#N0LTO

Nie rozumiem ludzi za wszelką cenę "ratujących" życie swoich dzieci. Zastanawia mnie, z jakich pobudek to robią i czy oby czasem nie jest to trochę pewna forma egoizmu i lęku przed utratą dziecka. Nieważne jak, oby żyło. Dzieci bez kontaktu z otoczeniem, ślepe, głuche, rośliny napędzane przez respiratory, bez szans na poprawę swojego stanu, na które zbiera się pieniądze na kolejne dawki chemii w Meksyku czy ryzykowne zabiegi w USA, bo nikt inny nie chce się już podjąć leczenia tych obrazów rozpaczy.

Powiedziałby ktoś - hipokrytka, ciekawe co by zrobiła, gdyby chodziło o jej dziecko.

Otóż pozwoliłam odejść z godnością, przeżyć tę krótką chwilę prawdziwym życiem, bez trucizn, respiratorów, kabli i szpitali. Złapać tę ostatnią odrobinę szczęścia i wspólnej radości z bycia razem. A potem utuliłam najczulej jak potrafiłam, nauczyłam się być pielęgniarką, lekarzem i matką w jednym, liczyłam oddechy aż do tego ostatniego, obdarowałam największa ilością pocałunków jaką zdążyłam, obdarowałam największą miłością, na jaką było mnie stać i pożegnałam najpiękniej jak potrafiłam. I gdybym miała wybrać po raz drugi, postąpiłabym tak samo.
Psina Odpowiedz

Szczerze współczuje z całego serca, ale decyzja słuszna. Mam takie samo podejście do sytuacji, często ludzie wmawiają mi, że trzeba ratować do końca, próbuje im wytłumaczyć że sam osobiście wolałbym (odpukać) po wypadku odejść w spokoju niż świadomie lub nie być warzywem które jest ograniczeniem dla całej rodziny, a organy które są sprawne mogą dać szanse innym "w pełni" sprawnym osobom. Odrazu po 18 podpisałem karte i nosze w portfelu.

PurpleLila Odpowiedz

Uważam, że to mądre podejście. Niestety są dzieci nieuleczalnie chore, którym nic nie pomoże, a rodzice nie sa w stanie się z tym pogodzić przez co organizują zbiórki na kolejne operacje, ktore nie przyniosą wiekszego efektu, przez co zebrane na nie miliony są dosłownie wyrzucane w błoto.

Mysle, że pomaganie ma sens tylko wtedy kiedy dziecko ma szanse na wyleczenie i w miarę normalne życie. Jestem tym samym za legalizacją aborcji, żeby nie skazywać ani rodziców ani dziecka na większe cierpienia.

Keyle

@PurpleLila Dokładnie.
W mojej sąsiedniej miejscowości jest ciężko chora dziewczynka, na którą już raz była organizowana zbiórka, zebrano dziesiątki tysięcy złotych na leczenie, które pomogło tylko na chwilę. Teraz potrzebują aż milion złotych na to samo leczenie, które się nie udało, ale za granicą.
Rozumiem tragedię tej dziewczynki, rozumiem, że rodzice chcą, żeby żyła, ale blokuję wszędzie gdzie się da informacje o niej. Wiele ludzi udostępnia jej obrzydliwe zdjęcia, które u mnie nie wywołują współczucia, tylko obrzydzają. Piszą ckliwe teksty, ale myślisz, że udostępniający coś wpłacają? Rzadko kiedy.
Zewsząd zalewana jestem informacjami o tej dziewczynce, po raz kolejny. W zeszłym roku też zbierano na nią pieniądze.
Osobiście wolałabym pomóc dzieciom, którym realnie to coś da, przekazać pieniądze na rehabilitację innego dziecka, na SOS Wioski Dziecięce, na WOŚP, tam, gdzie widać postęp i że te pieniądze nie idą w błoto.

