z sali po 10 minutach, bo Hubert przeszkadzał innym i olewał moje upomnienia. Wcześniej dokładnie wyjaśniłem, jak ma się zachowywać.
Latem pojechaliśmy do juraparku. Kiedy odmówiłem mu lodów przed obiadem, zrobił scenę. Wytrącił innemu chłopcu z ręki watę cukrową. Odkupiłem małemu watę, zmusiłem syna do przeprosin i zabrałem z parku. Kiedy za karę odmówiłem kupna zabawki, celowo zsikał się w majtki. Ledwo się powstrzymałem, żeby nie dać mu wtedy mocnego klapsa.
Moja była uważa, że to moja wina, skoro rozbiłem rodzinę, a w ogóle to jestem zbyt surowy. Kiedy próbuję zwiększyć spotkania z synem, wszędzie słyszę, że 5-latek powinien być przy matce. Była żona chciałaby, żebym tylko płacił alimenty i nie kontaktował się z małym. Nie pozwolę na to.
Chciałbym się z nią normalnie dogadać, znam ludzi, którzy to potrafią.
Sam już nie wiem, czy rzeczywiście jestem złym, surowym ojcem, bo są dni, gdy mały szaleje, ale czasem fajnie się razem bawimy, dopóki nie przypomni sobie o matce.
Historia opisująca dziecięcą głupotę.
Jak byłam mała (6/7 lat), przeprowadziłam się z bratem, mamą i moim ojczymem do bloku. Miałam w pokoju komputer. Komputery były też w szkołach i wszędzie były ostrzeżenia o zagrożeniach w internecie i wirusach.
Przestraszyłam się, że w moim komputerze jest wirus i... W nocy nie mogłam zasnąć, bo bałam się, że w nocy ten wirus wyjdzie i mnie zabije. Dodam, że mieliśmy łóżko piętrowe z bratem. Na górze spałam rzadko, bo nie lubiłam, ale wtedy mogłam spokojnie tam zasnąć, bo wirus najwyżej zabije brata, ale ja będę bezpieczna.
Kiedy pewnego razu poszłam z mamą do jakiegoś urzędu, jako małej dziewczynce dali mi naklejki. Było na nich napisane: "Bezpieczna rodzina".
I mądra ja pomyślałam, że te naklejki zatrzymają wirusa w komputerze, a fakt, że śmierdziały niemiłosiernie, tylko mnie w tym upewniał. Zawsze chciałam iść z mamą do urzędów tylko po to, żeby dostać te naklejki, bo im więcej, tym bezpieczniej.
I dlatego po dłuższym czasie cały komputer i monitor były oklejone tymi naklejkami. :D
Tak w nawiasie dodam, że aktualnie jestem w technikum, na kierunku technik-informatyk. :)
Wyobraźcie sobie, że macie dość dużą wadę wzroku. Taką, że bez okularów nie możecie normalnie funkcjonować.
Już?
To teraz wyobraźcie sobie, że nagle, nie wiadomo jak, znajdujecie się z tą wadą wzroku w miejscu, którego nie rozpoznajcie i widzicie kontury jakichś ludzi, których nie znacie.
Co więcej, nie wiecie, jak się tam znaleźliście.
Co więcej, stoicie w samych gaciach.
Co więcej, nie macie pojęcia co macie zrobić, gdzie iść.
Już?
No to wicie co czułem o poranku. Na weselu byłem...
Pochodzę z rodziny, która nie jest biedna, rodzice zarabiają dobrze, ale też zawsze uczono mnie, że jak coś chcę, muszę na to zapracować. Nawet gdy studiowałam dziennie wymagający kierunek mama często przebąkiwała że mogłabym znaleźć pracę, a na studia wysyłała mi kasę na czynsz i wyliczoną kwotę na tydzień.
Niestety, praca w tygodniu odpadała i zostawały tylko te wakacyjne, a pieniądze zarobione szybko znikały, bo musiałam opłacić stancję za wakacje, plus zawsze były jakieś ważne wydatki na nowy rok akademicki.
Przez to nigdy nie mogłam sobie kupić czegoś droższego. Wiem, że to może głupie, ale często miałam potrzebę kupienia czegoś ekstrawaganckiego. Perfum, nowego telefonu, może nawet sprzętu elektronicznego. Niestety, mój fundusz ograniczał mnie do podstawowych rzeczy, by przeżyć i tak ze smutkiem oglądałam sobie rzeczy, których nie mogłam mieć. Oczywiście rodziców o nic nie prosiłam. Byłam dorosła i wiedziałam, że jak coś chcę, muszę sama na to zapracować.
Po ukończeniu studiów znalazłam bardzo dobrze płatną pracę. Jak to się mówi - złapałam Boga za nogi. I chociaż powoli mogę sobie pozwolić na wszystkie te rzeczy, muszę samą siebie hamować. Bo inaczej chyba przepuściłabym wypłatę w pierwszej połowie miesiąca. Ciągle oglądam telefony, komputery i perfumy, porównuję ceny, zastanawiam się czy po opłaceniu czynszu jestem w stanie kupić coś na raty. I teraz jestem w stanie zrozumieć ludzi, którzy kiedyś nie mieli nic, albo mieli mało, a po wzbogaceniu się chcą to sobie odbić. Tylko z tym trzeba bardzo uważać.
A mnie motywuje mój kot. Ilekroć chcę znowu wydać pieniądze, myślę o tym, że zabraknie mi pieniędzy na karmę czy żwirek dla niego. I to ostudza mój zapał.
Sytuacja sprzed kilkunastu lat, z czasów studenckich.
