#FgeCV
Poskarżyłam się na niego w domu, starszy brat pokazał mi jak mam się bronić.
Na następny dzień przerwa w klasie, owy kolega podchodzi do mnie i chce bić. Zaparłam dłonie o ławki, uniosłam szybko nogę i bach!, kopnęłam go prosto w zęby. Kolega zalał się krwią. Wchodzi pani... Patrzymy - on bez jedynki. O cholera, będzie masakra! Ale klasa stanęła za mną murem, powiedzieli jak było i to on dostał uwagę.
Następnego dnia tuż przed ostatnią lekcja przychodzi mama Tomka z pretensjami - jak to, że jej Tomek dostał uwagę, chociaż to on wrócił do domu z brakami w uzębieniu, że to niesprawiedliwe itp. Pani wytłumaczyła jej, że Tomek bardzo mi dokucza, opowiedziała tę i wiele innych sytuacji, tak że matka Tomka przy całej klasie dała Tomkowi w tyłek. Tomasz zły na mnie jak 150, po dzwonku wybiegł za mną z klasy i chciał zdążyć jeszcze wyładować się na mnie zanim wsiądę do autobusu szkolnego, ale ja w poczuciu bezradności skuliłam się w mała kulkę tuż przy schodach... Tomek się o mnie potknął, spadł na półpiętro. Wstaje zalany krwią, a w buzi widać dziurę po kolejnej jedynce...
Minęło 20 długich lat, w międzyczasie zdążyły mu wyrosnąć stałe zęby, a my z Tomkiem nadal nie zmieniliśmy nawet zdania :D
Tomku, jeżeli to czytasz - przepraszam :D
#4QpDG
Jako dziecko nieraz widziałam wizerunki złego, m.in. w naszym zabytkowym, cudownie malowanym kościółku. Zawsze był on (diabeł, nie kościół) brudny, kudłaty, rogaty, ogoniasty i z kopytami. Ten wizerunek dobrze sobie zapamiętałam. Moja ukochana babcia była prostą kobietą, bogobojną (ale daleko jej było do dewotki!) i wychodziła z założenia, że gdyby spotkała na swojej drodze takiego diabła, to by go pogoniła choćby mokrymi majtkami i mnie również zachęcała do stawiania mu się za wszelką cenę.
To było tuż przed Bożym Narodzeniem. Roraty u nas odbywały się wieczorami i gdy już niemal się kończyły, poprosiłam babcię o zabranie mnie na nie. Babcia ubrała mnie ciepło, wsadziła na sanki i zabrała, dając przepiękny lampion w łapki :)
Wszystko byłoby super, gdyby nie sam diabeł... który bezczelnie przemykał sobie po bocznej nawie, między drzwiami zakrystii a bocznymi kościoła. Obserwowałam go starannie, ale za każdym razem gdy dyskretnie starałam się zaalarmować babcię, on znikał i babcia ani razu go nie zobaczyła. Uznała, że to wynik ogromnej wyobraźni i przejęcia chwilą. Powiedziała, że mam się niczego nie bać, bo Pan Jezus diabła pogoni.
Msza się skończyła, ja znów na sanki, niby mam lampion itd., ale jednak strach przez tamtym diabłem nie dawał mi spokoju. Przez następne trzy dni również go widywałam i razem z siostrą oraz bratem doszliśmy do wniosku, że Pan Jezus jest jeszcze za mały, żeby samemu diabła przegonić, więc my mu pomożemy i go obronimy.
Przed ostatnimi roratami babcia zgodziła się zabrać całą naszą trójkę, ale zastrzegła, że tym razem pójdziemy o pół godziny wcześniej, bo musi coś załatwić. Babcia poszła do zakrystii, a my grzecznie oglądaliśmy malowane ściany kościoła, czając się na diabła. Każde z nas miało pod kożuszkiem solidny kij, a ja nawet sznur i butelkę z wodą święconą, ukradzioną z misy przy drzwiach.