naobcenamrzeczy

Medycyna cały czas idzie naprzód i stwierdzenie, że „pomaganie ma sens tylko wtedy kiedy dziecko ms szanse na wyleczenie” jest bardzo ogólne. Kiedy podejmuje się kroki w nowym nieodkrytym kierunku każdy liczy na to, że tym razem się uda.

crimsoneye Odpowiedz

To wyznanie pewnie na fali wydarzeń w UK z Alfiem. Ja byłam w szoku jak wielu ludzi było za tym, by go podtrzymywać przy życiu. Było mi szkoda chłopca. Rodziców też, bo mogę zrozumieć ich pobudki. Sama rodzicem nie jestem, więc spytałam mojej mamy, co by zrobiła na ich miejscu. Powiedziała, że dałaby dziecku godnie umrzeć. I ja ją rozumiem. Wiem, że posypią się minusy, bo ludzie nie akceptują tego. Mówią, że to bawienie się w Boga. Kto ma prawo decydować o życiu i śmierci? Ale zadajmy sobie pytanie - czy to by było życie? Ten chłopczyk nigdy by samodzielnie nie funkcjonował. Leżałby przykuty do łóżka, całe życie w szpitalu, więc jego rodzice też by tam byli. Nie poszedłby do szkoły, nie zagrałby w piłkę, nie poszedłby na bal, do pracy, gdziekolwiek. Odłączony od aparatury umarł. Jaki jest sens robienia z małego dziecka męczennika? Miłość rodzicielska nie pozwala mu odejść, ale pozwala mu cierpieć?

Julcia1999

W tej sytuacji sprawa byla troche bardziej absurdalna, bo rodzice juz po tym jak sad zadecydowal o odlaczeniu go od urzadzen podtrzymujacych zycie, rodzice chcieli zabrac go do domu, zeby mogl umrzec spokojnie, w gronie najblizszych. Jednak jak wiecie dziecko to umieralo w towarzystwie policjantow, ktorzy pilnowali, zeby do dziecka nie zblizyli sie rodzice.
Wiec jakby nie kwestionuje tu tego, ze podtrzymywanie zycia gdy nie ma ratunku jest bezsensem, tylko sam absurd tego, ze w tym przypadku rodzice nawet nie mogli go pozegnac

SammyWinchester

To nie chodzi o to - ratować czy nie, czy to ma sens czy nie, warto czy niewarto, przeżyje czy nie. Tylko o to, że jego rodzice nie mogli sami zdecydować o losie WŁASNEGO dziecka.

KruksranaFrankDodda

Gdzieś słyszałem że bez aparatury przeżył ale umarł z głodu

crimsoneye

Rodzice zrobili z tego krucjatę. Odwiedziłam ich fejsbuki. Ja należę do nielicznych osób, którzy się nie zgadzają z ich decyzją. Fakt, sporo decyzji w tym przypadku było nietrafnych, złych i wywołujacych zgorszenie. Zarówno ze strony rodziców, czasem i personelu. Ale wszystko sprowadza się do jednego - rodzice chcieli dziecko podtrzymywać przy życiu. Matka Alfiego sama napisała na swoim fejsie, że fakt iż pogodzili się ze śmiercią dziecka, jak to pisały jakieś portale, jest nieprawdą. Naprawdę rozumiem ich pobudki, wiem, czemu chcieli by dziecko żyło. Bo mimo że leżałoby jak to warzywko, to by było. To trudna decyzja i nie zazdroszczę sytuacji w jakiej się znaleźli. Ale przypadek Alfiego był cieżki. Neurologiczna choroba, pozbawiająca wzroku, węchu, smaku... To dziecko nigdy nie miałoby normalnego życia. Nie byłoby w stanie żyć samodzielnie. Ojciec Alfiego pisał o samodzielnym oddychaniu, pełen nadziei na dzień przed jego śmiercią. Moim zdaniem to okrutne tak dawać nadzieję rodzicom, by utracili ją następnego dnia. Alfie nie miał szans bez aparatury. Dla mnie to było niepotrzebne męczenie małego i zbyt duży rozgłos, który teraz przeniósł status męczennika z małego na rozgoryczonych rodziców.

