Współlokatorka powiedziała mi, że znalazła tarantulę, która mi uciekła, wsadziła ją do pudełka i położyła na moim łóżku.
Nigdy nie miałem tarantuli. Pudełko było puste.
Kiedyś odkryłem dzwoneczek, który do mojego szalika przywiązała moja młodsza siostra. Lubi mi wycinać numery, a ten był iście diabelny, bo
1) odkryłem ten dzwoneczek po tygodniu
2) jestem głuchy
3) były święta
4) przez ten tydzień musiałem chodzić po skwerkach i chodnikach niczym cholerny bimbająco-dyndająco-dzwoniący elf.
Nieźle, mała, naprawdę nieźle.
Dwa lata temu postanowiłam z moim partnerem spędzić urlop w górach. Mieliśmy się spotkać na miejscu, bo on wracał z delegacji. Po kilkunastu godzinach spędzonych w pociągu wysiadłam na dworcu i dostałam SMS, że "z nami koniec". No cóż, urlop słabo udany.
Tegoroczne wakacje. Te same góry, nowy chłopak. Spędziliśmy tam dwa tygodnie. Wszystko cacy. Po powrocie przestał się do mnie odzywać (nie mieszkaliśmy razem).
W następnym roku planuję urlop nad morzem.
W podstawówce byłam prześladowana ze względu na bycie "grubasem". Wyzwiska, rzucanie kamieniami, poniżanie. Co tylko można sobie wymarzyć. W pewnym momencie byłam tak wściekła, że podsunęłam moim "kolegom" inne odstające od normy osoby, nad którymi razem się znęcaliśmy. Z ofiary stałam się oprawcą.
Przepraszam was za to, wiem, jak musiało was to boleć, ale nie wiedziałam wtedy, jak inaczej mogę się obronić.
Moje rybki w akwarium zmarły w tajemniczy sposób - wszystkie naraz. Dopiero po paru dniach doszedłem do prawdy.
Robiłem imprezę, a moi wspaniali znajomi postanowili w ramach "cudu" zamienić mi w butelce wodę na wódkę, żebym rano się jej napił. Niestety, mam taki odruch, że jak widzę resztkę wody w butelce, to dolewam jej do akwarium...
Jak w co drugi dzień przyszedłem na moją siłownię. Przebrałem się i po rozgrzewce siadam na rower, zaczynając dzienną porcję cardio. Po niedługiej chwili na rower obok mnie (90% z nich były wolne) siada dziewczyna w wieku około 25 lat, którą kojarzyłem z widzenia, jak przewijała się gdzieś po siłowni.
Nie minęło 5 minut, a dziewczę zsiadło z rowerka, oparło się łokciem o kierownicę i wyciągając dłoń w moim kierunku powiedziało: "Cześć, Magda jestem". Trochę skonfundowany uścisnąłem jej dłoń podając swoje imię, nie przywiązując do sytuacji większej wagi i nie przestając pedałować wróciłem do oglądania National Geographic.
Następne słowa wypowiedziane przez Magdę jasno nakreśliły intencje niewiasty: "Widziałam, że przyjechałeś ładnym samochodem...".
W pierwszej chwili chciałem od razu zakończyć rozmowę, ale pomyślałem że to jednak może być ciekawe, więc odpowiedziałem jedynie "Dziękuję", kręcąc kolejne okrążenia na rowerze treningowym. Na reakcję Magdy nie musiałem długo czekać... Wymownym gestem odgarnęła grzywkę za ucho i zalotnym, przyciszonym głosem powiedziała: "A ja też jestem ładna".
Starałem się zachować poważny wyraz twarzy, próbując powstrzymać paniczny wybuch śmiechu. Wiedziałem, że w tym momencie muszę skończyć konwersację, więc aby szybko ją zgasić, dalszy ciąg rozmowy wyglądał następująco:
- Wiesz, Magda, w sumie masz coś wspólnego z moim BMW.
- Tak? A co takiego? Powiedz! No powiedz!
- Lekko się prowadzisz...
