Odkąd pamiętam, jestem przewrażliwiona i nie radzę sobie z emocjami. Jeśli ktoś się ze mną kłóci albo mnie obraża, nie umiem zachować kamiennej twarzy i bardzo szybko wybucham płaczem. Zdarza się, że ktoś wykorzystuje to przeciwko mnie, bo wie, że łatwo mnie zranić.
Podejrzewam, że to efekt tego, że w dzieciństwie byłam wielokrotnie klasowym kozłem ofiarnym i nie nauczyłam się przed tym bronić. Z wiekiem sytuacja trochę się poprawiła. Wciąż jednak nie czuję się normalna i bardzo głupio mi przy każdej sytuacji, gdy zaczynam płakać.
Myślę, że mogę chorować na nerwicę, ale nie mam pewności, bo nigdy nie byłam z tym u lekarza. Perspektywa takiej wizyty w pewien sposób mnie przeraża, ale doszłam do wniosku, że powinnam się wziąć za siebie po tym, jak mój chłopak powiedział mi, że powinnam być twarda, bo wiek mnie do tego zobowiązuje.
Chciałabym dzisiaj dodać swoje pierwsze anonimowe wyznanie. Nie jest może ono najwyższych lotów i pewnie nie dostanie się na główną, ale fajnie będzie się gdzieś podzielić czymś co mnie od dawna gryzie. Mam 22 lata, skończone studia. Pracuję, mam wiele pasji, marzeń. Mam fajną rodzinę, dużo znajomych. Jest jednak jedna rzecz która mnie bardzo dołuje - nie mam chłopaka. Ba, nigdy się nawet nie całowałam.
Dookoła mnie widzę wysyp par, dzieci i ślubów. I generalnie zawsze udaję szczęśliwą gdy kolejna znajoma zaprasza na ślub, albo ktoś z rodziny oznajmia że powiększy im się rodzina...ale w głowie zawsze telepie mi się myśl "dlaczego to nie ja? gdzie jest ktoś dla mnie?". Ta zazdrość zżera mnie od środka.
Wiecznie myślę o tym jak super byłoby mieć kogo przytulić wieczorem, potrzymać się za ręce, iść na romantyczny spacer, na randkę....w nocy przed snem wyobrażam sobie jakieś nierealne scenariusze typu; ja i mój wymyślony wybranek na wycieczce itp. Nie wiem dlaczego, ale mam wrażenie że nigdy w życiu nikogo nie zainteresowałam.
Przyznam że, z racji tego że w rodzinie i sąsiedztwie zawsze były prawie same dziewczynki to byłam trochę nieobyta z męskim środowiskiem, ale teraz mam kolegów i nic. Jestem (ładnie to ujmę) plus size, ale też nie jestem toczącą się, niezadbaną baryłką - wydaje mi się że ubieram się fajnie i modnie, umalować się umiem więc to chyba nie to jest "odstraszaczem".
Gram w gry, dużo podróżuje, jestem na bieżąco z nowościami kinowymi - zawsze mi się wydawało że są to 'pożądane' cechy u dziewczyny, wiecie - przecież wszędzie panuje stereotyp że dziewczyny w gry nie grają, więc ze świecą takich szukać :p Zakładałam sobie tindera, jakieś sympatie, ale przysięgam, nie mogłam natrafić na nikogo wartościowego - większość facetów tam to byli kolesie widocznie nastawieni na seks, bez opisów, z jedną fotką bez koszulki. Prawda jest taka że chyba nigdy żaden koleś mi się jakoś super nie podobał - podejście i zagadanie na np. imprezie wydaje mi się totalnie misją niemożliwe, bo w głowie i tak zapala mi się lampka pt. "i tak nic z tego nie będzie, a narobisz sobie wstydu".
Nikt o tym nie wie, jak rodzina albo przyjaciółki mi się pytają co jest moim marzeniem to wciskam im kity typu "dom pod miastem", a tak naprawdę marzę o nawet bardzo skromnym życiu, ale z ukochaną osobą. Mam pieniądze, ale nie mam z kim jeździć na wymarzone wycieczki. Wymagań wygórowanych też nie mam, tym bardziej jeśli chodzi o wygląd - uważam że na dłuższą metę podobne hobby i fajny charakter są ważniejsze.
Dodam że mam dwóch braci, jeden ma 40 lat i też nigdy dziewczyny nie miał, a drugi poznał obecną żonę w wieku lat 35 i to też był jego pierwszy poważny związek. Także tematy romantyczne w domu w sumie nie istniały. Czy tylko ja mam takie problemy, a może na anonimowych są inne samotne dusze?
Należę do wąskiego grona dziewczyn zadowolonych z tego jak wyglądają, w związku z czym faceci często się za mną oglądają. Przy tym jestem dość kochliwa.
