#fYDnF

Nocował u nas kolega taty. Jest on dość obszerny i niehigieniczny. Rano ojciec poprosił mnie, żebym go obudziła. Dość cicho zapukałam do jego tymczasowego pokoju, bez zastanowienia uchyliłam drzwi i natychmiastowo je zamknęłam. Kolega ma problemy ze słuchem, pewnie więc nie usłyszał pukania, a ja znowu pożałowałam, że robię wszystko bez wcześniejszego zastanowienia.

Kolega śpi nago i ma brodawkę na tyłku. Pocieszam się faktem, że spał na brzuchu i nie zobaczyłam niczego więcej.

Mam nadzieję, że chociaż on nie zorientował się, co się stało.

#U6Sto

Jestem sobie chłopakiem, ot takim zwykłym z miasta, i to tyle o mnie. A historia będzie o rodzicach, a właściwie o matce.
Moi rodzice rozstali się, jak miałem jakieś 8/9 lat, pamiętam z tamtego okresu ojca, który wzywał policję, bo matka wyrzuciła go z domu, nie pytajcie czemu, bo sam tego nie wiem. Od tamtego czasu mieszkałem z mamą i babcią. Jakieś dwa lata później poznałem swojego pierwszego ojczyma, gość dość zasadniczy... nie bił mnie, ale kilka razy chciał. Zniknął, kiedy miałem 14 lat, a właściwie odszedł, nie wiem czemu. Wtedy też wyprowadziłem się z mamą, a rok później pojawił się jej obecny facet, z którym ma już dziecko. Mieszkałem z nimi 4 lata. Najgorsze w moim życiu, matka po urodzeniu dziecka przestała mnie traktować... normalnie, bo jak syna nie traktowała mnie nigdy. Zresztą może to dlatego, że jestem adoptowany, ale to wiem od dawna. Odkąd pojawiło się dziecko, moja matka przestała dbać o mnie, problemem było nawet zrobienie obiadu, potrafiła robić godzinną awanturę, podczas której niejednokrotnie dostałem w łeb, a kiedy ją odpychałem, straszyła mnie policją. A o.co te awantury? Śmiałem zapytać, czy zrobi obiad, czy znowu kupi mi coś gotowego. Po pewnym czasie zacząłem sam gotować, zresztą za własną kasę.
Jest jeszcze mój ojciec, człowiek, na którego zawsze mogłem liczyć. To on chodził do szkoły, kiedy matka stwierdziła, że ma to w dupie, i to on dawał mi pieniądze na jakieś ubrania czy coś innego. I to nie dlatego, że moja matka nie miała pieniędzy, po prostu była sknerą. Ale cóż... czas mijał, z czasem odeszła babcia. Znowu wróciliśmy do jej mieszkania... a właściwie wszyscy oprócz mnie. Nie miałem tam już swojego pokoju, matka obiecywała, że go zrobi, ale po pół roku obietnic nawet o tym nie marzę.
Gdzie mieszkam? U ojca? Nie, on mieszka ze swoją kobietą, a ja w mieszkaniu, które przez 10 lat wynajmował, żebym miał gdzie mieszkać w razie "W". Mając 18 lat na karku mieszkam sam, i uwierzcie, nie jest to fajne, to jest okropne. Przyszedłem tu mając komputer, jakieś ubrania i trochę klamotów. Resztę moich rzeczy wyrzuciła matka, tak jak i moje meble z mieszkania babci. Nie wrócę tam, bo nie mam gdzie wracać, a chciałbym. I wiecie co? Nie chodzi o to, co moja matka przez te wszystkie lata robiła (a to co opisałem to bardzo mało). Chodzi o to, że osoba, która nawet teraz mówi mi, że mnie utrzymuje (mimo że tego nie robi), nawet nie zadzwoni, żeby zapytać co u mnie. Ojciec dzwonił każdego dnia odkąd z nim nie mieszkałem, przez 10 lat codziennie.
Nie stoję po stronie ojca ani po stronie matki, to co było między nimi to ich sprawa. Ja po prostu zawsze chciałem mieć rodzinę, a dostałem... Cóż.