123mikser

Dla mnie przynajmniej największym zaskoczeniem (negatywnym z resztą) było to, że to nie rodzice zadecydowali, tylko państwo o tym, co ma się z nim stać. Wychodzi na to, że rodzice nie mogą decydować o dziecku, tylko najwidoczniej państwo wie lepiej co jest dobre dla czyjegoś dziecka. Owszem, była pewność, że umrze, też uważam, że nie powinno się utrzymywać dziecka, które jest pewność, że długo nie pożyje, ale to rodzice powinni decydować o tym. To oni byli jego opiekunami prawnymi.

crimsoneye

@123mikser z jednej strony oni są opiekunami prawnymi, ale z drugiej ich decyzja była bardzo subiektywna i podyktowana emocjami. Ci rodzice wręcz nie dopuszczali do siebie, że ich dziecko jest już poza nadzieją na uratowanie. Oni tę nadzieję mieli i trzymali się jej zbyt kurczowo. Państwo miało z kolei bardziej zimne i racjonalne spojrzenie. Rozumiem, że rodzice nie byli w stanie go zaakceptować, ale nie da się ukryć, że to było robione w dobrej wierze ze strony państwa. Żal zaślepił rodziców i woleli zrobić z lekarzy i państwa wrogów. Nie wiemy też, co dokładnie działo się za kulisami zdarzenia, nie można całkiem ufać mediom

Akoi890

@123mikser idąc dalej z tą myślą, rodzice mają prawo głodzić, bić, krzywdzić, nawet zabić swoje dziecko, bo jest ich i mogą decydować o tym co się z nimi stanie, a państwo ma się do tego nie wtrącać i na to pozwalać. W końcu rodzice najlepiej wiedzą, że to jest dobre dla ich dziecka.

Dziecko przede wszystkim jest człowiekiem. Małym, ale człowiekiem.

TylkoMuzykaPowazna

@crimsoneye Czy w końcu ciągłe dawanie mi życia to nie też bawienie się w Boga?

Jio

Ludzie ja odnoszę wrażenie że 99 % ludzi w internecie nawet nie wie o co dokładnie chodzi. Po pierwsze polecam poczytać co ten szpital wyrabia od lat, jakie kary za to dostawał, jak profesor robił eksperymenty na ludziach, jak poszedł za to siedzieć. Po drugie zaznaczam nie jestem, za siłowym podtrzymywaniu życia, ale lekarze NIE zrobili odpowiednich badań, dziecko leżało bardzo bardzo długo bez opieki. Okej podejmijmy decyzję o odłączeniu, ale nie kiedy dziecko po bardzo silnych lekach uspokajających i usypiających otwiera oczy. I nie kiedy , ma ono obywatelstwo Włoskie zatem sąd podjął samowolke. Oczywiście, kiedy został już odłączony to faktycznie już nie było sensu go utrzymywać, bo to co się stało w jego mózgu już na pewno nie było czymś z czym dało się walczyć. Natomiast, wszystko byłoby w porządku, kiedy dostałby on odpowiednią opiekę, kiedy daliby mu odjeść godnie. A nie będąc głodzonym, mając zapleśniałe sondy, zasrane prześcieradło, we krwi. Nawet wrogowi nie życzyłbym takiej śmierci. A sprawa, na pewno nie jest oparta tylko na trosce o dobro dziecka.