Poszłam na pierwszą randkę z wymarzonym chłopakiem (obecnie mężem). Świetnie nam się rozmawiało, dlatego spędziliśmy ze sobą prawie cały dzień, ok. 9 godzin. Byliśmy w miejscu, gdzie nie było toalety ani nie można było jej znaleźć w pobliżu, dlatego okropnie chciało mi się siku. Chłopak odprowadził mnie na ostatni autobus, z przystanku miałam jeszcze ok. 5 minut drogi do domu na piechotę, myślałam, że wytrzymam. Ale nie wytrzymałam. Szłam do mieszkania sikając. Na szczęście miałam na sobie długą, czarną sukienkę i było już ciemno, dlatego (chyba) nikt nie widział mojego upokorzenia.
Jak tylko weszłam do domu obskoczyły mnie współlokatorki, czekające na relację z randki. Stałam między nimi w obsikanej sukience, myśląc jak się wywinąć z tej sytuacji. Powiedziałam im, że muszę ochłonąć z emocji i iść pod prysznic, dopiero po tym wszystko im opowiedziałam.
Prawie wszystko, bo nie wiedzą o mokrej podróży z przystanku do domu. Nikt nie wie.
Mam 19 lat, chodzę do pracy, uczę się weekendowo, mieszkam w kawalerce obok rodziców. Zamiast być teraz w pracy piszę to wyznanie, bo jestem na L4 i siedzę cicho jak mysz pod miotłą, żeby żadne z rodziców się nie dowiedziało, że na tym L4 jestem. Niby nic, ale bardziej chodzi o to, jak do tego doszło.
Dla moich rodziców pójście na L4 to coś najgorszego co można zrobić, "my jak jesteśmy chorzy, to i tak zapierdzielamy do pracy", "małe przeziębienie cię nie zabije", "wypijesz ciepłą herbatę i będziesz jak nowy". No nie do końca, na początku myślałem, że to naprawdę zwykłe przeziębienie, normalnie chodziłem do pracy i nie poszedłem do lekarza, bo po co. Koniec końców czułem się tak źle, że poszedłem do lekarza i co się okazało? Zapalenie gardła, zapalenie zatok oraz w gratisie zapalenie ucha. Od lekarza usłyszałem, że gdybym przyszedł parę dni wcześniej, to pewnie dostałbym tylko jakieś tabletki i syrop na gardło i ewentualnie L4 na 2 dni, a tak mam kupę antybiotyków i zwolnienie na prawie 2 tygodnie.
Czy to normalne, żeby dorosły chłopak bał się powiedzieć rodzicom, że jest na L4? Czy tylko u mnie w domu tak jest? Nawet jakbym im powiedział co mi jest i jak się czuję, powiedzieliby, że dramatyzuję.
Mam 40 lat, swoje już przeżyłem, byłem w małżeństwie długo i już jakiś czas nie. Trochę mnie to bawi już na tym etapie, ale muszę się do czegoś przyznać. Nigdy nie byłem obiektem damskich westchnień – żadnych. Raz w życiu usłyszałem (dawno, dawno), że się komuś podobam, bez jakichś westchnień, tylko tak o, niestety nawet nie od własnej żony, ale od dziewczyny, która miała wówczas od paru lat chłopaka, więc podziękowałem. A tak to żadnych sygnałów, pokątnych spojrzeń, przypadkowych rozmów, żadnych plotek od koleżanek, żadnych anonimowych liścików za młodu, żadnych prób romansów, żadnych pijackich amorów na służbowych wyjazdach. Nic, nigdy, nul. W temat eks wchodzić nie będę, musicie uwierzyć na słowo, że też średnio ;-).
Nie, żebym był jakiś szpetny, myślę, że solidne 3/10. Trochę za gruby, trochę za łysy, ale nie żebym wzbudzał jakąś estetyczną pogardę, raczej taki przeciętny kartofel-misio. Zresztą kiedyś byłem ładniejszy, niewiele to zmienia. Podobno mam głowę na karku i można na mnie liczyć. Nie mam problemu z komunikacją, szybko nawiązuję kontakt, mam o czym rozmawiać z ludźmi. Nie jestem ani chamski, ani pobłażliwy, nie wyglądam na desperata, taki o kulturny, spokojny facet, ambitny, kiedy trzeba, umiejętny też, nie narzucający się, tylko robiący swoje. Nie jestem popędliwy, potrafię rozmawiać z kobietą na poziomie koleżeńskim i traktować ją jak człowieka. Kobiet znam wiele i nigdy nie odczułem z ich strony jakiegoś odrzucenia, więc to też nie to. Zdecydowanie nie jestem traktowany jak powietrze, raczej jako instytucja, o której nawet się nie myśli w kontekście miłosnym. Czemu? Nie mam pojęcia i nikt nie jest mi w stanie udzielić odpowiedzi innej niż „nie myślałam o tym, ale faktycznie tak jest”. Po rozwodzie miałem dużo sprzątania w głowie, wszystkie klepki poukładałem i jestem usatysfakcjonowany, ale na to pytanie nie potrafię sobie odpowiedzieć.
I choć pewnie brzmię, jakbym wylewał żale, to tak nie jest. Mam naturę badacza i po prostu korci mnie rozwikłanie zagadki, nawet jeśli przeprowadzam własną sekcję. A piszę, bo uruchomiło mnie zupełnie co innego. Otóż jak się okazuje, mój dobry przyjaciel ma większe powodzenie... mimo tego, że on wcale powodzenia nie szuka u kobiet. No cóż, najwyraźniej tak po prostu jest ;)
Dodaj anonimowe wyznanie