#0ZEbE

Kiedy byłam młodsza myślałam, że dorośli kompletnie odcinają się od rodziców, pracują, znajdują drugą połówkę i mają z nią dzieci. I takie chciałam mieć życie, rodziców uznawałam za coś przejściowego. Z biegiem lat wyczytywałam z ich wypowiedzi, że oczekują ode mnie jakiegoś kontaktu, pomocy na starość. Wkurzało mnie to, uważałam to za ograniczające i krzywdzące mnie. Jednak od ostatnich kilku lat z przerażeniem stwierdzam, po obserwacjach moich znajomych, że coś takiego, co według mnie jest ograniczające, jest normalne, a problem nie tkwi w moich rodzicach, a we mnie.
Mam 18 lat i jestem kompletnie zagubiona. Chyba nie kocham moich rodziców, choć próbuję udawać, że ich kocham (z marnym skutkiem). Chcę ich kochać, bo oni mnie kochają i to widać. Nie pochodzę z żadnej patologii, co więcej, moi starsi bracia kochają ich. Nie czuję i nie rozumiem szacunku wobec nich, nawet u innych (np. nie rozumiem, co złego jest w powiedzeniu „on” na tatę, a to chyba jest oznaką braku szacunku).
Boję się komukolwiek o tym powiedzieć, bo nie znam nikogo z takim samym problemem, a to jest jednak dość grząski temat. Nie wiem, co mam robić. Dalej naśladować innych? Leczyć się?

#ywhNo

Miałam kiedyś współlokatorkę, z którą szczerze się nienawidziłam. Jestem z natury człowiekiem ugodowym, przyjaznym i nie szukającym zwady, jednak ta wiedźma zatruwała atmosferę tak, że zamieniła życie domowe w piekło. Ani chęć rozmowy, ani częstowanie czekoladkami, ani nic innego nie poprawiało sytuacji. Pozostało tylko odliczać dni do końca najmu i wyprowadzki.

Kiedyś przy wieczornej toalecie zobaczyłam jej szczoteczkę do zębów. To był impuls. Wyszorowałam nią dokładnie najtrudniej dostępne zakamarki muszli klozetowej. Szczoteczkę odłożyłam na miejsce. Wiedźma używała jej jeszcze długo.
Mam tylko nadzieję, że jej nigdy nie przyszło do głowy nic podobnego.

#Su6oY

Ostatnio było wyznanie o stalkerze, pod którym rozpętała się burza komentarzy na temat skąd facet wziął numer i adres dziewczyny. Kilka osób nawet zarzuciło autorce zmyślanie. Chcę wam udowodnić, że anonimowość w sieci to tylko nasza ułuda, a informacje na temat ofiary może znaleźć każdy, nawet niedoświadczony stalker...

Wieczorem z nudów weszłam na jedną ze stron oferujących anonimowe pisanie z przypadkowymi użytkownikami i po kilku niezbyt ciekawych rozmowach natrafiłam na niego: Chłopak w moim wieku, z okolic miasta X.
Super nam się pisało - podobne poczucie humoru, zainteresowania, poglądy. Minęło tak trochę czasu, zdążyłam poznać jego imię (powiedzmy, że Kamil), i jaki kierunek studiuje. Wysłał też mi swoje niewyraźne zdjęcie profilowe z fb, bo stwierdził, że i tak go na nim nie rozpoznam.

Niestety pech chciał, że rozmowę nam przerwało, a ja zostałam z uczuciem smutku, że już nie pogadamy... I wtedy wpadłam na genialny pomysł: Skoro mam o nim tyle informacji, wystarczy to wszystko połączyć!

Dane (przypadkowe, nie chcę naruszać prywatności):
Kamil, lat 22, studiuje informatykę, pochodzi z okolic Januszewa w województwie cebulskim.


Do dzieła: W cebulskim informatyka jest na dwóch uczelniach, obie są w tym samym mieście. Skoro ma 22 lata, to studia prawdopodobnie zaczął 3 lata temu. Wyszukiwarka na Facebooku, wpisuję nazwę kierunku i miasto. Wyskakuje kilka grup, wybieram tę, która zgadza się rocznikiem. Ups, zastrzeżeni członkowie. Ale zaraz... W informacjach o grupie są administratorzy. Wchodzę na profil admina, w jego znajomych i wpisuję imię Kamil. Przeglądam wszystkich Kamilów i natrafiam na znajomą, niewyraźną fotkę. Bingo. Wchodzę na profil i mam już wszystkie informacje: skąd dokładnie jest, data urodzin, gdzie jadł pizzę dzień wcześniej o 20.00, a nawet niezastrzeżony numer telefonu i status. No właśnie... Status "w związku" (to dla tych, co nie lubią niedokończonych wyznań).