misiotulisio

@Jio Bo oni wiedzą najlepiej, bo słuchali radia albo widzieli to w tv, a wszystkie informacje o rzekomym głodzeniu traktują jak teorie spiskowe. I jak z takimi ludźmi rozmawiać? A później pojawiają się głosy, że telewizja manipuluje, nie podaje wszystkich istotnych informacji, ale co tam, wybierzmy sobie gdzie możemy im w pełni ufać, a gdzie nie. Oczywiście, że nie wiadomo, co się tam działo, ale trzeba brać pod uwagę "renomę" tego szpitala i cyrki jakie wyprawiali z innymi dziećmi i nie tylko. Że dziecku nie podawano jedzenia, żeby szybciej zmarło? A co tam! A co z opieką paliatywną? Ale po co o tym mówić, skoro lepiej odsądzić rodziców od czci i wiary. To jest bardzo dobre podłoże do tego, żeby zacząć segregować ludzi na takich, którzy są warci leczenia i takich na odstrzał, bo jak to kiedyś powiedziała pewna pani, po co marnować środki na leczenie? To jest właśnie nasze człowieczeństwo.

Zobacz więcej odpowiedzi (5)
przestansiemazac Odpowiedz

Mój tato był chory na raka. Nagle wszystkie wyniki się pogorszyły. Lekarze stwierdzili, że dalsze leczenie nie ma sensu i tata nie będzie już dostawał chemii. W ciągu dwóch tygodni schudł, miał depresję, z nikim nie chciał rozmawiać. Co raz gorzej się czuł. Lekarze dali mu tabletki z morfina, które miały pomóc mu z bólem. Ani ja, ani moja mama, nie zrobilysmy afery na cały szpital,bo "zły personel" nie chce go już leczyć. Trzeba czasem pozwolić odejść bliskiej osobie, po to, żeby już się nie męczyła. I żeby mogła godnie odejść.

ThisLove Odpowiedz

Albo te głupie zbiorki na absurdalne operacje. Umierające dziecko powinno być wśród bliskich, a nie targane po szpitalach na drugim końcu świata.

Vampire7 Odpowiedz

Problem jest w tym, że nie zawsze da się jednoznacznie stwierdzić, że choroba jest już nieuleczalna i pozwolić dziecku odejść. Kolega ostatnio opowiadał mi o dziewczynce, która miała guza mózgu. Nieoperacyjnego. Lekarze położyli na niej krzyżyk. Jednak udało się znaleźć lekarza, który podjął się operacji i wyciął jej ten guz, a miała tylko 30 % szans na przeżycie. Przeżyła i żyje do teraz, a minęło kilka lat od operacji. Dlatego trochę rozumiem rodziców, że chcą walczyć, a nie się poddawać. Ciężko im zrozumieć gdzie jest granica, że należy się już poddać. Miłość do dziecka tez ich zaślepia, bo za wszelką cenę chcą dziecko utrzymać przy życiu i dopuszczają myśli o śmierci. Autorka tez ma racje w tym, że czasem lepiej pozwolić człowiekowi umrzeć w domu, wśród rodziny, niż męczyć niepotrzebnym leczeniem, które nic nie da lub da niewiele. Ciężki temat.

CzepliwyMisiek Odpowiedz

Nie zgadzam się. Gdyby każdy miał takie poglądy jak autorka to nigdy to mogłoby nie dojść do odkryć leków na niektóre choroby. poczytaj sobie o chłopcy który całe swoje życie spędził w kuli, albo obejrzyj film "olej Lorenza".

Z jednej strony masz rację i gdyby pojawiła się szansa na to, aby realnie pomóc mojej córce nawet na drugim końcu świata skorzystałabym z niej, zrobiłabym wszystko żeby uratować swoje dziecko. Ale takich szans nie było, nikt na całym świecie, żadne ośrodki i lekarze nie chcieli się tego podjąć, było zbyt pózno a choroba była tak agresywna, że powróciła ze zwielokrotnioną siła i postępowała bardzo szybko. Z drugiej strony czy chciałbyś eksperymentować na swoim dziecku, wiedząc że to nic nie da lub da tylko na chwilę przysparzajac mu tylko bólu i traumy. Łatwo jest mowic, kiedy się z tym nie zetknęło.

zurawinka Odpowiedz

Dobrze mówisz. A ci wszyscy, którzy twierdzą, że nie można się bawić w boga, to niech się zastanowią najpierw gdzie ten ich kochany "bóg" był, gdy rodziło się chore dziecko lub gdy tak beznadziejnie zachorowało....

