Będzie drastycznie, chcę wam opowiedzieć o tym, jak mnie zgwałcono i o ciąży będącej tego wynikiem. Od zdarzenia minęło 6 lat, dalej nie mogę sobie z tym poradzić, dalej moja psychika jest zrujnowana, ale pomyślałam, że może wyrzucenie tego z siebie jakoś mi pomoże, taki dodatek do terapii, którą dalej kontynuuję.
Miałam 22 lata. Wracałam w środku nocy od koleżanki, z którą robiłam projekt na studia, miałam pieszo 10 minut drogi do domu, a że mieszkam na obrzeżach miasta, był to głównie teren, gdzie już zabudowanie się kończyło i zaczynał się las. Szłam ciemną uliczką tuż przy lesie, taki park to był, gdy w pewnej chwili minęłam człowieka siedzącego na ławce i pijącego alkohol. Po chwili usłyszałam za sobą, że wstał i ruszył za mną, chciałam przyspieszyć, ale nawet nie zdążyłam, gdy podbiegł od tyłu, złapał, zatkał mi usta i zaczął ciągnąć do lasu. Nie miałam sił się wyrwać, a walczyłam z całych sił, kopałam, drapałam, gryzłam. Wpadłam dosłownie w szał, ale nie byłam w stanie go pokonać. Przygniótł mnie swoim grubym cielskiem, zerwał spodnie i przeszedł do rzeczy. Wciąż pamiętam jak śmierdział brudem, ślina kapała mu z ust, oddech cuchnął alkoholem, cały czas charczał i mówił do mnie "cicho bądź, świnko". Mój mózg się wtedy wyłączył, miałam wrażenie, że to nie dzieje się naprawdę, że to sen. Nie wiem, czy zemdlałam, po prostu odcięłam się od rzeczywistości, jednocześnie czując potworny ból. Zgwałcił mnie brutalnie. Ból, jaki nigdy mi się nawet nie śnił. Gdy skończył, po prostu uciekł. Ja leżałam tam na miejscu jeszcze przez jakiś czas, nie mogłam się podnieść, wszystko mnie bolało, krwawiłam, a umysł odmawiał posłuszeństwa. Jednak dotarłam do domu.
Mieszkałam sama, wiec zamknęłam się, zabarykadowałam drzwi ze strachu i przez dwa dni siedziałam w kącie pomiędzy ścianą a łóżkiem. Czułam pustkę, nawet nie płakałam, to była po prostu pustka, szok, ból, a do tego całkowita apatia i odrealnienie. Po dwóch dniach zaniepokojona koleżanka przyszła sprawdzić, czemu nie się nie odzywam i wtedy się wszystko zaczęło, policja, szpital itd. Przez kolejny miesiąc byłam w domu rodzinnym, rodzice się mną opiekowali jak rośliną, bo nie mogłam się pozbierać. Nie wychodziłam z łóżka, nie chciałam jeść, marzyłam wtedy o śmierci, ze względu na ogromne obrzydzenie, jakie do siebie czułam. Miałam wrażenie, ze nie mogę zmyć z siebie brudu, że moje ciało zgniło. A potem okazało się, ze jestem w ciąży, mimo tego, że dano mi tabletkę PO. Zawsze chciałam mieć dzieci, uwielbiałam je, ale w tamtej chwili miałam wrażenie, że we mnie zamiast dziecka siedzi właśnie ten obrzydliwy, stary, gruby, brudny, pijany facet. Siedzi tam i chce dalej mnie krzywdzić, dobiera się do mnie od środka. Nie mogłam tego znieść, to było apogeum. Ciążę usunęłam. Inaczej bym chyba tego nie wytrzymała. Chociaż trochę mi wtedy ulżyło. Potem przez lata dochodziłam do siebie, lecz nadal jestem wewnątrz wrakiem. Sprawcy nie złapano.
W zeszłym tygodniu moja dziewczyna straciła wreszcie dziewictwo.
Ja jeszcze nie...
W zeszłym roku niedaleko mojej wsi policja złapała księdza, który kompletnie pijany wracał z burdelu samochodem, a w dodatku znaleziono przy nim narkotyki i nielegalną broń.
Najlepsze jest to, że ten ksiądz robił ludziom problemy, jeśli wg niego "nie prowadzili się tak, jak należy".
No to dał piękny przykład dobrego prowadzenia się :D
Mama nigdy nie pozwalała mi dać na kanapkę dwóch plasterków szynki. Uważała, że nie zasługuję na taki luksus, więc powinnam cieszyć się z tego jednego. Żyłam sobie z takim przeświadczeniem przez wiele lat.
