Ostatnio dołączyłam do grupy freegan w moim mieście. To ci, którzy zabierają żywność przeznaczoną do wywalenia ze sklepów.
Znajomi śmiechli, bo dotąd nawet weganizm wydawał mi się przegięciem.
Nigdy im nie powiem, że to dlatego, że czasem brakuje mi na jedzenie.
Ostatnio przeglądałam stare anonimowe i przeczytałam bardzo ciekawe wyznanie o bardzo nieśmiałej dziewczynie, która na obozie postanowiła udawać kogoś bardzo śmiałego, bo w końcu nikt jej tam nie zna i przez to naprawdę stała się śmiała i otwarta.
To wyznanie sprawiło, że uwierzyłam, że jest dla mnie jeszcze nadzieja.
Jestem okropnie nieśmiała i w szkole uchodzę raczej za cichą, szarą myszkę. Mam jedną "przyjaciółkę", która ciągle mi docina i się wywyższa, bo ona jest popularna.
Jestem teraz w 8 klasie (nowy system) i idę niedługo do liceum. Idę na inny profil niż "przyjaciółka". Powiedziałam sobie: to dla mnie szansa!
Mam zamiar się przełamać i zacząć być otwarta dla innych osób z klasy.
Dla was to nic nadzwyczajnego, ale dla mnie to będzie niezwykły przełom w moim życiu.
Gdy byłam młodą, dojrzewającą nastolatką, bardzo interesowały mnie strony z filmami dla dorosłych. Oglądałam praktycznie wszystkie kategorie, zwłaszcza te ze scenami BDSM (teraz w takich nie gustuję). Lubiłam sobie dogadzać przy tych filmach, chociaż nie za bardzo wiedziałam jak sprawić sobie prawdziwą przyjemność.
Z czasem wciągnęłam się w czaty dla dorosłych, rozmawiałam z dorosłymi facetami, zawsze przedstawiałam się jako pełnoletnia dziewczyna, nikt nie wiedział, że mam 12-13 lat.
Najbardziej podniecało mnie, gdy faceci prosili o zdjęcia, nigdy oczywiście żadnego nie wysłałam, ale to podsunęło mi pomysł, aby odpalić kamerkę...
Najpierw jedynie oglądałam co dzieje się na międzynarodowych czatach, ale z czasem zaczęłam się tam sama pokazywać. Pokazywałam biust (jakimś cudem w wieku 12 lat miałam miseczkę C, więc miałam co pokazać), czasami zadowalałam się na żywo, czasami po prostu rozmawiałam z facetami. Zawsze dbałam o to, aby nie było widać twarzy ani otoczenia.
Przeszło mi z czasem. Pomimo że mam stałego partnera, lubię od czasu do czasu obejrzeć pornoska, ale z kamerami dawno skończyłam ;)
Nie wiem gdzie i komu się wygadać, a to chyba jest najlepsze miejsce... chodzi o moją żonę.
Mamy dwójkę dzieci, plany kupna domu, niby wszystko fajnie, jak ma być, ale... już kiedyś mnie zdradziła. OK, wybaczyłem, może dla dzieci, może chciałem, może bałem się po prostu zostać sam.
Czas leczy rany. Zaczęła prace w miejscu, gdzie przede wszystkim pracują faceci. I zaczęło się pisanie z różnymi kolesiami. Jak z nią o tym rozmawiałem, to mówiła, że chce mieć normalne życie i znajomych. Tylko że ja cały czas czuję się oszukiwany, bo pisze z nimi tak, żebym tego nie widział. Co się dzieje jak jestem w pracy nie wiem (pracuję na nocki).
Może ja jestem przewrażliwiony, już sam nie wiem, co mam o tym myśleć. Zaczynam fiksować i nie wiem, czy potrafię jej jeszcze zaufać. Ja rozumiem, że można mieć znajomych itd., nie chcę jej zamykać w klatce! Nie chcę kontrolować jej telefonu. Po prostu nie chcę być oszukiwany, bo ja tego nie robię! Nie chcę jej zostawiać, chcę z nią spędzić resztę życia, tylko nie wiem, czy potrafię. Możecie dać mi jakąś radę? I dzięki, że choć tutaj mogłem się wygadać.
Nie cierpię dawać prezentów... dla wielu osób nie do pomyślenia, ale tak jest. Od kilku lat towarzyszy mi ogromny stres, gdy tylko mam komuś wręczyć jakiś podarek. Strach, że obdarowanej osobie prezent się nie spodoba jest paraliżujący.
Zaczęło się to w szkole podstawowej, gdy jak wiele klas bawiliśmy się w klasowe mikołajki. Bardzo się przyłożyłam, aby koledze spodobał się mój prezent, kupiłam kubek ze śmiesznym napisem, który do niego pasował, resoraka, o którym dużo mówił, paczkę słodyczy... Był on zachwycony, lecz nie o tym ta historia.
