#vlddU
Zaczęło się to w szkole podstawowej, gdy jak wiele klas bawiliśmy się w klasowe mikołajki. Bardzo się przyłożyłam, aby koledze spodobał się mój prezent, kupiłam kubek ze śmiesznym napisem, który do niego pasował, resoraka, o którym dużo mówił, paczkę słodyczy... Był on zachwycony, lecz nie o tym ta historia.
Ja dostałam czekoladę i bombonierkę... Teraz bym przyjęła taki prezent bez mrugnięcia okiem. Czekolada? Mniam. Natomiast nie był to wymarzony prezent dla 8-letniej dziewczynki... Wszyscy wkoło zachwycali się prezentami, pokazywali co dostali, a ja miałam się pochwalić czekoladą? Nie chodzi o to, że byłam niewdzięcznym dzieckiem, podziękowałam, usiadłam do ławki, podzieliłam się z innymi dziećmi bombonierką.
Byłam jednak bardzo rozczarowana, poczułam, że koledze, który go robił (wiedzieliśmy od kogo dostajemy prezent) nie zależało na fajnym prezencie, tylko poszedł do pierwszego lepszego sklepu i kupił słodycze.
Od tamtego czasu, boję się, że gdy komuś zrobię prezent, a on mu się nie spodoba, będzie tak rozczarowany jak ja wtedy.
Nie brałam więcej udziału w szkolnych mikołajkach, bardzo się cieszę, że moja szkoła średnia organizowała zbiórki dla dzieci z domów dziecka, a nie robiliśmy prezentów. Do dziś prezentów nie daję i nie oczekuję ich od innych.
Rany, jak to dobrze czasem poczytać takie historyjki. Sama kiedyś kupiłam koleżance czekoladki (ale wiecie, takie naprawdę porządne, dodatkowo w ładnym, drewnianym pudełeczku) w prezencie mikołajkowym, bo nie wiedziałam co chce dostać, więc uznałam, że lepiej jej dać dobre słodycze niż kolejny niepotrzebny bibelot. Chciałam dobrze, a może dziewczyna była tak samo rozczarowana jak Autorka tego wyznania...
Całkowicie to rozumiem. Czasami naprawdę nie wiadomo, co kupić koledze lub koleżance. Nie zawsze tak dobrze się zna każdego w klasie, co mu/jej się spodoba? Figurka, pamiętnik, samochód? Raz nauczycielka prosiła, aby każdy po kolei wstał i powiedział, co chciałby dostać, aby "nie było problemu i każdy był zadowolony". Problem był taki, że część osób odpowiadała "nie wiem, obojętnie", a część zapomniała o tym, ile pieniędzy wyznaczyliśmy na te prezenty i wymyślali niewiadomo co. Ostatecznie ten pomysł wcale niczego nie ułatwił, dlatego dzieciaki zaczęły się między sobą wymieniać wylosowanymi osobami, by mieć swojego kolegę/koleżankę, ale nie każdemu udawało się wymienić, więc ostatecznie i tak cześć osób była niezadowolona, więc kupowali wylosowanym ... Słodycze, bo wydawało się to najbezpieczniejsze, ostatecznie wcale takie bezpieczne nie było.
No u mnie w klasie w podstawówce koleżanka dostała całkiem konkretną paczuszke od kolegi: jakieś banany, pomarancze, słodycze i do tego mała figurka aniołka, ale mając chyba z 11 lat z deka była rozczarowana, że głównie jedzenie, choć teraz ja na przykład ucieszylabym się z takiej paczki-wyzerki:)
Ja w 2 klasie gimnazjum dostałam dużą ramkę (kilka mniejszych połączone) na zdjęcia.. Dla osoby, która nie miała swojego pokoju. No dobra, jeszcze pół biedy, powiesi się rodzinne na korytarzu.. Ale ta ramka była wściekle czerwona i nigdzie nie pasowała. Pamiętam, że jak ją dostałam to prawie się popłakałam. Tym bardziej, że osoba, która robiła mi prezent wiedziała, że chce nóż (nie jakiś drogi.. Balisonga można było kupić za 20zl), włóczke lub przybory do malowania.. Ewentualnie ołówki do szkicu.. Także już wolałabym te słodycze.. Bo ramka leżała 4 lata na szafie i w końcu skończyła w śmieciach
w gimnazjum mieliśmy na te wszystkie problemy świetny sposób - po pierwsze, była ustalona kwota jaką trzeba wydać na prezent (tzn nie 'do 20 zl' tylko dokładnie 20 zł), poza tym na dzień losowania osób do obdarowania każdy przygotowywał podpisany list do mikołaja i zamiast karteczki losowało się list - dzięki temu od razu było wiadomo co kupić i nikt nie był niczym zawiedziony :-)
Ja z kolei na mikołajki byłam znana z najlepszych prezentów (tata mieszkał za granicą więc przysyłał różne łakocie czy jakieś drobne gadżety). Wiekszość chciała żebym to ja ich wylosowała ale niestety w zamian dostaławałam najgorsze prezenty. Nie wiem czy to ze zazdrości, złośliwości czy czegoś jeszcze innego ale zawsze po mikołajkach wracałam z płaczem do domu. Stary brudny misiek i czekolada z biedronki, książka widać również używana do tego o tematyce zupełnie nie dla dzieci czy inne to była normalność. W 1 klasie gimnazjum było ostatnie losowanie i dostałam wtedy najlepszy podarunek czyli ręcznie robione rękawiczki, do tego od dziewczyny która była dosyć biedna i często z tego powodu przezywana. Najlepsze jest to że te najgorsze prezenty dawali ludzie którzy pochodzili z dosyć bogatych rodzin. Najpiękniejsze prezenty są te od serca, ręcznie robione czy po prostu jedyne w swoim rodzaju.