Dopiero dziś, mając 23 lata, uświadomiłam sobie, że nie jestem taka beznadziejna i zjadłam kanapkę z dwoma plastrami szynki! Nawet nie uwierzycie, ile dało mi to radości!
PS Nigdy nie brakowało nam pieniędzy. Mama lubiła się nade mną pastwić.
Studenci prestiżowej (jak na polskie warunki) publicznej uczelni. Ludzie dorośli i poważni... No właśnie nie do końca.
Przez jakiś czas prowadziłem ćwiczenia z matematyki na takiej uczelni.
Pewnego razu do mojego gabinetu wkroczyła kobieta, lat około 50
- Przepraszam, można? - spytała.
- Tak... w czym mogę pani pomóc?
- Bo mój Marcinek mówi, że pan się na niego uwziął...
Dopiero w tym momencie zauważyłem stojącego za nią skromnie z opuszczoną głową chłopaka. W pierwszej chwili nie skojarzyłem, jednak po paru sekundach mnie olśniło.
Marcin Anonimowy, na zajęciach siadający zawsze w ostatniej ławce, mający na wszystko wy...rąbane. Na kolokwiach oddawał zawsze puste kartki zanim jeszcze zdążyłem podyktować zadania.
- Yhmmm... A w jaki sposób to moje uwzięcie się na pana Marcina się przejawia?
- Pan zaniża jego oceny z kolokwiów!
- Zapewniam panią, że oceny z kolokwiów są całkowicie obiektywne, a wszelkie zgłoszone w terminie do dwóch tygodni od ogłoszenia wyników reklamacje i roszczenia zostały rozpatrzone. Pan Marcin, z tego co pamiętam, nie miał żadnych zastrzeżeń do oceny.
- To niech pan pokaże pracę mojego Marcinka!
Nie chciałem tego robić. Rodzina ważna rzecz i nie chciałem być tym, który sprawi, że w ich rodzinie relacje się pogorszą. Bycie niefajnym nauczycielem jest już i tak wpisane w zawód nauczyciela matematyki, a psucie rodzin obciąża już sumienie.
- Przykro mi, proszę pani, ale nie mogę tego zrobić. Praca pana Marcina jest dokumentem poufnym i może być przedstawiona jedynie niektórym organom uczelnianym i to tylko w uzasadnionych przypadkach... - zacząłem kręcić, nieco wyolbrzymiając przepisy.
- No ale przecież on sam chyba może zobaczyć swoje kolokwium?
- Tylko na jego wyraźną prośbę - rzuciłem, mając nadzieję, że student jakoś mnie poprze w mojej walce o jego prywatność i dobre stosunki z rodziną...
- Proszę pokazać to kolokwium mojej mamie! - zażądał.
Okej... Tylko potem nie mówcie, że nie próbowałem.
Z szafki wyjąłem plik kolokwiów, z których wybrałem pracę pana Anonimowego. Trzy arkusze papieru kancelaryjnego, ponumerowane i własnoręcznie podpisane przez autora, prawie całkiem puste - poza wspomnianą numeracją i podpisami zawierała jedynie kilka czerwonych zer napisanych przeze mnie.
- Proszę, oto praca pani syna.
- Ale... ale te kartki są puste!
- W rzeczy samej.
- A... to... my już pójdziemy.
Pani wyszła, zabierając z sobą syna, któremu awanturę urządziła jeszcze zanim drzwi od gabinetu się zamknęły.
- Widziałeś to? - rzuciłem do znajomego doktora, który przez cały czas siedział cicho w swoim kącie schowany za komputerem
- No... to jeszcze nic. Do mnie kiedyś przyszedł student z dziadkiem, który straszył mnie swoimi znajomościami.
Od kilku miesięcy, wychodząc na spacery z psami, obserwuję, że do okolicznego lasu pewne osoby wyrzucają śmieci. Na początku nic z tym nie robiłam, właściwie to nie wiem czemu. W końcu jednak, gdy odpadów było coraz więcej, postanowiłam się tym zainteresować. Godzinami czekałam na idiotów, którzy zanieczyszczają środowisko, a gdy byli na miejscu, z ukrycia ich nagrywałam.
Mam 6 nagrań (każde tyczy się innej osoby) i wkrótce idę na policję. Chyba mnie znienawidzą w tej wsi, ale ciul z tym :D
Ostatnio uroczyście obchodziliśmy dzień patrona szkoły. Pogoda akurat była świetna, więc wszyscy mogli wskoczyć w lekkie, galowe stroje.
Po akademii musiałam skorzystać z toalety, więc biegusiem załatwiłam to co miałam do załatwienia i gonię moją klasę przez długi szkolny korytarz. Wszystkie głowy nagle zwracają się w moim kierunku. Ktoś litościwy pokazuje mi na migi, że coś nie tak z moim tyłkiem. W pośpiechu nie zauważyłam, że spódnica zahaczyła o majtki, które wszyscy mogli wtedy podziwiać.