Dziewczyna momentalnie dostała buraka na twarzy, obróciła się na pięcie, poszła do szatni i już nigdy więcej jej nie widziałem :) Może i zachowałem się trochę po chamsku, ale serio, polecieć na samochód? :D
Mój ojciec, od kiedy pamiętam, kazał zwać się "panem ojcem" i jeśli już musiałam się do niego zwrócić, to mówiąc "panie tato" albo "ojcze". Matka z największą pokorą mówiła doń "panie małżonku", ewentualnie "panie mężu", bo on tak chciał. Matkę bił, mnie bił, niby pracował, ale w sumie... głównie chlał. Ojciec to typowy zapasiony wąsaty Janusz, którego jedynym hobby jest picie i oglądanie TV. Pan ojciec pija jedynie wódeczkę, a na przystawkę piwko. Piwko z puszki, wódeczkę ze szklanki. Taki pan hrabia, co pracował "na produkcji", sir Don Nawalon. Do dziś mu to zostało, ta tradycja z dziada pradziada.
Dawno się wyprowadziłam, mam własne, naprawdę miłe mi życie. Z rodzicami kontaktu nie utrzymuję, kwestie prawno-finansowe załatwiłam dawno temu sądownie, jedynie informacje jakie mam, to te od sąsiadki, która pilnuje, czy oni jeszcze żyją. Nie mam jakiejś specjalnej traumy, syndromu dorosłego dziecka alkoholika ani nic z tych rzeczy. A wiecie czemu?
Bo kiedy toaleta była do północy okupowana przez ojca, tuż po tym, jak na 2-4 godziny zajmowała ją matka, każdego wieczora (z musu) chowałam się w szafie i sikałam do słoika. W sumie robiłam to co codziennie, często po kilka razy. I za każdym razem wylewałam te siuśki na ulubioną szklankę ojca i talerz matki leżące w zlewie. Połowa mojego urobku szła do resztek wódki (jeśli jakieś w butelce zostały, a mocz był idealnie przezroczysty) albo do resztki piwa. Ojciec zawsze rano na kacu wypijał to duszkiem. Bardzo mu smakowało.
Wspomnienie tego, jak "pan tato" żłopał moje siki z TAKĄ rozkoszą, skutecznie pomogło mi ze wszelkimi traumami i problemami. Nie pofatygowałam się, by mu to uświadomić, bo raz, i tak by nie uwierzył, dwa, już nie za bardzo rozumie co się z nim dzieje, a trzy, nie odzywam się do niego ani do matki.
Marek. Człowiek młody, pracowity, z dobrym zawodem, tylko jakoś życiowo nieogarnięty. Za nienaprawienie szkody trafił na 50 dni do wiezienia. Szybko dostał w ZK pracę przy hydraulice, drobne prace konserwacyjne. Szkoda naprawiona przez rodzinę, sędzia na urlopie, czas się dłuży. Ekipa spod celi naprawdę dobrana, dużo rozmawiali, kłótni nie było, żarty na porządku dziennym. Na "wyjściu" był wyżej wspomniany i jeszcze jeden młody chłopak, Piotr.
Pewnego dnia przybył do celi nowy, tzw. świeżak. Chłopaki się przywitali, przedstawili, powiedzieli co i jak ze sprzątaniem, omówili sprawy organizacyjne. Trzeciego dnia świeżak czuł się już całkiem "pewnie" w nowych okolicznościach życiowych i zaczął obserwować życie kumpli spod celi. Nowy pyta Marka "Marek, a gdzie ty tak z tymi klapkami kąpielowymi codziennie wychodzisz?" (praca przy hydraulice). Marek podchwycił i się zaczęło.... "A bo wiesz, ja mam zgodę dyrektora na wyjścia na basen". Nowy zdziwiony pyta "Ale jak to?". Na co Piotr, drugi z rezydentów, odpowiada - "A tak to, jak się będziesz dobrze sprawował, to też przywileje dostaniesz!". Młody dopytuje zaciekawiony "Piotr, a ty w ciuchach wolnościowych możesz chodzić?". Piotr na to "Mogę! Dziś wyjątkowo ładnie się ubrałem, bo idę na dyskotekę do pawilonu żeńskiego, dyskoteki są co piątek". Młody był bardzo zdziwiony, ale o nic więcej tego dnia nie zapytał.
