#IEatg

Jestem ze swoim partnerem 6 lat. Jesteśmy w podobnym wieku, zaczęliśmy ze sobą sypiać już na początku związku. Przyznaję, że na początku związku uprawialiśmy seks naprawdę często, można by powiedzieć, że codziennie. Ale nie było to jakieś ekscytujące. Od jakiegoś czasu mój chłopak mnie obrzydza, zawsze, gdy się kochaliśmy od był spocony jak świnia, ogólnie ma problem z potliwością, ale podczas seksu to było obrzydliwe bo cały się lepił. 


Zauważyłam też, że on nie słucha moich sugestii, jedynie wymaga ode mnie, żebyśmy non stop chodziło do łóżka. Ja zaczęłam tego unikać, bo ileż można mówić, żebyśmy zaczęli robić coś inaczej. On po 6 latach powiedział, że nadal nie wie gdzie jest łechtaczka... najgorsze jest to, że nie wiem co robić, on ma bardzo duże ciśnienie na seks, ja nie bardzo i wole zaspokoić się sama niż np. po stosunku mówić, że było okej. Kiedy zwróciłam mu uwagę, że mógłby robić coś inaczej - popłakał się...

#e4QQi

Wychowuję się w dość przeciętnej rodzinie: moi rodzice nie zarabiają najgorzej, kochają mnie i moje rodzeństwo, nigdy nie chodziłam głodna ani brudna. Dzieciństwo wspominam jako czas zabaw oraz ogólnego szczęścia. Od niedawna jednak coś niszczy mi ten obraz...


Jako dziecko byłam bita: nie katowana, ale jednak bita. Czasami obrywałam ścierką (gdy jest rozpędzona, uderzenie może zaboleć), czasami ręką, kablem bądź innym przedmiotem. Gdy byłam w pierwszej klasie szkoły podstawowej dziadek rzucił mną o ścianę. Mimo tego wszystkiego nikomu nic nie powiedziałam. 


Wydawało, mi się że przemoc domowa mnie nie dotyczy. Przecież nigdy nie doznałam żadnych poważniejszych urazów, nie miałam siniaków, blizn ani skaleczeń, a rodzice są porządnymi oraz szanowanymi ludźmi. Nie byłam jak te dzieci na plakatach w szkole.


Chciałabym powiedzieć, że nie wpłynęło to na mnie, ale musiałabym skłamać. Od zawsze byłam wycofana, nadwrażliwa i pozbawiona braku pewności siebie.

#xxQAQ

Mieszkam w małym (naprawdę malutkim) miasteczku. Jestem jedynaczką (co jest tutaj dość istotne). Rodzice prowadzili całkiem dobrze prosperującą kwiaciarnię. Studiowałam w tzw. "dużym mieście" (chociaż to tak naprawdę nadal dość małe miasto, ale ja nie o tym).

Na kilka miesięcy przed moją obroną magisterki zmarł mój tata. Nagle, na wylew. Mama się totalnie załamała. Wróciłam do domu, żeby jakoś jej pomóc, chociaż mnie też nie było łatwo. Studia udało mi się jakoś skończyć, ale nie wróciłam potem do tego dużego miasta. Zostałam z mamą, bo prosiła mnie o pomoc w prowadzeniu kwiaciarni. No i tak trwam. Mieszkam tylko z mamą i we dwie jakoś ciągniemy ten biznes. Problem w tym, że ja absolutnie tego nienawidzę! Nie mam ręki do kwiatów, nie umiem układać wiązanek i ta praca w ogóle mnie nie "kręci". Chciałabym wrócić do miasta i spróbować żyć na własny rachunek. Mama jest oczywiście przeciwna. Mówi, że o pracę tam ciężko, bo to nie jakaś metropolia, a konkurencja duża. Poza tym po co mam gdzieś jechać, jak pracę mam tutaj? Każdy chciałby mieć taki biznes podany na tacy, a ja nim gardzę. Mówi, że jest jej przykro, że chcę zniszczyć coś, co ona z ojcem budowali całe życie i że tego nie szanuję i jestem niewdzięczna. Ona sama nie poradzi sobie z tym wszystkim i muszę zostać i jej pomóc. A najlepiej to wyjść za mąż, z mężem zamieszkać u niej (bo ma duży dom) i narodzić jej wnuków. A wszyscy będziemy szczęśliwi i będziemy pracować w tej kwiaciarni po wsze czasy.

Tymczasem moja przyjaciółka wyjeżdża, bo znalazła pracę w mieście. Wynajęła tam mieszkanie i namawia mnie, żebym pojechała z nią, to we dwie będzie na początku łatwiej.

