Dziś nastał dzień, na który szykowałam się przez ostatni rok. Zebrałam całą najbliższą rodzinę w salonie i powiedziałam, że jestem lesbijką. Reakcja moich rodziców była zaskakująco dobra. Mama popłakała się i mocno mnie przytuliła mówiąc, że w pełni akceptuje mnie taką, jaką jestem i że niezależnie od wszystkiego zawsze będę jej kochaną córeczką.
Tata natomiast nastroszył wąs i coś tam poględził o tym, że zawsze marzył, aby zostać dziadkiem, a teraz musi liczyć na to, że jego jedyny syn – zakała rodu, przestanie wreszcie grać w te głupie gry komputerowe i zabierze się za podrywanie dziewczyn.
Tymczasem mój brat stwierdził, że małżeństwo jest przereklamowane oraz bardzo kosztowne i właściwie to nikomu do szczęścia nie potrzebne. Znacznie więcej satysfakcji dają gry komputerowe, zielsko i porno na RedTube. Powiedziawszy to wyszedł tłumacząc, że level sam się nie wbije.
Ojciec westchnął ciężko, a matka uroniła kolejną łzę – nie wiem, czy to ciągle było spowodowane moim wyznaniem, czy też uświadomieniem sobie społecznej dysfunkcjonalności mojego brata.
Na koniec głos zabrała nestorka rodu – siedząca dotąd cicho babcia odchrząknęła, poprawiła sobie okulary i całkiem poważnie powiedziała, że to nic innego, jak taki krótki epizod w moim życiu. Każda brzydula przez to przechodzi. Spowodowane jest to faktem, że wreszcie zdałam sobie sprawę, że jestem szpetna niczym strach na wróble stojący na ziemniaczanym polu i że żaden kawaler mnie nie zechce. Następnie chwyciła mnie za rękę i patrząc głęboko w oczy rzekła: „Ale nie przejmuj się, kochana. Każda potwora znajdzie swego amatora. Zobacz na swoją mamę. Byłam pewna, że trafi do zakonu, a tu proszę – trafił jej się mąż. Może niezbyt bystry ani zamożny, ale zawsze coś. Klopsików zjesz?”.
Podczas gdy my patrzyliśmy po sobie z otwartymi buziami, babcia pokuśtykała do kuchni odgrzewać klopsy.
Nie tak sobie wyobrażałam mój coming out...
Piątek przed majówkowym weekendem. Podjeżdżam pod hipermarket - ludzi tłumy, parking zapchany. Krążę tak po tym parkingu w poszukiwaniu miejsca. Nagle widzę, że jakiś facet stoi przy odpalonym aucie i przez telefon gada. No to otwieram okno i pytam:
- Wyjeżdża pan?
A ten, z dumną miną i cały uradowany odpowiada:
- Tak, na cały weekend, do Zakopanego!
Nie udało mi się utrzymać powagi :D
Kiedy byłam dzieckiem myślałam, że oryginalne ciuchy biorą swą nazwę z tego, że produkuje się jedną określoną rzecz z danego projektu w jednym unikalnym rozmiarze (dlatego też były takie drogie).
Byłam mega dumna, ponieważ moja babcia jest krawcową i szyła mi oryginalne ubrania :D
Do najlepszych orgazmów doprowadzam sama siebie przez sen.
Bez palców, zabawek, urządzeń. Po prostu za pomocą siły wyobraźni.
Budzę się, kiedy dochodzę i zaraz potem zasypiam jak dziecko.
Mam męża i rocznego synka.
Wczoraj, korzystając z tego, że ma urlop, mój mąż postanowił wyruszyć na piwo z kolegami, który to wypad obiecał im już od dawna.
Wrócił późno w nocy, a że nie mogłam spać, przywitałam go w drzwiach. Był mocno zalany. Gdy tylko mnie zobaczył, rozpłakał się jak małe dziecko i zażądał, żebyśmy jak najszybciej zrobili naszemu synowi testy DNA. Zdębiałam. Nigdy go nie zdradziłam i nigdy też nie dałam mu podejrzeń, żeby mógł tak myśleć. Zanim zdążyłam cokolwiek z siebie wydusić, mąż powiedział, że jest pewien, że dziecko jest jego, ale nie ma pewności, czy to ja jestem jego biologiczną matką, bo mnie zdradził. Z jednej strony musiałam się hamować, żeby nie wybuchnąć śmiechem, ale z drugiej nadal stałam jak słup soli. Zaczęłam dopytywać z kim mnie zdradził i kiedy to się wydarzyło.