Haczyk tkwi w tym że mam wspaniałego chłopaka, którego za nic w świecie nie chciałabym stracić, więc za każdym razem gdy ktoś mi się spodoba, tworzę sobie w głowie najczarniejsze scenariusze co by było gdybym była z tym innym.
Scenariusze te zazwyczaj kończą się na dnie społecznym, gdzie facet okazuje się ostatnim chujem i damskim bokserem, który zmarnował mi życie. Po takim scenariuszu, niezależnie od tego jak atrakcyjny jest amant, zaraz wybijam go sobie z głowy.
Z braku laku użyłam swojego włosa (z głowy, mam je mocne i grube) jako nici dentystycznej do wyciągnięcia jakiegoś paproka, który utknął mi pod dziąsłem.
Udało się, przy okazji obyło się bez krwawienia z dziąseł, które mam zawsze po użyciu zwykłej nitki dentystycznej.
Chyba znalazłam patent na oszczędzanie.
Mam pewną fobię, która mnie wykańcza. Mianowicie - nie umiem prosić, o pomoc zwłaszcza. I nie chodzi tylko o nieznajomych.
Chodzę na studia, na których nadrabiam kilka przedmiotów (różnice programowe po przeniesieniu z innej uczelni). Nie dość, że nie jestem w stanie podejść do znajomego czy wykładowcy na jego konsultacje, aby mi wytłumaczył coś, czego nie rozumiem, to nie jestem w stanie spytać osób z grupy o notatki z zajęć, które się na siebie nakładają. "Przecież"- kołacze się w mojej głowie,-"zabierasz im czas, który mogli by poświęcić na robienie czegoś przyjemnego. Po cholerę każesz im się ze sobą użerać? Zresztą, twoim obowiązkiem jest to wiedzieć, a jeśli nie, to jesteś idiotą i się do tego nie nadajesz, wiesz o tym?". Efekt jest taki, że jestem chyba najsłabszym ogniwem na roku z tych przedmiotów, mimo że codziennie staram się poświęcać trochę czasu na naukę.
To samo mam w domu. Nie poproszę współlokatora nawet o głupi długopis, czy żeby udostępnił mi drukarkę dla jednostronicowego dokumentu - "Przecież zmarnujesz mu tusz, a na uczelni jest płatne ksero." Nie przypomnę mu, że jego kolej na mycie naczyń czy wyniesienie śmieci (nie winię go, jest osobą roztargnioną, a i tak zdarza mu się to rzadko) - prędzej ja to zrobię, "bo co, wysługujesz się kimś, leniu śmierdzący?" To samo mam w pracy i w domu rodzinnym. Kilkukrotnie, gdy kurier przyniósł paczkę pod moje drzwi, poza podziękowaniem usłyszał przeprosiny, że musiał jechać windą na drugie piętro. Nawet obiadki czy ciasta, których robienie sprawia mojej rodzicielce przyjemność, budzą we mnie wyrzuty sumienia.
W skrócie - mam wrażenie, że moja egzystencja tylko ludziom przeszkadza, że zwyczajnie powinno mnie nie być, bo tylko marnuję zasoby tej planety. Z tego samego względu nie jestem w stanie się zebrać do psychologa. Kilka razy kończyło się to bezradnym staniem pod drzwiami i zbieraniem się do naciśnięcia klamki, płakaniem w rękaw, potem ucieczką...
Anonimowi... wiem, że pewnie dla większości z Was to mega głupi problem, z którym dorosły człowiek powinien sobie poradzić. Wiem, że pewnie to utonie w niezweryfikowanych, nie obchodzi mnie to. Ale jeśli możecie, powiedzcie: w jaki sposób wyznaczacie tą magiczną granicę między byciem namolnym a zwykłą pomocą, w jakich sytuacjach ją przyjmujecie? I w drugą stronę, jak poznać po ludziach, że można ich poprosić o pomoc, że to jest ok?
Może jeśli spytam, jeśli Was usłyszę, będzie mi ciut łatwiej... nie wiem.
Lęk przed dentystą. Dla jednych fanaberia, dla mnie osobisty dramat.
Jestem prawie przed 30., w domu nigdy się nie przelewało, ale jakoś udało mi się wyprowadzić i skończyć studia. Mam dobrą pracę, którą lubię, jednak wynagrodzenie pozwala mi na opłacenie bieżących wydatków i to byłoby na tyle. Od razu uprzedzam, nie zmienię jej, ponieważ szef we mnie inwestuje i wiem, że w przyszłości płaca będzie zdecydowanie lepsza.
Do rzeczy: stan mojego uzębienia pozostawia wiele do życzenia, od prawie 10 lat się nie uśmiecham, kiedyś śpiewałam, teraz nawet tego nie robię, co jest dla mnie kolejnym ciosem. Spytacie dlaczego nic z tym nie robię? Niestety nie stać mnie na leczenie, a już na pewno nie na standardowe leczenie, ponieważ lęk przed dentystą jest tak ogromny, że byłabym w stanie leczyć zęby tylko i wyłącznie w znieczuleniu ogólnym, na co z pewnością nigdy nie będzie mnie stać.