Złożyłam CV do kilku miejsc (tak żeby chociaż spróbować) i... dostałam pracę! Na recepcji w hotelu. Niby nic wielkiego, ale to zawsze coś. Miałabym swoje pieniądze i może wreszcie bym się uniezależniła? Wszystko co zarabiamy w kwiaciarni mama uważa za swoje (bo to jej biznes), a ze mną się po prostu dzieli, bo jestem jej córką.
Kiedy powiedziałam jej, że dostałam pracę i chcę wyjechać, to stwierdziła, że zwariowałam. To fatalna robota, za małe pieniądze, w dodatku na zmiany po 12 godzin i na noce. Na pewno sobie nie poradzę i nikt normalny nie rzuca lepszej pracy (w kwiaciarni) dla gorszej, i to jeszcze daleko! I za mieszkanie trzeba płacić! A tutaj mam wszystko za darmo i na miejscu. A w ogóle to jestem samolubna, bo chcę ją zostawić samą chociaż wiem, że sobie nie poradzi.

Nie wiem już co mam robić. Mam tak zryty mózg i takie wyrzuty sumienia względem mamy, że zaraz oszaleję! Kocham ją, kiedyś była całkiem inna. Po śmierci ojca się tak zmieniła. Chce, żebym była cały czas przy niej. Nawet ją rozumiem, ale ona nie rozumie, że ja już tak nie mogę dłużej. Ona cały czas podcina mi skrzydła. Zwariować można. Fatalna sytuacja.

#RS6Fb

Wyznanie dziwne i trochę nienormalne.

Mam 17 lat. Od kilku miesięcy mój tata pracuje za granicą, wracając na nieliczne weekendy czy święta, więc przez większość czasu jesteśmy z mamą same w domu. I tutaj zaczyna się robić dziwnie.

Kiedy na początku nie mogłyśmy przyzwyczaić się do nowej sytuacji, pewnego rodzaju samotności, lgnęłyśmy do siebie, czasem spałam z mamą w łóżku, żeby nie czuła się sama. Były to normalne relacje mama-córka.

Od jakiegoś czasu, gdy tęsknota robi się coraz większa, mam wrażenie, że hm... moja mama się do mnie po prostu dobiera. Gdy się wygłupiamy, ona mnie łaskocze, często "przypadkiem" jej ręka sięga zbyt nisko bądź na wysokości piersi. 
Rzuca seksualne żarty, czego wcześniej raczej nie robiła. Wieczorem nim sama pójdzie spać... usypia mnie, bo ja oddaję się w objęcia Morfeusza dość wcześnie. Zwracałam jej uwagę - kiedy podczas wygłupów przekraczała granicę, rzucałam w żartach, żeby mnie nie molestowała. Peszyła się wtedy, choć oczekiwałam innej reakcji, że chociażby się oburzy. Mówiłam, że nie potrzebuję przytulania przed spaniem, bo cóż, jestem już dużą dziewczynką.
Jest naprawdę wspaniałą osobą i moim wzorem, lecz to zachowanie naprawdę mi do niej nie pasuje.

Mam mętlik w głowie i czuję się naprawdę dziwnie. Najgorsze, że mam wrażenie, że zaczyna mi się to podobać.

#lg4Nx

Gdy Dziadek jeszcze żył, to wraz z Babcią przepisali dom jednemu z kuzynów.
Był mały zgrzyt bo rodzinka od strony kuzynów całkowicie się nie zajmowała dziadkami. Przywieźć, zorganizować, ogarnąć węgiel na zimę.... ja i rodzinka.
Zawieźć po wypłatę renty.... oni.


W Wigilię babcia opowiedziała mojej żonie, że jestem jedynym wnuczkiem, który w ogóle do niej dzwoni. Inni nawet nie przyjadą. Dwa miesiące temu urodził nam się synek. Nie mamy czasu i możliwości przyjechać w rodzinne strony dlatego do Babć dzwonię jak mam chwilę zapytać co u nich.

Babcia przekazała nam przez rodzinkę tysiąc złotych. Od koperta była uniwersalna. Dla wnuczka XXXX, jego żony i dzieci (bo od lat marudziła, że może nie dożyje). Pomyślałem, że " o, fajnie, wpłacimy małemu na konto to będzie miał jak podrośnie".

Ostatnio zadzwonił ojczulek z prośbą by przedzwonić do Babci. Dzwonię i w trakcie głównego wątku babcia mi coś wyznała. Powiedziała, że ma nowotwór, lekarze mogą leczyć ale ona nie chce bo jedna z jej synowych zmarła wskutek powikłań pooperacyjnych związanych z nowotworem.
Namawiałem by to leczyć lub operować ale ona odmawia.
W trakcie rozmowy nie docierało to do mnie.