Ja dostałam czekoladę i bombonierkę... Teraz bym przyjęła taki prezent bez mrugnięcia okiem. Czekolada? Mniam. Natomiast nie był to wymarzony prezent dla 8-letniej dziewczynki... Wszyscy wkoło zachwycali się prezentami, pokazywali co dostali, a ja miałam się pochwalić czekoladą? Nie chodzi o to, że byłam niewdzięcznym dzieckiem, podziękowałam, usiadłam do ławki, podzieliłam się z innymi dziećmi bombonierką.
Byłam jednak bardzo rozczarowana, poczułam, że koledze, który go robił (wiedzieliśmy od kogo dostajemy prezent) nie zależało na fajnym prezencie, tylko poszedł do pierwszego lepszego sklepu i kupił słodycze.
Od tamtego czasu, boję się, że gdy komuś zrobię prezent, a on mu się nie spodoba, będzie tak rozczarowany jak ja wtedy.
Nie brałam więcej udziału w szkolnych mikołajkach, bardzo się cieszę, że moja szkoła średnia organizowała zbiórki dla dzieci z domów dziecka, a nie robiliśmy prezentów. Do dziś prezentów nie daję i nie oczekuję ich od innych.
Mój były chłopak bardzo lubił o mnie dbać. Dbał o mnie do tego stopnia, że gdy sprawdzałam stan konta w bankomacie, zerknął mi przez ramię, skomentował, że mało, przeliczył na dni, które zostały mi do wypłaty i podsumował ile mam złotych dziennie na przeżycie, a potem zabrał na zakupy, bym mogła pomóc mu wybrać jakieś nowe ubrania dla niego.
Dbał też o to, co jem, bo gdy szliśmy w trakcie jakiejś wycieczki do marketu po prowiant na drogę, on kupował co chciał, a gdy ja brałam bułkę z makiem, na szczęście nie omieszkał mnie uświadomić, że owa bułka z makiem jest gorszym wyborem niż kabanos i kajzerka. Mój chłopak był na tyle troskliwy, by wykłócać się ze mną w sklepie o tego kabanosa z kajzerką i by nie pozwalać mi kupić sobie za własne pieniądze tej upatrzonej, niezdrowej bułki z makiem. Wmuszał mi tę kajzerkę i kabanosa nawet przy kasie, gdzie to ja płaciłam za wybraną przeze mnie bułkę z makiem.
Mój chłopak dbał o mnie tak bardzo, że gdy raz poszłam porozmawiać z wykładowcą o poprawie kolokwium, on obraził się na mnie, że zamiast pójść na wykład tego wykładowcy i zostać na sali przez dwie godziny, ja wolałam przyjść po wykładzie. Mój chłopak wiedział co dla mnie najlepsze, ja nie wiedziałam, bo uznałam, że pójście na dwugodzinny wykład prowadzony przez mojego wykładowcę, ale dla jakiegoś innego kierunku niż ja studiuję, jest stratą czasu.
Mój chłopak był mądrzejszy ode mnie, dlatego to było logiczne, że on może spóźnić się na KAŻDE spotkanie CO NAJMNIEJ 40 minut przez korki, a ja byłam tak głupia, by myśleć, że jeśli trafia się na korki ZA KAŻDYM RAZEM gdy jedzie się na randkę, to trzeba wyjechać te 40 minut szybciej, by być na czas. Byłam też zbyt głupia, by nie czekać za dziesiątym takim spóźnieniem kolejną godzinę, tylko pójść do domu. Byłam dla niego straszna. Przecież biedak po ponad godzinie spóźnienia szukał mnie na miejscu spotkania i mnie nie było! Jak mogłam?!
Mój chłopak był najmądrzejszy! On widział, że ja koniecznie MUSZĘ! zacząć ćwiczyć i trzeba mnie sprawdzać przy każdym spotkaniu, czy mata do ćwiczeń zmieniła swoje położenie. Przecież suchoklates, który wyciska pięć kilo na klatę wie najlepiej jak sport jest ważny w życiu każdego człowieka, poza życiem suchoklatesa oczywiście, on nie musi, bo jest idealny, na pewno lepszy od swojej brzydkiej dziewczyny.
Mogłabym tak jeszcze długo wymieniać. Na Mateusza zmarnowałam 6 miesięcy. Zerwałam z nim kilka lat temu, gdy załatwił mnie na cacy z sylwestrem (temat na inne wyznanie). Sama się za głowę łapię, gdy to wspominam. Cóż, "uroki" niskiej samooceny...
Muszę się do czegoś przyznać.
