#1oqHd

Wyśpię się w samolocie - pomyślałem zarywając kolejną nockę. Lot za ocean - 8 godzin.

Obok mnie starszy pan kładący się ciągle na mnie i udający, że nie rozumie ani po polsku, ani po angielsku. Za mną śpi facet, któremu co chwilę opada ręka i smyra mnie wtedy nagle po plecach, wywołując u mnie dreszcze. Przede mną siedzi starsza pani, która wciska co chwilę plastikową torbę między oparcie fotela i ściankę samolotu, tak, że gdy tylko mrużę oko, to czuję na nodze dotyk zimnego plastiku. Zero snu.

Na miejscu wyglądałem jak kwitnące zombie.

#iBaha

Byłem za granicą jakieś 5,5 roku. Konkretnie była to Irlandia - Dublin. Z moimi zarobkami było różnie. Czasami lepiej, czasami gorzej. No ale żyło się z dnia na dzień. Sporo też imprezowałem i jakoś ciężko było cokolwiek odłożyć. W końcu w tym roku zjechałem do Polski.

Problem w tym, że każdy znajomy myśli, że jestem dziany i mam kasę. A ja nie dość, że jestem spłukany, to mam jeszcze długi. No ale jakoś mi głupio przyznać się przed znajomymi. Dwóch z moich znajomych próbowało już pożyczyć ode mnie pieniądze, powiedziałem, że mam na koncie walutowym i nie mogę ich wyciągnąć. Bo co innego mi pozostało? Wstyd mi przyznać, że po tylu latach za granicą nie mam nic.

#Y5Fds

Mój chłopak wyjechał do pracy do Anglii, NA MIESIĄC. Wrócił i teraz za każdym razem, gdy z kimś rozmawia, „zapomina” polskich słów. Prosi, by mu przypominać co drugi polski wyraz, bo po takim czasie w „jukej” nie panuje nad językiem.

Coś czuję, że za chwilę to ja przestanę panować nad sobą i spakuję mu walizki.

#evs1r

Rok 2018 miał być dla mnie przełomowy z oczywistego względu, czyli wypadających w nim 18-stych urodzin. Miałam plany, marzenia jak każdy z nas. Wycieczka klasowa, wymiana w Anglii, prawo jazdy, praca wakacyjna, wspaniały wypoczynek. Jednakże nikt nie przewidział, że chłoniak pokrzyżuje moje plany.

Absolutnie nikomu włącznie ze mną nie przyszło to do głowy. No bo gdzież ja? Okaz zdrowia, bardzo aktywna i pełna energii osoba. Zaczęło się bardzo niewinnie. Świąd skóry. Należy dodać, że bardzo uporczywy, przeszkadzający w codziennym funkcjonowaniu. Drapałam się praktycznie non stop, wydrapując rany. Pamiętam, że nie obchodziły mnie wtedy powstające rany, ale to, by choć na chwilę zaznać ulgi.

Czasami czułam się zmęczona, ale cały czas zwalałam to na szkołę, dużo nauki, siedzenie do późna. Chodziłam do różnych dermatologów, z których żaden nie potrafił mi pomóc. Pamiętam jeszcze, że były momenty, w których robiło mi się gorąco. Nie raz już w okresie zimowym, gdy na dworze mróz, otwierałam okno i wdychałam lodowate powietrze - pomagało na chwilę. Tak sobie żyłam zmagając się z tym wszystkim, martwiąc się, że żadne maści, leki, nawet sterydy nie pomagają.

Aż nadszedł ten dzień, w którym zaobserwowałam u siebie coś na kształt piłeczki tenisowej po prawej stronie, powyżej obojczyka. To zaniepokoiło mnie i moją mamę na tyle, że zamiast do szkoły, pojechałam do ośrodka zdrowia, a stamtąd do szpitala. Tam zrobiono mi badania, usg, rtg. Zostałam skierowana do kolejnego szpitala. Rodzice nie powiedzieli mi o co chodzi... Tylko, że potrzebne są dodatkowe badania. Jechałam karetką, nie będąc świadoma niczego. Gdy dojechaliśmy i trwała rejestracja, rzuciłam okiem na dokumenty i zobaczyłam napis ''nowotwór o nieokreślonym charakterze''.

Powiedziałam wtedy do mamy coś w stylu ''no cóż, oni to napisali'' - kompletnie nie dotarła do mnie powaga sytuacji. Dopiero gdy wchodząc na odział zobaczyłam napisy: ONKOLOGIA, HEMATOLOGIA, CHEMIOTERAPIA, coś zaczęło świtać, ale mój mózg nadal to wypierał, stwierdziłam że to na pewno pomyłka, że przysłali mnie tu po to by zrobić badania i upewnić się że jednak jestem zdrowa.

Na początku oddział wydał mi się okropnie duży. Pielęgniarka cały czas do mnie mówiła, pokazywała mi gdzie szafki, gdzie gabinet zabiegowy, a ja nie umiałam się ruszyć i patrzyłam na nią tępo. Później wszystko potoczyło się bardzo szybko. Biopsja, tomografie, trepan kości. Diagnoza chłoniak stopień II. Konieczna chemioterapia. To słowo zbiło mnie z nóg, od tamtej chwili znikły wszelkie wątpliwości. Szok, płacz, złość. Niedawno śmigałam na nartach, teraz leżę w szpitalu na onkologi.