Po rozmowie rozkleiłem się...
Bo jestem jej zdaniem "jedynym wnuczkiem, który się interesuje Babcią". Usłyszałem, że niemal na pewno umrze, nie chce się leczyć i każe mi bym nikomu o tym nie mówił.

A ja walczę ze sobą.
Czy uszanować jej wolę i żyć z tym, że nikomu nie powiedziałem gdy miało to znaczenie? Może lekarze by jednak pomogli? A może ona tego pragnie bo dziadka już nie ma?

Czy rozpowiedzieć to wokół i że może to rodzinka jej jakoś przemówi do rozsądku?

Z innej strony... jak powiedzieć ojcu, że jego matka ma nowotwór i na pewno umrze jak nic się z tym nie zrobi?


Co wy byście zrobili?

#RK5kp

Czuję się jak ohydny zboczeniec uwięziony w ciele delikatnej, ładnej kobietki. Odkąd pamiętam podniecali mnie tylko i wyłącznie sparaliżowani od pasa w dół mężczyźni na wózkach. Pamiętam jak jako młodziutka nastolatka fantazjowałam o niepełnosprawnym kasjerze z parku wodnego czy sąsiedzie spotykanym na okolicznym targu. Ten fetysz rujnuje mi życie i doprowadza do skraju załamania. Jestem wieczną singielką, ciągle odrzucająca "łakome kąski"- prawników, lekarzy, przedsiębiorców. Koleżanki wychodzą za mąż, rodzą dzieci, a ja zmuszam się do randek, zasypiam w trakcie seksu z ciachami, nie wspominając o konieczności stosowania lubrykantów. Za to wieczorem w samotności wyobrażam sobie randki, chwile uniesień, związek z przystojnym sparaliżowanym mężczyzną i dochodzę. Nie mogę przełamać się, by iść do seksuologa. Chyba spłonęłabym tam żywcem ze wstydu. Sama też nie umiem się z tego "wyleczyć", a nawet nie mam gdzie poznać takiego faceta. Nie ma dla mnie ratunku, jutro daję kosza kolejnemu sprawnemu, perspektywicznemu, zakochanemu we mnie facetowi, bo kompletnie mnie nie podnieca i nie wyobrażam sobie z nim seksu.

#G1oXa

Sytuacja miała miejsce za czasów szkolnych, gdy miałam 16-17 lat. Odbywałam wtedy praktyki w salonie fryzjerskim. Jechałam na popołudnie do pracy, pech chciał, że jeden z tramwajów się zepsuł i zablokował całe torowisko, minęła godzina, zanim wznowili komunikację. 

W końcu nadjechał pierwszy lepszy tramwaj, myślałam tylko, by kawałek podjechać, bo już byłam spóźniona. Wsiadłam razem z tłumem ludzi zgnieciona jak sardynka, do tego smród, duchota i pocący się ludzie, ocierający się o mnie - jak to w lecie.

W pewnej chwili poczułam, że ktoś czymś mokrym dotknął moich gołych pleców. Przesunęłam się, obróciłam się za siebie, ale nic nie zobaczyłam. I tak kilkakrotnie coś mokrego smyrało moje gołe plecy, a ja zaczęłam naciągać bluzkę. Kolejne przystanki, ludzi robiło się coraz mniej, aż dojechaliśmy do kolejnego przystanku. Osoby za mną ruszyły do drzwi, gdy po chwili koleś, który od początku stał za mną, szepnął mi do ucha "dziękuję, było miło". Aż mnie zmroziło, zaczęłam odrzucać najgorszą myśl, która mi się nasuwała, że przecież było mnóstwo ludzi, ktoś by zauważył, i to nie mógł być jego "śliniący" narząd na moich plecach. 

Do pracy wpadłam cała zdenerwowana, od razu weszłam do łazienki, szorując wszystkim czym popadnie swoje plecy... Mimo że minęło 11 lat, do tej pory mam ciarki na plecach, jak o tym pomyślę.

#VAR7J

Jestem pracownicą żłobka od ponad 30 lat, ostatnio ze względu na miejsce zamieszkania zmieniłam oddział. Opiszę Wam historię, która niedawno mi się przydarzyła.

Co się tam wyprawia, to głowa mała. Normą jest to, że opiekunki nie interesują się i nie zajmują dziećmi. Żadnych zabaw, wierszyków, czytania bajek. Panie siedzą w telefonach lub bez przerwy przez nie nawijają. Gdy dziecko płacze i nie może się uspokoić lub źle się zachowuje, potrafią uderzyć, a szarpanie i krzyczenie na dzieci jest na porządku dziennym.