Do końca roku jeszcze długie trzy miesiące.
Jestem nauczycielką…
Byliśmy z chłopakiem w górach. Cały czas jakby był zdenerwowany... Wiedziałam, że chce się mi oświadczyć, więc postanowiłam wymyślić sobie jakiś mały scenariusz na ten moment...
Minęło dosłownie kilka chwil! Patrzę? A on klęka i wyciąga pierścionek...
Chciałam mu położyć palec na ustach i powiedzieć "ciii... tak, chcę zostać twoją żoną" nim cokolwiek powie.
Zamiast tego wsadziłam mu palec do nosa :D
Jestem ze swoim chłopakiem już prawie 6 lat i nigdy nie miałam orgazmu podczas seksu z nim. Niestety mój facet myśli, że żartuję gdy mu o tym mówię.
Usunęłam ciążę 2 lata temu, zawiodło zabezpieczenie. Ostatnio o tym głośno, więc postanowiłam przedstawić swoją historię. Na wstępie zaznaczę, że krew mnie zalewa gdy słyszę, jakoby aborcji kobiety dokonywały dla wygody, bo im się nie chce wychowywać lub przytyją. Znajdą się i takie, ale to zapewne kilka procent całości. Nikt na taki zabieg nie decydowałby się z powodu typu "nie chce mi się". To jest wręcz abstrakcja i nigdy nie spotkałam kobiety, która usunęła ciążę dla wygody, a kobiet po aborcji znam wiele.
Sama dokonałam jej mając 24 lata, powodów było mnóstwo, zaczynając od tego, że po prostu nie chcę mieć dzieci przez najbliższe lata, nie przepadam za nimi jakoś szczególnie i na razie absolutnie nie ma dla nich miejsca w moim życiu. Do tego jestem chora. Od lat zmagam się z dość ciężką depresją i problemami z psychiką. Ciągle jestem wrakiem człowieka, ale czynię powoli postępy i nigdy nie pozwoliłabym na to, aby niechciana ciąża znów cofnęła mnie na samo dno. A tak by właśnie było. Gdy się dowiedziałam o ciąży, pierwsza myśl była taka - wolę się zabić, niż urodzić. Nie zniosłabym tego. Dla mnie płód nie był wtedy płodem/dzieckiem, a koszmarem, największym problemem i nieszczęściem, wręcz zagrożeniem. Tak, czułam się wtedy zagrożona. Pewnie brzmi to irracjonalnie dla osoby, która nie znalazła się w takiej sytuacji, ale dla mnie był to właśnie istny koniec świata i ogromny lęk oraz panika. Nie chciałam "oddawać" mojego ciała, dzielić go z kimś, kto w odczuciu był tylko intruzem. Jakbym dostała wyrok, bo już nie chcę się rozwodzić nad sytuacją materialną, planami na życie czy jego ogólnym stanem, a też było z tym bardzo słabo. I dzisiaj uważam, że podjęłam bardzo słuszną decyzję i dzięki temu dalej mam szansę powoli wracać do normalnego życia i walczyć z chorobą.
Nie czuje wyrzutów sumienia, czuję ulgę, ogromną ulgę. Samego zabiegu w 7 tygodniu dokonałam w domu, zamówiłam tabletki poronne z internetu. Wspierał mnie partner, który również popierał moją decyzję. Jednak w tym wszystkim boli mnie fakt, że wszystko było przeprowadzone w ogromnym stresie, że tabletki nie dojdą na czas, że coś się stanie, a jestem zdana zupełnie na siebie, żaden lekarz nie udzieli mi konsultacji, równie dobrze mogę zaraz umrzeć na skutek powikłań, bo bałam się, że leki, które biorę będą jakoś kolidowały z poronnymi. Chciałabym móc w tym kraju dokonać takiego zabiegu w szpitalu, pod kontrolą i opieką. Teoretycznie mogłabym domagać się aborcji ze względu na zagrożenie zdrowia psychicznego, ale już widzę, jak ktoś się na to godzi, skoro wiele kobiet się wypowiada, że nawet w przypadkach, gdy ciąża "fizycznie" może zagrażać zdrowiu są problemy z jej załatwieniem. I kompletnie nie rozumiem dlaczego rząd chce jeszcze bardziej ograniczyć dostęp do aborcji. Myślicie, że jak będzie legalna, to już nigdy nie urodzi się żaden down czy po prostu chore dziecko? Że nagle wszystkie kobiety będą usuwać ciąże?
Tak naprawdę decydujące jest, czy kobieta chce dziecka czy nie chce.
Dodaj anonimowe wyznanie