Mój apel do wszystkich: BADAJCIE SIĘ. Nie myślcie, że to was nie dotyczy - ja też tak myślałam, uważałam się za osobę super zdrową, ze świetną kondycją. A jednak. Największym błędem jest nie badanie się w strachu przed wykryciem jakieś nieprawidłowości. Pamiętajcie, że czas ma znaczenie. Jeżeli was drodzy Anonimowi interesuje cała historia, dajcie znać w komentarzach. Dziękuję.

#L2Jr9

Za czasów podstawówki, moja mama strasznie się na mnie pogniewała (już nie pamiętam za co), więc chciałem się odwdzięczyć czymś miłym aby załagodzić sytuację. Kiedy tylko zobaczyłem przez okno, że wraca z pracy, od razu wybiegłem do niej aby pomóc z tym co niosła w rękach. Niosłem jej bardzo drogą torebkę, na którą odkładała pieniądze przez ładnych kilkanaście miesięcy. Podczas drogi do domu zauważyłem, że winda się zamyka, więc zacząłem biec aby ją złapać, ale nie zauważyłem, że właśnie zahaczyłem torebką o wystający gwóźdź. Z torebki dużo nie zostało.

#LeGQD

Jestem z moim chłopakiem od roku. Układa nam się naprawdę dobrze, jest otwartą, cierpliwą i pogodną osobą, która zawsze mnie zrozumie. Ja niestety jestem trochę gorszym typem człowieka, każde małe niepowodzenie jest dla mnie tragedią, a do tego jestem bardzo nieśmiała i wrażliwa. Nasze cechy nigdy nie powodowały u nas większych kłótni czy nieporozumień. Nie przeszkadza nam nawet to, że liczby na wadze nieco nam się nie zgadzają. Chłopak ma guza mózgu, który jest nieoperacyjny i uciska na to, co odpowiada za metabolizm, do tego nadwrażliwość pokarmową, a ja cierpię na policystyczne jajniki i mam problemy z tarczycą i wchłanianiem np. witamin, przez co mój wygląd (waga, włosy, paznokcie, cera) zależy od aktualnie przepisanych mi leków.

Moi rodzice mieli z tym problem, dopóki moja choroba nie wyszła na jaw, później nie usłyszałam ani jednego złego słowa. Nie spodziewałam się, co mnie czeka po poznaniu rodziców lubego. Najpierw nie było źle, tylko komentarze typu "jesteście zupełnie tacy sami". Później była awantura, jak możemy tak wyglądać. Później przytyki przy każdym posiłku. On próbuje nas bronić, ale niewiele to daje. Co jakiś czas robię sobie przerwy od wizyt i spotykamy się tylko u mnie lub na mieście. Ale mam tego dość. Nie zostawię go z powodu błędów nie jego, tylko jego rodziny. Mimo to jest naprawdę ciężko, czuję, że lubią mój charakter, ale czując na sobie ich wzrok, wiem, jak bardzo nie akceptują tego, co jest na zewnątrz.

Prawdopodobnie wyprowadzimy się razem, nie wiemy tylko, kiedy to się uda. Chcielibyśmy po prostu żyć w spokoju, bo już i tak wystarczająco nam ciężko. Najbardziej boli to, że na początku było tak dobrze, jak to trafił na świetną, miłą dziewczynę. Później opętał ich jakiś "fit diabeł". Dobrze wiedzą o naszych przypadłościach i codziennie wbijają nam nóż w serce. On się trzyma, ja z moim charakterem szukam psychologa, gdyż przestałam akceptować siebie i swoją chorobę.

#vkOHZ

Złożyłem wypowiedzenie. Dwa tygodnie przed końcem pracy poleciałem za ocean z wizytą biznesową z moim szefem. Kiedy odchodziłem z firmy szef się wściekł, powiedział, że go nie poinformowałem i że w takim razie mam mu zwrócić kasę za cały wyjazd, bo wykorzystałem firmę, żeby zrobić sobie wakacje. Na tym wyjeździe klepnąłem dla firmy dodatkowy niespodziewany i całkiem niemały kontrakt, ale mogę jeszcze spokojnie zablokować tę umowę (szef się tak interesuje swoją własną firmą, że nawet nie wie z kim miałem tę umowę podpisywać).

Co robi prawdziwy handlowiec w takim momencie? Powiedziałem, że mogę spokojnie odejść i zapłacić mu te 20 tysięcy za wycieczkę i wyrzucić nagrany kontrakt do kosza, albo go podpisać, tylko teraz, ale chcę od tego procent. Duży procent. Bardzo duuuuży procent. Jak usłyszał jak duży, to złapał się za serce, usiadł, zbladł, poczerwieniał, znowu zbladł i poprosił mojego kolegę, żeby ten odwiózł go do szpitala. Tak naprawdę pojechał do domu, co wiem od kolegi, a na swoim Facebooku puścił przed chwilą wpis, w którym płacze: że Janusze, że wyzyskiwacze, że ludzie, dla których on jest jak ojciec i nigdy by ich nie skrzywdził, są obłudni, okrutni i że... i tutaj grande finale - że jego własny pracownik właśnie orżnął go na 270 000 zł. Czyli tyle, ile zaproponowałem za sfinalizowanie kontraktu + doliczył sobie do swojego rachunku te 20 000 za te "wakacje".

Tym sposobem opłacę mojej siostrzenicy operację w Stanach, bo w Polsce nie ma jak jej leczyć. Choć może niektórzy nazwą mnie "Januszem biznesu", to czuję się z tym wszystkim dobrze. Bardzo dobrze.
Dodaj anonimowe wyznanie