Następnego ranka młody budzi się rozemocjonowany i po apelu mówi "Słuchajcie, ja też chcę mieć przywileje. Co mam zrobić, żeby chociaż spróbować?". Marek z Piotrem z kamiennymi twarzami wyjaśnili mu, że na wszystko musi mieć zgodę dyrektora. Musi napisać prośbę. Młody bierze kartkę, długopis i pyta "Chłopaki, pomożecie?". Mówią, że oczywiście :)
"Młody, zaczynasz tak: Do Dyrektora ZK w... Zgłaszam się z uprzejmą prośbą o zgodę na wyjścia na basen. W tym celu proszę o wydanie klapek kąpielowych (i czepka, młody! Musisz mieć czepek w odpowiednim kolorze. Żółty dla pierwszy raz osadzonych, zielony dla drugi raz osadzonych i czerwony dla recydywy, jak masz kolor młody?) i żółtego czepka kąpielowego. Proszę także o zgodę na wyjścia na dyskotekę do pawilonu żeńskiego w każdy piątek. Podpisano...".
Chłopaki zapukali do drzwi, klawisz wniosek odebrał i zaniósł do wychowawcy. Nie minęło 15 min, a wychowawca z pianą na twarzy wjechał chłopakom na celę, patrzy na świeżaka i krzyczy: Nie wiem co brałeś zanim tu trafiłeś, ale miło by było, gdybyś zdał sobie sprawę, że jesteś ku..#wa w pierdlu, a nie w jeba...ym sanatorium!!!
PS Pozdrowienia dla kolegów!
Nie jestem mściwa. Ale...
Od roku jestem w związku, który niczym szczególnym się nie wyróżnia. Wzloty i upadki jak wszędzie, jednak bilans był zawsze dodatni. Celowo użyłam czasu przeszłego, ponieważ sprawdzając godzinę w jego telefonie zobaczyłam wiadomość od jego byłej kochanki, która jest mężatką (i mężatką była w momencie ich romansu, on był singlem). Zlinczujcie mnie, ale weszłam w ich wiadomości, w których ona ćwierkała jak było im cudownie w łóżku, a on jak bardzo boli go to, że nie chciała odejść od męża i że lepszej niż ona już nie znajdzie. Z dalszych rozmów wynikało, że mają ze sobą stały kontakt (kategorycznie temu zaprzeczał - i nie, nie robiłam mu przesłuchań, sam zawsze pierwszy poruszał jej temat).
Zabolało.
Nie jestem mściwa. Aleee...
Zrobiłam zdjęcia rozmów moim telefonem i wysłałam je do jej męża.
I nie żałuję.
A tego dupka pognałam w cholerę.
Nie znoszę dzieci. Nie cierpię ich. Nie chcę mieć dziecka. Dotychczas nie było od tej reguły żadnego wyjątku. Mam też stałego partnera, który o tym wie.
Mój partner ma też starszego brata. Brat to typowy pijaczura, a ze swoją partnerką tworzą iście książkowy przykład polskiej patologii. Kłótnie, awantury, alkohol, fajki, nawet bójki i wyrzucanie się nawzajem z domu na porządku dziennym.
No i szwagrowi urodziło się ostatnio dziecko. Teraz mały ma już kilka miesięcy. A ja się w tym bobasie zakochałam. To jedyne dziecko, które może przy mnie przebywać (zwykle czuję taką niechęć, że dzieci to odczuwają i nie chcą być przy mnie). Jedyne dziecko, którego pilnuję, karmię, przebieram i pomagam we wszystkim jego mamie, kiedy u nich jesteśmy. Mama go zaniedbuje trochę, nie dba o rozwój maluszka, tylko kładzie go na okrągło spać, żeby nie przeszkadzał. Boli mnie serce, bo to naprawdę grzeczne, złote dziecko (nigdy nie słyszałam, żeby płakał!!). Mały jest moim oczkiem w głowie.
Co w tym anonimowego? Często wyobrażam sobie, że jego rodzice giną w jakimś wypadku, albo zabijają siebie nawzajem, a ja i mój partner adoptujemy ich dziecko i wszyscy będą szczęśliwi - mały będzie miał bardziej odpowiedzialnych rodziców, mój partner będzie miał dziecko, którego zawsze chciał, a mi serce przestanie się krajać na widok warunków, w jakich żyje ten mały.
Nigdy w życiu nie przypuszczałam, że mogłabym marzyć o czyjejś śmierci, wstyd mi za siebie...
Dodaj anonimowe wyznanie