Jestem wodzirejem, mimo że ta nazwa odeszła już dawno w zapomnienie, a ja sam jestem młodym 25-latkiem, to ze względu na to, że specjalizuję się w weselach, rocznicach ślubu itp., to nazwa ta pasuje idealnie.
Ale do rzeczy.
Na weselach dzieją się cuda wianki i ogólnie wszystko... Od odwołanych ślubów, bo któreś z "młodych" powiedziało NIE, po pozywanie o rozwód jeszcze przed końcem wesela. Ale jedno wesele zapamiętam do końca życia... Otóż jeszcze przed nocą poślubną doszło do czegoś więcej między mną i panią młodą. Nie mam pojęcia jak do tego doszło, ale w przerwie między tańcami przyszła do mnie i poprosiła, żebym z nią poszedł, oficjalnie by przygotować dokładnie podkład pod taniec dla męża, a w praktyce wyszło co wyszło w pokoju, w którym miała spędzić noc poślubną. Do końca wesela nie dała po sobie znać, że coś się stało, całowała męża, mimo że jeszcze chwilę temu całowała mnie...
Nigdy nikomu o tym nie powiedziałem. Jestem złym człowiekiem, wszyscy trochę jesteśmy....
PS Jedno na dziesięć wesel jest nienormalne.
Nie umiem, po prostu nie wiem jak w normalnej rozmowie mówić o uprawianiu seksu i żeńskich narządach rodnych. Mam wrażenie, że wszystkie rzeczowniki i czasowniki z tym związane stworzone zostały tak, aby brzmieć wulgarnie, sprośnie lub generalnie jakoś tak nieżyciowo.
Srom, łechtaczka, wagina czy pochwa - no litości! to wszystko brzmi jednocześnie tak surowo i obleśnie. Nie czuję, żeby to były normalne słowa, które można tak sobie wplatać do rozmowy. Coś jak kał i fekalia używane zamiast kupy. Kupa brzmi tak jakoś bardziej swojsko, słowa kał to użyję co najwyżej przy lekarzu. Z drugiej strony mamy te pusie i inne określenia, które wyglądają jak wymyślone, żeby 5-latka wiedziała jak ma to nazwać. I tak czasem ta 5-latka ma pusię do końca życia. Jest i cipa, która jest tak wulgarna i obrzydliwa, że jest jednocześnie doskonałym epitetem, żeby kogoś obrazić. Można też powiedzieć "tam na dole" czy "między nogami", ale kurczę, to znowu jakieś owijanie w bawełnę. No nie wiem jak "ją" i "jej" elementy po ludzku nazwać.
Tak samo seks.
Uprawialiśmy seks, Odbyliśmy stosunek - bezdusznie, znowu jak u lekarza, albo nie wiem... może przy spowiedzi.
Kochaliśmy się - no nie, nie. Kochać to się można bezustannie swoim serduszkiem i nie jest do tego wymagane wkładanie penisa do pochwy.
Pieprzyliśmy się - tu już znowu jest wulgarnie, więc do standardowej rozmowy się nie nada.
Do tego jeszcze jest "robienie minetek", "strzelenie palcówki", "robienie loda" czy "obciąganie" - przecież nic z tego nie brzmi normalnie. Jak zatem mam rozmawiać o seksie, kiedy nie umiem go nazywać? Napawa mnie to na tyle dużym dyskomfortem, że zwykle po prostu unikam tego tematu. Nie z jakiejś pruderyjności, tylko z pozbawienia możliwości swobodnej wypowiedzi.
Z facetami jest jakoś lepiej. Mają tego swojego "penisa" i on w sumie ani ziębi, ani grzeje.
Matka od dziecka na mnie krzyczała, wyładowywała swoją frustrację. Doszło do tego, że jej własny brat powiedział jej, że nie zasługuje na mnie, na to żeby w ogóle mieć dziecko. W późnej podstawówce zaczęły się dodatkowo wyzwiska, a w gimnazjum czy liceum potrafiła dać mi w twarz, jeśli nie spodobało jej się to, co powiedziałam. Kazanie mi "zamknąć mordy i robić co każe" czy nazwanie mnie totalną debilką i to niedorozwiniętą było normą. Jak kiedyś nie chciałam pójść się myć (akurat robiłam zadanie i chciałam je dokończyć, a niestety okazało się trudne i zamiast 7 min zajęło mi 30), to zaciągnęła mnie do łazienki za włosy i zamknęła mówiąc, że nie wypuści, dopóki się nie umyję. Czasem po tych akcjach przychodziła mnie przytulić i mówiła, że nie chce być złą matką, że wcale nie myśli tak jak mówi, ale po 2 tygodniach przerwy wszystko wracało do normy i znowu byłam nazywana idiotką albo dostawałam w twarz.
Już od lat nie umiem powiedzieć takich prostych słów jak "kocham cię, mamo". Po prostu czuję, że to nie byłoby prawdziwe, nie byłoby takie jak powinno.