Też miałam to samo w 1 klasie gimnazjum. Wiadomo, że nowa klasa, nie zna się za bardzo ludzi, ale się po prostu podpytywało, co kto chce dostać, jakie są jego zainteresowania itp. Ze mną było troszeczkę łatwiej, bo byłam taką typową metalówą, koszulki z zespołami, glany, odpowiednia biżuteria i te sprawy, a wylosowała mnie dziewczyna również słuchająca metalu, więc się nie obawiałam, gdy nie przyszła do mnie na spytki. Ostatecznie dostałam od niej czekoladę i wstrętną, małą porcelanową żabę. Do tej pory pamiętam, jaka byłam zawiedziona, prezent totalnie na odpier*ol :/
Hahaha. Co było nie tak z tą żabą, że nazywasz ją wstrętną? :D
Zawsze jest możliwość, że komuś się coś nie spodoba. Ale jedna rzecz to, kiedy ktoś się przynajmniej chociaż trochę postara, a druga, kiedy ten ktoś ma nas zwyczajnie gdzieś. Przechodziłam to ja i moja młodsza siostra. Obydwie zawsze wychodziłyśmy z założenia, że chcemy sprawić komuś przyjemność prezentem. Niestety obydwie w którymś momencie właśnie przykładowo na takich głupich mikołajkach klasowych byłyśmy obdarowywane jakimiś gównami, bo inaczej się tego nazwać nie da. W zeszłym roku siostra dostała bombkę z gazety od dziewczynki, z którą się trzyma (od razu zaznaczę, że nie chodzi o rodzinę, która wiąże ledwo koniec z końcem). Ja swego czasu dostałam zestaw jakiegoś badziewia po 5zł z chińczyka (podobna sytuacja materialna). Wolałabym nie dostać nic, czułam się jakby mi ktoś dał w twarz po prostu. Najgorsze jest to, że to najczęściej nie dzieci decydują o owym „prezencie”, a rodzice. Byłoby mi wstyd dać komuś takie coś. Postawcie się w sytuacji, w której to Wasza pociecha dostaje takie coś. Szkoda dziecka.
Mogło być też tak, że rodzice byli bogaci, ale na tyle skąpi, że nie chcieli wydawać kasy, może też mało co dawali dziecku i kupiło to co mogło ze swojego kieszonkowego.
Tez nie lubię dawać prezentow. Wszelkie urodziny, czy święta to dla mnie źródło stresu, właśnie z tego powodu. Natomiast bardzo lubię, gdy zobacze coś, co wiem, ze spodoba się komuś z moich bliskich, dawać prezenty bez okazji. A, gdy „muszę” i nie mam pomysłu, wręczam karty podarunkowe 😂
Ja w podstawówce na Mikołajkach klasowych dostał od osoby, która w tamtym czasie była moja przyjaciółka, mała figurkę czarownicy i 1 mandarynkę, a wszystko w worku foliowym śniadaniowym. Mój prezent dla koleżanki był standardowy ( jakiś kubek w misie, długopisy z piórkami, słodycze) Odebrałam scenkę, że jest ok, a później przeryczalam pół dnia w domu. Także doskonale Cię rozumiem autorko
Cieszę się, że moja klasa nie ma tych klasowych mikołajek. Naprawdę. Dla nie których może wydawać się to dziwne, ale ten, kto miał\ma klasę pełną uzależnionych, bezczelnych i aroganckich chamów zrozumie.
Ja w podstawówce dostałam od kolegi z klasy słodycze ze szkolnego sklepiku w reklamówce. Od tamtego dnia za każdym razem staram się kupować prezent doskonale dopasowany do osoby obdarowywanej, żeby nikt nie poczuł się tak, jak ja wtedy.
U mnie w podstawówce była taka zasada, prezent nie mógł składać się wyłącznie z jedzenia.
U mnie np. na mikołajki w szkole czy coś sama nie mogłam komuś kupić prezentu, bo kasę kontrolowała matka. Ona ogólnie miała dobre pomysły na prezenty, ale czasami nie chciała kupić czegoś co ja chciałam komuś dać... :/ I wtedy było mi wstyd dać komuś dany prezent.
Raz chciałam w liceum dać koleżance ładną szklankę wypełnioną MM'sami, które chciałam ułożyć piętrowo kolorami, coś ala tęcza, lecz matka nie chciała dać kasy na paczkę cukierków, więc dała mi jakieś podobne cukierki, których było za mało. Masakra... Mimo to prezent koleżance się spodobał.
Więc myślę, że nie każdy dzieciak sam kupuje prezent dla kolegów z klasy, trudno tu mieć pretensje do znajomych :/