Czasami jak mi się nudzi, otwieram w Windowsie notatnik albo Wordpada i piszę fejkowe rozmowy na nieistniejących forach, bez jakiegokolwiek zamiaru ich publikacji. Czasem wychodzi z tego dosłownie kilka stron rozmów, które nigdy się nie odbyły. Myślę, że nie jest to choroba psychiczna, bo nie mam żadnych głosów w głowie, które każą mi to robić, a ja sam wiem, że ci ludzie nie istnieją. Po prostu pisanie tych konwersacji sprawia mi przyjemność, tak samo jak czytanie ich na przykład kilka miesięcy później.
Zazwyczaj w tych rozmowach rozwijają się kłótnie. Wymyśliłem już kilka postaci, które pojawiają się w kilku plikach i ich "wypowiedzi" zawsze są bardzo pesymistyczne, a reszta "użytkowników" odpowiada i analizuje daną "wypowiedź" i w końcu temat się kończy.
Przez jakiś czas myślałem, że mi to szkodzi, że być może będzie mi to niepotrzebnie zabierać czas, bo jak już wspomniałem, nie chcę tych "rozmów" nigdzie wrzucać. Ale czasami dzięki nim dochodzę do naprawdę ciekawych i zaskakujących wniosków. Czasami dana "kłótnia" inspiruje mnie do wyszukania czegoś w Internecie i poszerzania swojej wiedzy.
Mam kolegów i nie zastępuję ich tymi wymyślonymi. Czasem po prostu zamiast obejrzeć film albo zagrać w grę wolę napisać albo przeczytać swoją wymyśloną konwersację na wyimaginowanym forum internetowym.
Błagam, powiedzcie, że nie jestem sam.
Kupuję za małe buty, bo chcę żeby zrobiły mi się odciski. Chcę mieć odciski, bo lubię zjadać skórkę z odcisków.
Poszłam w piątek do gabinetu dyrektora firmy, żeby podpisać aneks do umowy o pracę. Byłam cała w skowronkach, bo aneks wprowadza niemałą podwyżkę, tylko że... Niemal zwróciłam śniadanie podczas jego podpisywania. W miejscu, w którym miałam podpisać, na papierze rozmazany był ogromny babol. Chciałabym się mylić, ale bardzo wątpię, znalezisko wydawało się wyglądać dość jednoznacznie. Próbowałam zachować kamienną twarz podczas składania podpisu (lawirowałam tak, by ominąć nieciekawy obszar), ale nie wiem, na ile mi się to udało... Nawet nie mogę powiedzieć nikomu w firmie.
Moja korespondencja z jedną firmą, która mi dostarcza media:
"Przed chwilą był u mnie Państwa pracownik spisać stan licznika. Usłyszałam hałas na klatce schodowej, ktoś szedł po schodach, słyszałam jakąś rozmowę, stuknęły drzwi i chyba były to moje drzwi, bo odgłosy z korytarza stały się głośniejsze. Cały dzień mocno wieje, więc pomyślałam, że to przeciąg otworzył drzwi mieszkania, ale nie - do mojego mieszkania właśnie wchodził Państwa pracownik bez pytania mnie o zgodę. Mój pies był przy drzwiach szybciej niż ja, więc zostałam zapytana, czy pies gryzie. Cóż, gdyby nie pchał się nieproszony do cudzego domu, nie musiałby ryzykować pogryzienia. Szczęśliwie trafił na psa, który co najwyżej obszczeka intruza. Pan zapytany dlaczego wchodzi do mojego domu bez mojej wiedzy nie widział w tym nic niewłaściwego. Powiedział wręcz, że uznał, że nie ma mnie w domu, bo... dzwonek do drzwi nie działa, więc zamiast zapukać uznał, że nikogo nie ma (nigdy nie słyszałam, żeby niedziałający dzwonek do drzwi był dowodem na nieobecność mieszkańców w domu) i to, że otworzył i wszedł to było zupełnie przypadkiem, bo on chciał wsadzić w drzwi karteczkę, żeby do niego zadzwonić i podać stan licznika, a te drzwi to się same otworzyły.
Proszę mu przekazać, że następnym razem nie skończy się na skardze, a na wezwaniu policji. Niech się też zastanowi jak by się mogło dla niego skończyć pogryzienie przez psa i czyja by to była wina. Psa, bo broni własnego domu i nie odróżnia kto jest groźny, a kto nie? Moja, bo nie trzymam psa na smyczy w mieszkaniu? Czy kogoś, kto WŁAZI MI DO DOMU BEZ MOJEJ WIEDZY?".
Co w tym anonimowego? Żałuję, że pies go jednak nie użarł. Żałuję, że nie trzasnęłam go w samoobronie w łeb krzesłem. Żałuję, że niemal zawsze w takich sytuacjach cały wachlarz możliwych rozwiązań pojawia się w mojej głowie minimum godzinę po fakcie.
Dodaj anonimowe wyznanie