Msza się niemal zaczyna i jest! Diabeł! Przemyka nawą do zakrystii, żeby ukraść małego Jezuska! Z pobożną pieśnią na ustach, z tymi kijami, sznurem i wodą rzuciliśmy się na biednego diabła, podcinając mu nogi, tłukąc go i próbując krępować.
Diabeł okazał się być przebranym, ciemnoskórym, młodym księdzem, który miał grać diabła na jasełkach w ostatni dzień rorat. W pełnym przebraniu (epickim!) przemykał codziennie na próby, które odbywały się tuż po wieczornej mszy, a jego chwila sławy miała nadejść tamtego wieczora. Biedny chłopak nieźle dostał, zanim ktoś nas odciągnął.
Babcia złapała się za głowę, proboszcz kisł ze śmiechu, młody ksiądz z jednej strony jęczał, z drugiej się śmiał. Ludzie zdezorientowani, dwóch panów chciało nam nawet pomóc diabła lać. Sprawę szybko wyjaśniono, nikt na nas nie krzyczał, ale mnie wstyd do dzisiaj...
#jpGOr
Gdy miałem 16 lat, zacząłem spotykać się z moją o rok młodszą przyjaciółką; dziewczynę znam od 5 roku życia, tak że chyba był to naturalny etap, iż hormony zrobią swoje.
W każdym razie po kilku miesiącach rozpoczęliśmy współżycie intymne i było super.
Ale po kilku miesiącach po każdym stosunku bolało mnie przyrodzenie, a potem także odczuwałem dyskomfort w trakcie. Choroba WR odpadała, bo do osiemnastki Ani i jej wizyty po pigułki seks był zawsze w gumce.
W każdym razie decyzja: chyba wypada iść do lekarza dla mężczyzn, czyli urologa.
I tu lekki szok.
Lekarz nr 1
Obejrzał, zapytał i stwierdził, że skoro napletek schodzi lekko i w spoczynku, i we wzwodzie, to jest wszystko OK.
Lekarz nr 2
Jak wyżej, plus dodał, że skoro mam młodą dziewczynę, to pewnie ciasna i dobrze, że boli.
Obaj lekarze to faceci koło 50-60 roku życia, chyba pracujący za karę.
Lekarka nr 3
Młoda, wg mnie około 30-35 r. życia.
Porozmawialiśmy, obejrzała i oto co mnie zdziwiło. Najpierw założyła rękawiczki i ogląda, ale w przeciwieństwie do poprzedników włączyła sobie lampę, by lepiej widzieć.
Myślę, że to koniec badania, ale nie. Zdjęła rękawiczki, umyła ręce i jeszcze raz w kilku miejscach ogląda moje przyrodzenie. Następnie prosi, bym poszedł za parawan i doprowadził się masturbacją do wzwodu. Ja w głębokim szoku, ale wykonałem polecenie.
Pani doktor ponownie założyła rękawiczki i jeszcze raz obejrzała prącie, tym razem we wzwodzie. Naciągnęła napletek i spytała o ból. Potwierdziłem. Podziękowała i kazała się ubrać.
Diagnoza: delikatne pęknięcia i ich zabliźnianie i pękanie blizn. Zalecana korekcja lub usunięcie napletka.
A dodam, że nieleczone prowadziłoby to do stulejki nabytej.
Mija już kilka lat od tej wizyty, ja mam wyleczoną męskość i seks jest czystą przyjemnością. A pani urolog na pewnym portalu z lekarzami ma bardzo wysokie notowania.
Można? Można, tylko trzeba chcieć.
#GTFu5
#NirBG
Dziewczyna kilkanaście lat starała się zajść w ciążę. W końcu się udało. Uradowana pobiegła do ginekologa, zrobiła wszystkie potrzebne badania i umówiła się na kolejną wizytę za dwa miesiące.
Podczas tej drugiej wizyty pani doktor, patrząc w monitor podczas USG, trochę marszczyła czoło. Powiedziała, że chyba dzieciak ma jakąś delikatną wadę serca, ale nie ma się czym przejmować.