Vampire7

Bóg nie jest od tego, żeby być na każde skinienie i spełniać nasze życzenia jak dobra wróżka. Mamy wolną wolę i żyjemy tak jak żyjemy, zdarzają się nam tragedie i zdarza się nam szczęście i to nie jest "wina Boga". A jeżeli już o tym mowa, to wszystko jest wynagrodzone w życiu tzw. "wiecznym". I taki jest sens pojęcia Boga.

zurawinka

Mój drogi, malutkie dziecko jeszcze nie wie czym jest wolna wola, a mimo to cierpi. Masz dzieci? To nie reaguj kiedy jedno drugiego będzie chciało wywalić z 8 piętra przez balkon - w końcu mają wolną wolę, nie? A życie wieczne jest tak samo gówno warte jak inne teorie o "bogu".

Vampire7

Po pierwsze: "moja droga" ;) Po drugie: mam dziecko. Po trzecie: napisałam tylko jaka jest teoria. Po czwarte: obwiniania o cokolwiek Boga jest tak samo głupie jak Twój komentarz. Po piąte: co ma do tego reagowanie jak dziecko będzie chciało drugie wywalić przez balkon? Masz wolna wole, wiec reagujesz lub nie reagujesz. Po szóste: to czy ktoś wierzy w życie pośmiertne, to bardzo indywidualna sprawa. Po siódme: moje dziecko np. ma kolki, to mam obwiniać o to Boga, że dziecko się meczy i płacze? Głupie to by było ;) Po ósme: ciekawe, że ateiści w chwili śmierci, nagle zaczynaja rozmyślać o Bogu (relacja lekarza, który był nie raz przy umierających pacjentach).

zurawinka

Jak jedno dziecko będzie chciało wywalić drugie przez balkon, to wg Twoich teorii nie powinnaś reagować, ponieważ miłosierny bóg dał im wolną wolę, więc Ty jako osoba trzecia nie powinnaś się wtrącać, nie wtrąciłabyś się? Jeśli byś się wtrąciła to załamałabyś "wolę boga" - tak samo jak ci lekarze, wg niektórych, "bawiący się w boga".. przecież powinni patrzeć jak dziecko cierpi, prawda? I dziękować, że miłosierna bozia dała mu tak wspaniałe życie! :) Czy Ty naprawdę porównujesz kolkę, którą ma każde dziecko do tego na co chorował ten Alfie?? Da się to porównać? Serio? Albo dzieci, które rodzą się z chorobami neurologicznymi, brakiem kończyn, porażeniem mózgowym, albo encefalopatią? Jestem ateistą i nie spłycam problemów tak jak Ty i 99% większości katolików. A argument, że umierający myślą o bogu, bo powiedział Ci to jakiś lekarz, jest tak śmieszny, że nawet tego nie skomentuję (ale doktorek chyba samych ateistów znał, skoro sądzi że może tak twierdzić).
Ciesz się, że Twoje dziecko ma tylko kolki, bo gdyby było ciężej chore, to mina by Ci zrzedła - gwarantuję.

Into

Ten Bóg jest dokładnie tam gdzie go postawili ludzie - za drzwiami, daleko, poza swoim życiem; i dziwią się najbardziej że tego Boga nie ma w ich życiu - ano nie ma, bo Go nie chcesz, to co ma się mieszać.
Znam kobietę, która straciła dziecko w smutnych okolicznościach - utonęło, krótka nieuwaga opiekuna, tragedia. Ale ta kobieta naprawdę żyje blisko z Bogiem, nie zapomniała nigdy swojego synka, jest pogodna, ma w sobie niesamowite ciepło, miłość, poznałam setki ludzi, nikogo z tak piękną duszą. Czasem mówi "Bóg dał, Bóg zabrał", ale nigdy nie obwinia Boga o to co się stało, ani nikogo. Żyje dalej, spokojna, blisko Boga, daleko od dewocji, przytula jak mało kto! W jej życiu jest Bóg i tenże Bóg działa w nim, nawet kiedy dzieją się rzeczy straszne i smutne.