Co się okazało? Mój mąż zdradził mnie, kiedy chodziliśmy do liceum. A właściwie, kiedy chodziliśmy do dwóch różnych szkół, na dwóch krańcach Polski i żadne z nas nie wiedziało o istnieniu tego drugiego. Wtedy już nic mnie nie powstrzymało przed wybuchem śmiechu.
Dziś nic nie pamięta, a ja nadal mam problemy z kontrolowaniem śmiechu. :D
Jesień, piździ jak w Suwałkach. Wychodzę z pieskiem na spacer. Pimpek, po obwąchaniu kilku krzaczków, naszczekaniu na wściekłego kundla sąsiadów przyklejonego do okna na parterze, podejmuje decyzję o pozbyciu się balastu na pobliskim trawniku. Raz, dwa – sprawa załatwiona, teraz najgorsze… Wyjmuję z kieszeni plastikową torbę i umieszczam w niej psią kupę. Ciepły pakuneczek, jak zwykle, wrzucam do specjalnego kosza na śmieci.
Pimpek, pomimo zimna panującego na dworze, dochodzi do wniosku, że fajnie by było jeszcze sobie pospacerować. A, co mi tam! - myślę. – Psinie przecież nie odmówię.
I tak sobie powoli człapiemy po osiedlu, gdy nagle zatrzymuje mnie patrol młodych mundurowych. Strażnicy miejscy bardzo gorliwie sprawdzają, czy piesek na pewno nie stanowi zagrożenia. Oczy świecą im się, jakby właśnie znaleźli żyłę złota. Na pierwszy plan wysuwa się blondwłosa funkcjonariuszka. Niestety, na Pimpusiowym pyszczku znajduje się kaganiec.
- Ale wie pan, że ta smycz jest za cienka… - mówi pani strażniczka.
- Oczywiście, ale to taka tymczasowa smycz. Kowal właśnie szykuje nam taki porządny łańcuch, bo ta ważąca dwa i pół kilograma bestia ostatni przegryzła - odpowiadam spokojnie.
Pani patrzy na mnie jakby nie zrozumiała żartu. Za to blask w jej oczach jakby przygasł.
- Woreczek na odchody pan ma? - kontynuuje szarżę.
- Zawsze - mówię szczerze. – Pimpek właśnie postawił klocka, więc torebka została wyrzucona razem z kupą. Jeśli pani chce, to mogę ją wyciągnąć z kosza na śmieci. O, tego tam.
Strażniczce znowu świecą się oczęta, niczym dwie pochodnie. Wyjmuje blankiecik i długopis.
- Torebkę musi pan mieć zawsze. Pana nazwisko?
- Krzysztof Kieślowski - mówię, wyciągając z kieszeni paczkę papierosów i pakując jednego do ust. – Czy są jakieś normy dotyczące wielkości torebki, którą muszę posiadać?
- Krzy...sztof… Kieźl… Kiesz… Kie… - mruczy pod nosem blondyna, bardzo zajęta próbą spisania nazwiska znanego polskiego reżysera. – Nie, nie, proszę pana. Nie ma żadnych norm.
Odpalam fajkę. Zaciągam się dwa razy, a następnie ściągam z opakowania papierosów prostokątną folijkę. Podtykam ją pod nos pani strażniczce.
- Przepraszam, przypomniało mi się, że jednak miałem ze sobą zapasową torebkę. Miłego dnia życzę.
Oddalam się niespiesznie. Nikt mnie nie goni. Chyba wygrałem tę bitwę.
Jestem grabarzem, ale nie takim zwyczajnym, mam pewne odchyły moralne, które niektórzy uważają za dziwne.
Mam dopiero 26 wiosen, mieszkam na wsi, w sumie to miasteczko jest, kilka tysięcy mieszkańców. Mieszkam sam, w weekendy czasem przyjeżdża brat z rodziną. Miałem dziewczynę, ale rozstaliśmy się, gdy ona wyjechała na studia, ja w mieście czuję się kiepsko. Dom odziedziczyłem po zmarłej babci, rodzice nie żyją już od dawna, za domem mam ogromny ziemny nieużytek.
Prowadzę spokojne życie, tak mi wygodnie. Czytam książki, piszę własne. Jestem samotny, ale nie aż tak bardzo. Finansowo jakoś sobie radzę.
Wracając do tematu pracy.
Jestem grabarzem oraz pracuję w zakładzie pogrzebowym. Ktoś powie, że to to samo - nie do końca. Pracę lubię, i choć noszenie trupów i kopanie grobów może się wydawać straszne, dla mnie jest normalne.