Odpuściłam, bo po pierwsze skoro ma dziewczynę, to raczej nie mam co liczyć na bliższą znajomość, a po drugie JAK ja mu do cholery wytłumaczę, jak udało mi się go odnaleźć i że nie jestem psychopatyczną stalkerką?

Cóż, ludziom to nawet RODO nie pomoże, bo sami podają wszystko na talerzu. Pozdrawiam!

#LlABE

Jak ktoś sobie zakoduje coś w głowie, to nie zwraca na nic uwagi.

Słowem wstępu: mam 26 lat, od 6 lat pracuję w jednej firmie jako kierowca. Zaczynałem na stanowisku "kierowca kat. B Bus do 3,5 t Europa". Po upływie dwóch lat zacząłem wozić ludzi oraz paczki, najczęściej do Włoch lub do Anglii. Pół roku temu zrobiłem prawo jazdy na ciężarówki i do teraz nimi jeżdżę. Zwiedziłem już całą Europę, a także trochę Rosji, Białorusi oraz Serbię, Macedonię, Albanię i Grecję. Norwegia też mi nie jest obca.

Po powrocie do domu z ostatniej trasy miałem przykrą niespodziankę. Pod moją nieobecność w domu (dalej mieszkam z rodzicami, więcej mnie nie ma niż jestem, więc uznałem, że bez sensu wynajmować mieszkanie, skoro rodzice mają duży dom) mój tata pożyczył sobie moje auto. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że miał, jak to mówił, małą stłuczkę (gdzieś zgubił pół auta, poduszki wszystkie możliwe wystrzeliły). Inny kierowca wymusił mu pierwszeństwo w terenie zabudowanym, a patrząc po uszkodzeniach, to mój tato wolno nie jechał. Na szczęście nikomu nic się nie stało. Nie ukrywam, że zdenerwowała mnie ta cała sytuacja. Mój tato nie widział w tym nic złego: "Przecież i tak auto stało i się kurzyło, bo ciebie ciągle nie ma, to sobie pożyczyłem, bo moje w serwisie było. A tak to przynajmniej pieniądze z ubezpieczenia dostaniesz".

Przechodząc do sedna sprawy. Miałem po powrocie do załatwienia parę spraw. Z wcześniej opisanych przyczyn swoim autem pojechać nie mogłem. Wpadłem, jak mi się wydawało, na świetny pomysł - pożyczę auto od rodziców. W odpowiedzi usłyszałem, że chyba jestem nie normalny, co ja sobie wyobrażam, żebym sobie swoje kupił, że pewnie rozbiję, bo ja jeździć nie umiem, itp. itd.

Fakt, rzeczywiście, kiedy miałem 15 lat (tata mnie uczył jeździć), jechałem autem rodziców u cioci na wsi i przerysowałem lusterko jak wyjeżdżałem z bramy. Wtedy na swoim koncie miałem całe 3 km przejechane. I sobie zapamiętali. Ale w rozbiciu mojego auta przez ojca nie widzą problemu.

Czy tylko ja tak mam? Czy wszyscy rodzice tacy są?

#jzkH9

Życiowe Paranormal Activity...
Pierwszym co w życiu zobaczyłem na oczy, a pamiętam do dziś, jest pokój, w którym spałem. Moi rodzice twierdzą, że miałem może roczek, maks dwa. Przebudziłem się i wpatrywałem się w otwarte okno i falującą od wiatru firankę. Wtedy moim oczom ukazała się twarz kobiety. Nie znałem jej. Odbiła się ona w firance tak, jakby stała między oknem a nią i oparła się tylko twarzą. Dziwne to było odbicie, gdyż wyraźnie widziałem jej zarys oczu, ust czy uszu. Chwilę po tym zasnąłem.

Dziś mam 26 lat i mimo licznych przeprowadzek, znów mieszkam w tym samym mieszkaniu. Na stałe od około 7 lat. Jest ono przekazywane z pokolenia na pokolenie w rodzinie od strony ojca. Obecnie mam je po dziadkach, którzy się wyprowadzili. Teraz mieszkam sam, lecz przez 5 lat mieszkałem tam z dziewczyną. W tym domu zawsze coś wisiało w powietrzu. Wyczuwało się czyjąś obecność. Nagromadziło się sporo dziwnych zdarzeń przez wszystkie lata, jak mieszkała w nim moja rodzina.