zurawinka

Ciekawe gdzie był ten bóg, gdy jako dziecko tak zawzięcie się do niego modliłam? Aaaaa, wiem! Wystawiał mnie na próbę! No tak, zapomniałam... ;)
Wystawiał mnie "na próbę" przez kilka ładnych lat... a modliłam się nie o to, żeby mamusia kupiła mi ładne ubranko, czy żebym dostała 5 w szkole i była lepsza od tej Oli, z którą siedzę w ławce, tylko o to, żeby mnie mamusia nie lała jak wrócę do domu, i nie kazała wypier****ć, czy szukać roboty bo byłam pasożytem (dziecku w podstawówce). Żeby nie było awantur, gdy dostałam 5, bo 'gdybym się dobrze nauczyła, to miałabym 6' i żeby znowu nie było lania książkami po głowie. Gdzie wtedy był ten Twój ukochany bóg? Bo ja go w swoim życiu chciałam, ale to on miał na mnie zwyczajnie wyjeba*e.

Into

Bóg nie wystawia na próbę. Ale nigdzie nie powiedział, że będzie łatwo. Powiedział, że będziesz iść przez ogień, ale cię nie spali, zaleją cię wody, ale nie utoniesz (Izajasz 40 albo 41).
I pewnie ta dziecięca wiara w Boga trzymała Cię w przytomności i pewności, że Ktoś jednak się Tobą opiekuje i interesuje. I przetrwałaś. Jestem z rodziny alkoholowej, też obrywałam za oceny, przetrwałam - i nikogo nie winię dziś za to co się stało. Było, minęło. Z ojcem mam bardzo dobre relacje teraz, choć nie jakieś bliskie, wybaczyłam jemu i mamie, obejrzałam się z uwagą i wciąż oglądam, żeby nie zalały mnie cechy DDA, które zatrują przede wszystkim moje życie, a na to szkoda mi czasu i energii. Bóg w moim życiu jest i dokonuje wielkich rzeczy, włącznie z ratowaniem życia (całą noc się modliłam o mojego chłopaka i to tej nocy, gdy próbował popełnić samobójstwo. Nie wiedziałam o jego planach. Przeżył, bez żadnych uszkodzeń fizycznych, mimo że wziął toksyczną, zabójczą dawkę - potwierdzone przez zdziwionego lekarza). W tych mniejszych sprawach też o mnie dba, jak przytłoczyła mnie sytuacja ze spłatą długów, to dostałam wspaniałą propozycję pracy. Nie zawsze dostaję to czego chcę, ale nigdy nie brakuje mi tego co potrzebuję.
Do tego zupełnie z zaskoczenia zapewnił mi wyjazd do Portugalii, Korei Południowej, Szwajcarii, poznanie wspaniałych ludzi, cudowny zawód. I dużo luzu w życiu, bo jedyne czego się tak naprawdę boję to gniew Boży. Nie jest idealnie, moje małżeństwo się sypie, ale też na moje życzenie - wyszłam za mąż za człowieka nie narodzonego na nowo. Poszłam swoją ścieżką, nie zważając na Boga i teraz wiem, że swoją postawą mogę pokazać mężowi jaka jest hierarchia w moim życiu (na pierwszym miejscu Bóg, na drugim mąż, cała reszta dalej), albo pozwolić mu odejść. I nie czuję tu jakiegoś balastu, tylko przyjmuję konsekwencje swoich działań, mając przy tym pewność, że nie jestem w tym sama i Boża mądrość mnie będzie prowadzić, a On błogosławi mi co dzień.