Dzisiaj dowiedziałam się, że dosyć dobrze zdałam maturę. Przyszła, rzuciła się przede mną na kolana i zaczęła błagać o wybaczenie i mówić, że mnie kocha, że wie, że to ona jest głupia i nienormalna, a nie ja. Mówiła o tym, że zachowywała się tak, bo widziała jak szybko przerastam ją inteligencją i czuła się po prostu głupia. Chciała jako matka być dla mnie wzorem, chciała być mądrzejsza, chciała, żebym nie miała jej za idiotkę. Mówiła, że wszystko co mówiła tak naprawdę było o niej, bo nie potrafiła poradzić sobie z tym, że jej dziecko, mimo że o tyle młodsze, jest bardziej inteligentne. Opowiadała jak jej koleżanki zawsze chwalą mnie w pracy, jaka jestem zdolna, grzeczna i kochana. Taka miła i pomocna, a ona tego nie doceniała. Przez cały ten czas błagała o wybaczenie i wiem, że czekała aż powiem, że ją kocham i wybaczam.
Nie mogłam, nie powiedziałam nic. Nie wiem co mam zrobić, boję się niedługo znowu wszystko wróci do poprzedniego stanu.
Dla osób, które na pewno zapytają gdzie w tym ojciec: za granicą, kiedy rozmawiał z dorosłą kobietą oraz z dziewczynką, a potem nastolatką, oczywiste było, że wierzył swojej żonie, która przecież jest dorosła. Myślał, że wszystkie te awantury to moja wina (nastoletni bunt czy coś).
Jedynym powodem, dla którego chodzę do pracy z przyjemnością jest bananowe mydło w łazience.
Chcę podzielić się z Wami sytuacją z mojego życia. Strasznie mnie ona irytuje, więc chętnie poczytam Wasze komentarze co o tym myślicie.
Jesteśmy z narzeczonym ze sobą dość długo, kilka lat. Za 2 lata planujemy wziąć ślub.... i zaczęłam dość mocno zastanawiać się, czy tego faktycznie chcę. Mieszkamy razem, nie mamy dzieci, jesteśmy osobami niezależnymi finansowo, ogólnie dogadujemy się, jest dobrze.
Jestem od trzech miesięcy na półrocznym zwolnieniu lekarskim. I mam dość. Oboje nie zarabiamy źle, aczkolwiek mój narzeczony zarabia więcej. Nie mamy wspólnego budżetu, każdy ma swoje konto, korzysta ze swoich pieniędzy. Wspólnie składamy się na mieszkanie, jedzenie itp. Partner zarabia więcej, to więcej może zaoszczędzić w danym miesiącu i tak też odkłada sobie jakąś część z pensji. Moja pensja pozwala naprawdę na minimalne oszczędności.
Ogólnie partner to typ takiego dusigrosza. Gdy idzie sam na zakupy, kupuje wtedy najtańsze produkty.
Ale do rzeczy...
Odkąd jestem na zwolnieniu zaczęłam dostrzegać, że to ja zajmuję się całym domem. Zaczęło mi to przeszkadzać, że sama przygotowuję obiad, sprzątam po nim, sprzątam całe mieszkanie, robię pranie. Podjęłam się próby porozmawiania na ten temat, nawet kilkukrotnie. Ciągle jest to samo wytłumaczenie - bo jesteś w domu i masz więcej czasu na to, a ja muszę zarabiać. Tylko że sytuacja była identyczna przed pójściem na zwolnienie.
Nie wiem... może gdybyśmy tworzyli wspólny budżet, to miałabym do tego inne podejście? Bo jak chodzi o finanse, to niezależni, a w przypadku mieszkania, to ty masz więcej czasu. Sytuacja ta powoduje, że zniechęca mnie wspólne życie. U mnie w rodzinie nie było takiego podziału, wszystko było wspólne. Rodzice pomagali sobie, również w kwestiach sprzątania. To jest dla mnie nowość, ciężko mi to zaakceptować.
Od jakiegoś czasu, mam wielką obsesję na punkcie majonezu. Potrafię kupić z dwa słoiki dziennie i jeść łyżeczką. Jak jestem w pracy, to myślę tylko o tym, że jak wrócę do domu to otworze kolejny słoik ze smakiem. Czy to chore?
Jestem tak leniwa, że czasem przejeżdżam krzesłem biurowym do innego pokoju, odpychając się od ścian i mebli, bo nie chce mi się z niego wstawać po to by za chwilę usiąść z powrotem.
O pijaku i demonie :)
W każde wakacje moja mama dorabiała jako wychowawca na kolonii.
Lato, jakieś 20 lat temu.
Ośrodek na zadupiu. Jeden sklep, ze 2 latarnie, kilkaset krów i nic więcej. Trzeba było dzieciakom jakoś czas zorganizować.
Tak wyszło, że wychowawczynie od kierownika ośrodka dostały wielką torbę cukierków dla dzieciaków. Wymyśliły więc zabawę w Króla Lasu.