Pampersy dzieciom są zmieniane chwilę przed przyjściem rodziców, jeżeli dziecko narobi w pampersa rano, to do wieczora chodzi z pełnym. Mycie rąk przed i po jedzeniu? Zapomnijcie, żadnej pani się nie chce pilnować Waszych pociech podczas mycia rąk.

Nie mówię, że wszystkie opiekunki są złe, ale przez lata doświadczenia przewinęło mi się wiele zachowań. Rodzice wcale nie są lepsi. Traktują żłobki jak przechowalnię, przyprowadza rano, odbiera wieczorem. Większość dzieci lepiej słucha się opiekunek niż własnych rodziców.

Najgorsze jest to, że rodzice wcale nie myślą o dobru swoich pociech, przyprowadzają dzieci z gorączką lub chore, na wezwania nie chcą przyjechać i odebrać. A takie dziecko, siedząc 10h w żłobku, chore, bardzo się męczy, już pomijam to, że zaraża zarówno inne dzieci, jak i opiekunki.

Niektóre dzieci przychodzą do żłobka brudne, albo z niezmienioną od dłuższego czasu pieluchą. Normą są odleżyny na pupie.

Dlatego przestrzegam rodziców, którzy traktują żłobki jak przechowalnię, nigdy nie wiesz na jaką opiekunkę trafisz, z drugiej strony nie sądzę, aby takich ludzi interesował zbytnio los ich dzieci, skoro potrafią przyprowadzić 1,5-roczne dziecko z prawie 40-stopniową temperaturą.

#rN4Dq

"Mogę zaproponować 1300 zł na rękę".
Potrzebowałam tej pracy, więc się zgodziłam. Magazyn. Ok. 100 metrów. Dostawy, przyjęcie i rozłożenie towaru, pakowanie paczek. Asortyment: zabawki.

Ciężko wyżyć za 1300 na umowie zleceniu, ale nie narzekałam, robiłam swoje. Firma się rozwijała, pracy przybywało. Dostaw było coraz więcej i coraz cięższe. Czasami kilka palet jednego dnia. Pracowało nas tam trzy. Ja ogarniałam magazyn, a dwie dziewczyny siedziały w biurze. Szefowa? Dla klientów złota kobieta, dla pracowników... Cruella. Łaskawie po dwóch latach podniosła pensje o 200 zł. Umowy na stałe nie mogłam się doprosić, bo jak twierdziła to są koszty i ich nie stać. Obowiązków przybywało z każdym miesiącem. Miała na towar. Zamawiałam aż nadto. Urlopy czy zwolnienia - nawet nie było o tym mowy. Tzn. mogłyśmy wziąć wolne, które było odciągane z naszej pensji. Ludzie jeździli na wakacje, a my obliczałyśmy ile nam zostanie pensji, jak weźmiemy trzy dni wolnego.
Szefowa wiecznie niezadowolona, mimo że w sprzedaży i obsłudze klienta mieliśmy same pozytywne komentarze.

Nigdy nie zapomnę, gdy przed świętami przychodziły dostawy, jedna po drugiej. Kilka ciężkich palet każdego dnia. To wszystko trzeba rozpakować, przyjąć na stan, poukładać na półki, w międzyczasie przychodzą faktury i trzeba pakować paczki dla klientów. Ok. 200 paczek + robić inne drobne rzeczy, jak opisywanie produktów. I to wszytko na mojej głowie. Pot leciał po dupie. Czasami nie było czasu zjeść. Odpocząć. Bo ciągle wchodziła i pytała, czy to już przyjęte, dlaczego to jeszcze nieopisane... A na koniec te 1600 zł. To dobijało. Kiedy byłam chora, przychodziłam z gorączką i katarem, bo każdy dzień nieobecności to mniej przy wypłacie.

Po kilku latach (byłam tam chyba przez zasiedzenie) zaczęłam walczyć. Miałyśmy zgrany zespół, chciałyśmy mieć podwyżkę i stałą umowę. Ale pani szefowa stwierdziła, że i tak dużo zarabiamy, że wcale nie mamy tak dużo pracy i w ogóle to mamy wolne weekendy i stałe godziny, więc na co narzekamy.
Zwolniłyśmy się. Wszystkie.

I wiecie co? Mam pracę. Zarabiam trzy razy tyle co tam, mam umowę i nie wracam utyrana jak osioł. Moje koleżanki również nie narzekają. Z tego co wiem, poprzednia firma upadła. Nie znam powodu, ale jeśli pracownika traktuje się jak osła, to prędzej czy później karma wraca. Ta kobieta nie miała szacunku do ludzi, którzy pracowali fizycznie, pracowali na jej majątek. Kiedyś chciała, bym przeszła do biura mówiąc "A tu na magazyn znajdzie się jakaś tania siła robocza"... No cóż.
Dodaj anonimowe wyznanie