Jest to mój największy kompleks, nie ma dnia, żebym o tym nie myślała, przez to wszystko jestem samotna i izoluję się od ludzi. Moim największym marzeniem jest móc się znów uśmiechać tak jak kiedyś...
Jestem studentem, mieszkam w jednym z większych miast Polski, mam dziewczynę. Wszystko ładnie i normalnie. Mniej normalne jest to, że jestem biseksualny, jeszcze mniej to, że moja dziewczyna o tym wie i mnie akceptuje. Chociaż to za mało napisane...
Ona wie o tym i razem, kolokwialnie mówiąc, bzykamy sobie chłopców. Bardzo się kochamy, a to traktujemy jako dodatek do naszej relacji. Kiedyś nie pomyślałbym, że znajdę taką dziewczynę i że możliwe będą takie układziki, na które wbrew pozorom jest wielu chętnych.
Dodatkowym udziwnieniem jest to, że jesteśmy wierzący i staramy się pomimo "zabaw" praktykować naszą wiarę. Tak, dostaję rozgrzeszenie za pukanie facetów, uprzedzając ciekawskich.
Nikt oprócz nas samych i "kolegów" nie jest wtajemniczony w cały proceder, ale zawsze ciekawiło mnie, czy ktoś gdzieś jeszcze prowadzi podobny tryb życia i co pomyśleliby ludzie, gdyby się o tym dowiedzieli. Stąd też pomysł na napisanie wyznania.
Czekam na Wasze komentarze i uprzedzając pytania: dziewczyna jest zadowolona z takiej wersji naszego związku.
Moja kuzynka poznała mnie kiedyś z pewnym chłopakiem. Po jakimś czasie zostaliśmy parą, ale od początku związku czułam, że on nie traktuje mnie zbyt dobrze. Ja miałam 17 lat, on 19. Już od początku podważał każde moje zdanie na mój temat, a kiedy się pytałam dlaczego uważa, że jest tak, a nie inaczej, odpowiadał: "Bo jesteś moją dziewczyną i ja cię znam". To był jego jedyny argument. Po pewnym czasie doszło do tego, że dotykał mnie często wtedy gdy ja nie chciałam i odmawiałam, lecz on nigdy mnie nie słuchał. Dalej robił swoje.
Czułam się z tym źle. Zaczęłam być dla niego oschła i zimna. Wtedy to on był tym poszkodowanym. Kuzynka zawsze go broniła. W końcu się rozstaliśmy, bo ja nie mogłam wytrzymać z nim, ani on ze mną. Najgorsze, że moja kuzynka jest po jego stronie i twierdzi, że to wszystko moja wina. Nie słucha mnie. Mówi, że jestem nienormalna, bo chłopak MUSI dotykać swoją dziewczynę.
To nie tak, że w ogóle nie pozwalałam mu się dotykać, ale tu chodzi o to, że nawet w miejscu publicznym potrafił mnie złapać za biust albo klepnąć w tyłek. Należę do osób wstydliwych i było to dla mnie niekomfortowe. Albo podczas rozmowy wkładał mi ręce między nogi, co dla mnie też nie było zbytnio przyjemne. Nie chciał słuchać, że po prostu tego nie chcę. Był moim pierwszym chłopakiem, to wszystko było dla mnie nowe, potrzebowałam czasu i on to wiedział.
Kuzynka do dzisiaj potrafi na mnie krzyczeć i wyzywać mnie, że takiego fajnego chłopaka zostawiłam. Że taką szansę straciłam i jestem po prostu pierdolnięta. Nie rozumiem jej, bo przecież nic takiego się nie stało. Słyszałam od jego kolegów nawet, że on nie szuka już dziewczyny na stałe, tylko jedynie po to aby zaliczyć. To co mi robił wie tylko moja kuzynka, nikt więcej. Zastanawiam się teraz, czy naprawdę ze mną jest coś nie tak, może po prostu nie dorosłam do związku. Mimo to nadal czuję, że on za szybko sobie pozwalał na zbyt wiele.
Tak bardzo nie lubię integracji z ludźmi, że w pracy zabieram jedzenie do toalety, żeby nie jeść z nimi w kuchni.
Panicznie boję się rozmawiać w języku angielskim. Na samą myśl o tym, że będę musiał wymienić chociaż kilka zdań po angielsku, dostaję dreszczy. Jestem młodym człowiekiem, który uczył się angielskiego przez kilka lat, zarówno w szkole, jak i poza nią. Niestety, to nic nie dało.
Nadal nie potrafię rozmawiać w tym języku. Najgorsze jest to, że ten problem nie pozwala mi się rozwijać, blokuje moje możliwości. Tak, po prostu mam lęki przed używaniem języka angielskiego.
Dodaj anonimowe wyznanie