zurawinka

Dziecięca wiara doprowadziła mnie do tego, że o mało nie popełniłam samobójstwa (jako dziecko). Bo ten miłosierny bóg nie różnił się w swojej obojętności niczym od matki, która ciągle mnie lała i gnoiła w inny sposób, ani od ojca, którego nigdy nie było. I wiara w to, że jest jakiś bóg, który ma na nas tak wyjeb*ne była jeszcze gorsza. Przestałam wierzyć w wieku 12 lat, mija kolejnych 15, a mnie się nic nie zmieniło. Jest jednak prawda w tym co piszesz - ludzie wierzą że ktoś się nimi opiekuje, bo bez wiary nie potrafili by żyć, nie potrafiliby nadać życiu sensu. Tymczasem, ja zalecam przeczytanie biblii, przemyślenie jej i zwrócenie uwagi na nieścisłości, albo ściślej rzecz ujmując: totalne bzdury. Większość ludzi nigdy nie podjęła tego wysiłku, wierzą, ale sami nie wiedzą w co i w kogo tak naprawdę wierzą. Zalecam także zainteresowanie się starożytnymi kulturami, fizyką... i włączenie myślenia!
To, że deklaruje siebie jako ateistę, nie czyni mnie złym człowiekiem - żyję tak, żeby innym krzywdy nie robić. Co dajesz, to wraca.
Ty, z takim nieco fanatycznym, podejściem, może najpierw powinnaś wstąpić do zakonu, zanim wyszłaś za mąż... Tym bardziej, że z takim podejściem, pewnie macie ślub kościelny, a to wg Twojej wiary do czegoś zobowiązuje, nieprawdaż? No właśnie, katolicy traktują swoją wiarę wybiórczo i dopasowują do swoich aktualnych potrzeb.

Into

zurawinka: śmiechłam :D. Jaki klasztor? Jaki ślub kościelny? Jaki katolik? Jaka nieznajomość Biblii? Nowonarodzony chrześcijanin, Biblię kilka razy przeczytałam i czytam nadal, klasztorów nie uznajemy, ślub nie jest sakramentem (cywilna ceremonia, ja w ostro czerwonej sukience), rozwody są dopuszczone, Boga znam, bo wręcz alergicznie reaguję na kult boga "bez twarzy", tego wymyślonego (vide mowa Pawła na Aeropagu), jak słusznie zauważyłaś - poddanego bieżącym potrzebom... czyli takiego, którego sama byś chciała mieć, ale okazało się, że taki nie jest, to nie uznajesz. Zachowujesz się tak jak katolicy, których wyśmiewasz.
Co do jednego się zgadza - Biblia wyraźnie mówi, że nawet będąc żoną niewiernego, mam być żoną, jeśli mąż mnie nie odrzuci. Ale ponieważ są różne sposoby odrzucenia, to nie zawaham się sama wystąpić o rozwód, jeśli sytuacja między nami się nie poprawi. Po prostu chcę spróbować jeszcze raz.
I to nie jest fanatyzm. Ja jestem bardzo łagodnym przypadkiem. Po prostu ewangelizacja to nie moje powołanie, dzielę się co najwyżej swoim doświadczeniem, nie potrafię wskazywać ludziom drogi do Jezusa. Co najwyżej mówię - poczytaj Biblię, zobacz jaki Bóg jest naprawdę, jakich ludzi wybiera (Jonasz, moja ukochana postać), co oferuje nam Jezus, i sam/-a podejmij decyzję. A moje życie dzięki Jezusowi jest chwilami dość ciekawe (mimo że nie cierpię latać).

Kejlen88 Odpowiedz

Jesteś niesamowicie odważna trzymam za ciebie kciuki.

AnaidOdi Odpowiedz

Na wypadek hejtu, że Kościół katolicki namawia do cierpienia w imię życia, chcę przypomnieć że sam Jan Paweł II mówił o przypadku uporczywego trzymania przy życiu i był przeciwko temu, sam w dniu swojej śmierci chciał zostać odłączony.

Zobacz więcej komentarzy (7)
Dodaj anonimowe wyznanie