#Xcp8K
Dla moich rodziców pójście na L4 to coś najgorszego co można zrobić, "my jak jesteśmy chorzy, to i tak zapierdzielamy do pracy", "małe przeziębienie cię nie zabije", "wypijesz ciepłą herbatę i będziesz jak nowy". No nie do końca, na początku myślałem, że to naprawdę zwykłe przeziębienie, normalnie chodziłem do pracy i nie poszedłem do lekarza, bo po co. Koniec końców czułem się tak źle, że poszedłem do lekarza i co się okazało? Zapalenie gardła, zapalenie zatok oraz w gratisie zapalenie ucha. Od lekarza usłyszałem, że gdybym przyszedł parę dni wcześniej, to pewnie dostałbym tylko jakieś tabletki i syrop na gardło i ewentualnie L4 na 2 dni, a tak mam kupę antybiotyków i zwolnienie na prawie 2 tygodnie.
Czy to normalne, żeby dorosły chłopak bał się powiedzieć rodzicom, że jest na L4? Czy tylko u mnie w domu tak jest? Nawet jakbym im powiedział co mi jest i jak się czuję, powiedzieliby, że dramatyzuję.
Nie jest normalne, ale podejście Twoich rodziców jest jeszcze bardziej nienormalne, więc kompletnie się Tobie nie dziwię, że się z tym ukrywasz, bo nie chcesz znowu słuchać ich ględzenia.
Ja w ciąży rzygałam jak kot, schudłam, miałam kroplówki nawadniające - a tata mi powiedział, że ciąża to nie choroba i jak będę się tak obijać na L4, to mnie zwolnią.
Tak to ty w dorosłość nie wyjedziesz, jeżeli mieszkasz sam, utrzymujesz się, a zasady rodziców generują twoje życie.
I ci by go zrobili? Dali by ci szlaban na obiadki u mamusi?
U mnie w domu było inaczej :) Moja Mama ma hipochondrię przejściową (sam to wymyśliłem jak coś :P) i jak ktoś tylko sprawiał wrażenie, że może być nie w 100% zdrowy to był siłą ciągnięty na diagnozę. Tato mówił, że przy Mamie to "lepiej się zesrać niż kichnąć" :P
To nie jest normalne podejście - oczywiście mam na myśli Twoich rodziców. Trzeba pozwolić sobie być chorym. Co innego, jak komuś nie chce się pracować i udaje albo bierze zwolnienie tylko po to, żeby nie iść do pracy, a co innego, jak naprawdę jest chory. Po niektórych teoretycznie niegroźnych chorobach, mogą wystąpić powikłania i np. ktoś trwale zachoruje na serce, uszkadzając je. To wysoka cena za przemęczanie się podczas choroby. Twoi rodzice są z innego pokolenia. W czasach ich młodości pewnie bardziej niż teraz, ryzykowało się zdrowiem, a nawet życiem, żeby utrzymać tę pracę (zwłaszcza po upadku komuny). Może pokaż rodzicom artykuły o tym, jakie ktoś miał powikłania przez to, że źle się leczył albo pracował, gdy nie powinien. Gdy ja i mama mieszkałyśmy z moim ojcem, a dziadkowie byli na drugiej części domu i dziadek często chodził po naszym ogrodzie i widział, kiedy jesteśmy w domu, mama obawiała się chodzić na L4. Jej teść, a moj dziadek uważał, że trzeba chodzić do pracy. Z tych czasów pamiętam, że mama jeden raz wzięła zwolnienie - miała ropną anginę i około 40 stopni gorączki. Dziadek zauważył, że nie poszła do pracy i musiała się tłumaczyć. Teraz ja i mama mamy wolność - nikt nas nie obserwuje i możemy robić, co uważamy za słuszne. Paradoks polega na tym, że mój dziadek dosyć szybko przestał chodzić do "normalnej" pracy, w której zawsze był na wysokim stanowisku, a zajął się rolnictwem, pracując w małym gospodarstwie swoich teściów, gdzie też mieszkał (oni wszyscy mieszkali razem). Podejrzewam, że jego czas pracy nie był taki jak na etacie. Ale zastrzeżenia do osób, które chodziły na zwolnienie, miał. A co do mnie, to "szewc bez butów chodzi". Pracuję prawie zawsze na zleceniach i nie mam możliwości pójścia na płatne zwolnienie. Nie poszłam do pracy przez chorobę tylko w jednym dniu, bo dzień wcześniej prawie mdlałam na toalecie i myślałam, że będzie trzeba wzywać do mnie karetkę. Musiałam wziąć bezpłatne wolne.
Jest problem. Nazywa się mieszkanie koło rodziców. Niby masz swoje mieszkanie, ale mieszkasz z nimi. ZMień to, zobaczysz od razu, ze można inaczej.