Koleżanka oczywiście się przejęła i umówiła się na konsultację u innej pani doktor w klinice w mieście wojewódzkim. Ta druga pani doktor męczyła ją badaniami przez kilka godzin - miała trzy USG w różnych odstępach czasu. Po wszystkim powiedziała, że faktycznie jest wada serca i jeszcze jakieś inne mniejsze sprawy, ale że trzeba poczekać i zaprosiła na wizytę za pięć tygodni.
Spanikowana koleżanka nie czekała, tylko szybko umówiła się do pewnej pani profesor. Już dwa tygodnie później usłyszała wyrok - dziecko miało tyle wad genetycznych, że cudem było, że jeszcze żyło. Pani profesor kazała się jej przygotować na najgorsze, czyli poronienie.
Dlaczego poprzedni lekarze nie powiedzieli jej od razu, że dziecko nie ma szans? Dlaczego kazali jej się łudzić, że wadę da się operacyjnie naprawić? Tych "dlaczego" jest jeszcze więcej. Niestety, nikt jej na nie nie odpowie.
#S55Ar
Może byłoby to normalne, gdyby nie to, że wyznałam mojej pani przedszkolance, że mogę zatrzymać proces siusiania i zacząć robić kupkę i odwrotnie.
Teraz pani przedszkolanka jest moją teściową i lubi to przypomnieć.
#p8KDW
Niedługo po tym okazało się, że jestem w ciąży. Nawet nie macie pojęcia, jakie to masakryczne uczucie nie wiedzieć, czy nosi się pod sercem dziecko swojego ukochanego czy oprawcy.
Jest możliwość usunięcia dziecka z powodu gwałtu. Jednak przeraża mnie myśl, że to mogłoby nie być dziecko tego zwyrola.
#QgvC4
Po czasie znów się zaczęła uśmiechać. Czasem wpadała do nas moja młodsza siostra, która miała, lekko mówiąc, problem z heroiną. Nie wiedziałem co robić, mega się zamartwiałem. Pewnego razu M. (moja współlokatorka) usłyszała naszą rozmowę i powiedziała do mojej siostry stanowcze: "CHODŹ", na co ta druga "Na chuj się wpierdalasz?". Na to M. "Nie pierdol, tylko rusz tyłek" i poszła do pokoju, a moja siostra chyba z ciekawości za nią. Moja mała siostra wyszła z pokoju z płaczem i poszła, na co ja zrobiłem M. aferę. Potem siostra znów przychodziła, ciągle do M. i wychodziła z płaczem.
Okazało się, że M. również miała problem z narkotykami, była na odwyku. Kazałem jej zagonić moją siostrę na ten odwyk, a ona uparcie, że nie i że sama sobie poradzi. Miała rację - moja siostra przestała ćpać po jakimś czasie. Cud. Zaprzyjaźniły się. Było świetnie, aż zaczął przychodzić do M. jakiś starszy koleś, byłem w szoku, słysząc ich rozmowy. Był on sponsorem M., aby miała lepszy start wyjeżdżając od rodziców i się zakochali, a ta wyjechała i nie powiedziała nic temu typowi, żeby nie rozbijać jego małżeństwa. Znów zaczęły się płacze po nocach, niechodzenie do szkoły. Minął niecały miesiąc i M. się zabiła, zostawiając mi tylko kartkę z przysmakami swoich kotów...
Rozumiecie? Mija drugi tydzień, a ja musiałem komuś to opowiedzieć. Wszystko przez niego... Gdy nie ma M., moja siostra chyba wróci do ćpania, a ja powoli popadam w paranoję. Nie wierzę, że taka młoda dziewczyna, tak ambitna, codziennie śmiejąca się na teamspeaku, grająca w gry z ekipą...
Eh, proszę, pożegnajcie ją, błagam.
Żegnaj, M.
#Hoawv
Ale żeby od razu wybić sobie palec obierając mandarynkę ...
Aż wstyd się przyznać, jak sobie ten palec wybiłem.