To czego niektórzy nie rozumieją jest równocześnie tym, co inni bardzo cenią. Na tej łące, nieużytku, zrobiłem swój własny, prywatny cmentarz, każdy może na nim pochować swoich członków rodziny - zwierzęta. Psy, koty, chomiki, nawet rybki, papugi i inne. Ludzie dzwonią, ja kopię grób, oni płaczą, żegnają się.... Ja sadzę jedno drzewko na miejscu każdego grobu i kładę cegłę z wyrytym napisem "Pies Azor" czy "Papuga Stefania".
Dla niektórych to dziwne, ale ja uważam, że każda istota zasługuje na godny spoczynek.
Nadszedł ten długo wyczekiwany dzień, kiedy z moim chłopakiem zdecydowaliśmy się wejść na wyższy etap związku. Postanowił przedstawić mnie swoim rodzicom. Chcąc się podlizać, zaproponowałam zaprosić ich do mnie na obiad. Stresowałam się jak cholera. Porządki zrobiłam już dwa dni wcześniej. Nawet ściany umyłam…
W kuchni mam dwie lewe ręce, ale na szczęście weszłam w posiadanie przepisu na nasze rodzinne danie – zapiekanki z makaronu. Generalnie to proste jak budowa cepa – gotujesz kluski spaghetti, potem wrzucasz je do głębokiej brytfanki, posypujesz przyprawami, kładziesz na to kilka plasterków pomidora i cebulki, a całość zakrywasz plastrami sera. Pod wpływem temperatury ser się roztapia, pomidory i cebula puszczają soki i wychodzi danie takie, że hej. Pod warunkiem, że czegoś nie spier#olisz po drodze.
Ugotowałam makaron. Chciałam go odcedzić nad zlewem, ale moja nieporadność wzięła górę i… Plam! Kluchy wpadły do zlewu. Spoko, nikt nie widział – pomyślałam i za pomocą największej szpachli przerzuciłam je do brytfanki. Reszta poszła już jak po maśle (roślinnym, bo normalne drogie).
„Teściowie” przyszli i zasiedli przy stole. Ja, ubrana w najlepszą kreację, postawiłam przed nimi brytfankę z potrawą. Po chwili wszyscy się zajadali. Misja zakończona sukcesem – mogłoby się wydawać. Ale, nie… Nagle mama mojego chłopaka wydała z siebie jakiś dziwny dźwięk i trzymając się za usta pognała do łazienki. Okazało się, że obrzydziła ją gorąca, parująca, śmierdząca Ludwikiem gąbka, która w jakiś dziwny sposób znalazła się pod grubą warstwą makaronu.
Sytuację rozładował teść, który rzekł:
- Hłe, hłe, hłe. Następnym razem, młoda, zamów pizzę.
Idąc do sklepu zawsze się boję, że nie będę mogła otworzyć reklamówki przy kasie i nie zdążę spakować swoich zakupów zanim kasjerka zacznie kasować zakupy kolejnej osoby.
Nie rozumiem ludzi za wszelką cenę "ratujących" życie swoich dzieci. Zastanawia mnie, z jakich pobudek to robią i czy oby czasem nie jest to trochę pewna forma egoizmu i lęku przed utratą dziecka. Nieważne jak, oby żyło. Dzieci bez kontaktu z otoczeniem, ślepe, głuche, rośliny napędzane przez respiratory, bez szans na poprawę swojego stanu, na które zbiera się pieniądze na kolejne dawki chemii w Meksyku czy ryzykowne zabiegi w USA, bo nikt inny nie chce się już podjąć leczenia tych obrazów rozpaczy.
Powiedziałby ktoś - hipokrytka, ciekawe co by zrobiła, gdyby chodziło o jej dziecko.
Otóż pozwoliłam odejść z godnością, przeżyć tę krótką chwilę prawdziwym życiem, bez trucizn, respiratorów, kabli i szpitali. Złapać tę ostatnią odrobinę szczęścia i wspólnej radości z bycia razem. A potem utuliłam najczulej jak potrafiłam, nauczyłam się być pielęgniarką, lekarzem i matką w jednym, liczyłam oddechy aż do tego ostatniego, obdarowałam największa ilością pocałunków jaką zdążyłam, obdarowałam największą miłością, na jaką było mnie stać i pożegnałam najpiękniej jak potrafiłam. I gdybym miała wybrać po raz drugi, postąpiłabym tak samo.
Dodaj anonimowe wyznanie