Późnym wieczorem dwie wychowawczynie przebrały się w prześcieradła, liście i co tam było, a dzieciaki z innymi wychowawcami miały szukać Króla po znakach. Nagroda - cukierki.
Mama i druga wychowawczyni skitrały się pod miejscowym cmentarzem. Były tam dość gęste zarośla i jedna z owych dwóch latarni.
Czas się dłużył. Wyszły więc tak przebrane z krzaków i korzystając ze światła próbowały wyłowić z torby cytrynowe landrynki.
Szedł drogą miejscowy pijak, mąż jednej kucharki z hotelu. Nawalony jak szpadel, zataczał się w stronę domu. Teraz wyobraźcie sobie CO zobaczył przy cmentarzu.
Wytrzeźwiał w jednej chwili i uciekł z wrzaskiem.
Dzień następny, śniadanie. Podchodzi do mojej mamy kucharka z podziękowaniami. Jej mąż wrócił do domu, włosy stały mu dęba na głowie, trzęsąc się opowiedział, że demony po niego przyszły. Przysiągł, że nie tknie już wódki. Kucharka oczywiście się domyśliła prawdy, ale nic nie powiedziała.
5 lat później mama dostała od niej list. Naprawdę przestał pić :D
Stoję przed wyzwaniem wyrwania wszystkich zębów i założenia całościowej protezy, by móc pierwszy raz od wielu lat uśmiechnąć się szeroko, zareagować odruchowo, tak bez myślenia.
Dziewczyna, 22 lata.
Teraz jestem na studiach, mam narzeczonego i prowadzę spokojne życie. Jednak jak byłam młoda (ok. 15 lat), to byłam głupia. Po zerwaniu z chłopakiem czułam pustkę i wyładowywałam się przez pisanie z różnymi facetami w Internecie. Zaczęło się od mojego znajomego – później swego rodzaju „friend with benefits” – pisanie na popularnym wówczas gg o różnych sprośnych rzeczach. Później z anonimowego konta zaczęłam tak pisać z losowymi facetami. Nie obchodziło mnie, kto jest po drugiej stronie, ważne żeby miał dobrą fantazję i ciekawie się rozmawiało. Nigdy do niczego nie doszło, z żadnym nie chciałam się spotkać ani nic.
Byłam do tego pisania tak przyzwyczajona, że nie zdziwiło mnie, gdy ktoś w podobnym stylu napisał do mnie na Skype. Tym razem na prywatne konto z moim imieniem, nazwiskiem itp. (nie, nie zwróciło to mojej uwagi - tak jak powiedziałam, byłam młoda i głupia). Pisałam z nim jak z każdym innym, ale poprosił o konwersację wideo. Nie wiem czemu, ale się zgodziłam, akurat byłam sama w domu. Nie pokazywałam swojej twarzy, on też nie. Zaczęłam na jego prośbę się rozbierać, wyginać, różne dziwne rzeczy, a on robił sobie w tym czasie dobrze. Nie chciałam go widzieć na kamerce – był obleśnym grubasem, a myśl o tym, co robi, przyprawiała mnie o mdłości. Ale ja robiłam to, o co prosił – oczywiście do pewnego poziomu, na który sama sobie pozwalałam.
Tego dnia zakończyliśmy rozmowę, a ja zdałam sobie sprawę, jaką głupotę zrobiłam i że nie chcę nigdy więcej tego robić. Ale to nie był koniec. Napisał do mnie kilka dni później i chciał powtórki. Kiedy się nie zgodziłam, zaczął mnie szantażować moimi nagimi zdjęciami. Okazało się, że robił screeny podczas rozmowy. Znał z profilu moje dane, a mam dość mało popularne nazwisko, więc odnalezienie mnie i moich znajomych nie byłoby takie trudne. Zgodziłam się na kolejny raz pod warunkiem, że usunie na moich oczach te zdjęcia i więcej nie będzie się do mnie odzywał (wiem, że mógł mieć kopie, ale w tamtej chwili to było najlepsze, co przyszło mi do głowy). Czułam się wtedy strasznie upokorzona i nie sprawiało mi to żadnej przyjemności. Mówił mi co mam robić przed kamerką i stopniowo usuwał zdjęcia, oczywiście najbardziej pikantne zostawiając na koniec, żebym przypadkiem się nie rozmyśliła w trakcie.
Na moje szczęście ten oblech umiał chociaż dotrzymać słowa – zdjęcia nie wypłynęły, a on nigdy więcej nie napisał. Później wpadłam na 100 innych rozwiązań, które nie wymagały robienia tego ponownie, ale było już za późno. Nie zgłosiłam tego nigdzie ani nie powiedziałam nikomu. Musiałabym się wtedy przyznać do tego, co sama robiłam i że najpierw z własnej woli się zgodziłam, a w rodzinie i wśród znajomych miałam opinię grzecznej dziewczynki i nie chciałam tego zburzyć. Wolałam o tym zapomnieć.
Dodaj anonimowe wyznanie