Wszystko zaczęło się od śmierci biologicznej matki mojego taty, jeszcze przed moimi narodzinami. Wcześniej wiedziałem tylko, że zmarła i nie bardzo mnie interesowało jak. W wieku 18 lat, czyli na rok przed przeprowadzką tam, dowiedziałem się (podczas mocno zakrapianej imprezy rodzinnej), że moja babcia popełniła tam samobójstwo. Mianowicie odkręciła gaz w nocy, jak nikogo nie było, i w łazience pożegnała się ze światem po prostu zasypiając. Nie pamiętam ile lat temu to było dokładnie, ale od tamtej pory czuje się jej obecność. Słyszałem już wiele razy dziwne hałasy czy odgłosy kroków. Ale kilka sytuacji było "mocniejszych".

Kiedy mieszkałem z dziewczyną, mieliśmy kota, który miał wyczuwać, jak coś będzie nie tak. Tamtej nocy spaliśmy po ciężkim dniu mocnym snem. Łóżko mieliśmy ułożone tak, że nasze głowy były pod parapetem, a nogami byliśmy skierowani w stronę drzwi na korytarz, gdzie najczęściej urzędował kot. Pamiętam, że obudził mnie chłód. Moja dziewczyna spała w najlepsze. Podniosłem głowę i spojrzałem przed siebie. Zobaczyłem coś, co długo zapamiętam. Mój kot stał naprzeciwko naszego łóżka tak przerażony, jakby się dowiedział, że żywcem go będą kastrować. Cały napuszony, nie wydawał żadnych dźwięków, nie ruszał się, tylko patrzył w stronę okna tuż nad moją głową. Serce miałem już w gardle. Zanim jednak zdobyłem się na odwagę spojrzeć w górę, na moją głowę spadła doniczka z kwiatkiem. Odwróciłem się momentalnie i zobaczyłem... kompletnie nic. Firanka nieruchomo, podstawka od kwiatka nadal leżała na parapecie w najlepsze w tym samym miejscu. Wyglądało to tak, jak by ktoś podniósł ten kwiatek z doniczką, odczekał chwilę i zrzucił mi go na głowę w odpowiednim momencie... Dziewczyna nadal spała jak zabita.

A takich historyjek mam znacznie więcej...

#BgJ7f

Cześć, tu autorka wyznania #Ppaxg
Będąc niedawno w przychodni w moim rodzinnym mieście spotkałam dyrektorkę mojego byłego technikum.

Warto wspomnieć, że fakt o moim związku z nauczycielem z tej szkoły wyszedł na światło dzienne dość niedawno (wcześniej wiedziały tylko nasze rodziny, a dodatkowo po moim zakończeniu szkoły przeprowadziliśmy się do innego województwa), ale i tak obeszło się to bez echa i większości osób to nie obchodziło.



Kobieta ta zwyzywała mnie na całą przychodnię od puszczalskich (najlżejsze określenie), krzyczała też o tym, że smarkula uwiodła dorosłego faceta, żeby się zabawić w kobietkę (przypomnę, że byłam wtedy pełnoletnia), na koniec stwierdziła, że zszargałam dobre imię szkoły, bo mnie chcica wzięła i potrzebowałam bolca (słowa 60-letniej kobiety!!) żeby sobie ulżyć, i wspomniała coś o tym, że i tak skończę z jakimś frajerem, bo nikt mnie po czymś takim nie będzie chciał, jakbym nie wiadomo co zrobiła.

Zamurowało mnie, nie sądziłam, że po takim czasie ta kobieta będzie do tego wracać (a imię szkoły wcale nie zostało zszargane, przynajmniej nie przez nasz związek, działy się tam dużo gorsze rzeczy). Nie chciałam robić większego zbiegowiska, więc po prostu stamtąd wyszłam, teraz trochę żałuję, że nie wygarnęłam jej za co tak naprawdę szkoła straciła dobre imię albo tego, że nie była to ''potrzeba bolca'', bo seksu nie uprawialiśmy aż do opuszczenia przez nas oboje tej placówki (nasza wspólna decyzja). W sumie mogłam też wspomnieć, że ma rację i znalazłam dobie ''frajera'', z którym jestem ponad rok po ślubie. Przypadkowo tego samego, do którego ona się zalecała, będąc jego dwa razy starszą przełożoną.
Dodaj anonimowe wyznanie