Jako dziecko i nastolatka byłam bardzo brzydka. Docinki i wyśmiewanie były dla mnie na porządku dziennym. Niektóre teksty były naprawdę okrutne (kiedyś usłyszałam za plecami, że jestem "odrażająca", nazywano mnie "końską mordą", "czarownicą" itp.). Ogólnie dużo było tych różnych określeń, które w ciągu swojego życia usłyszałam na temat swojej powierzchowności, co mocno odbiło się na mojej samoocenie i ogólnie psychice. Po dwudziestce postanowiłam, że nie mogę tak dalej żyć, że nie dam rady się zaakceptować taka jaka jestem, mimo że próbowałam i zrobiłam operację plastyczną. Pomogło mi to bardzo jeżeli chodzi o ogólny wygląd twarzy, w międzyczasie zmieniła się też moja figura, urósł mi dość znaczny biust itp.
Generalnie moja sytuacja zmieniła się diametralnie, ale nie chodzi teraz o to. Chodzi mi o to, że przez lata moja rodzina lekceważyła mój problem. Mam ogromny żal do rodziców, że mnie nie posłuchali, że uznali mój problem za wymysł, podczas gdy ja marzyłam o tym, żeby być niewidzialną. Ludzie ładni albo chociaż przeciętni nie mają pojęcia jak to jest być tak brzydkim, że obce dzieci pokazują cię palcami i się śmieją, kiedyś jak stałam w kapturze, to podszedł do mnie żul i zapytał "czy ma pan papierosa?". Czułam się jakbym była niepełnosprawna. Miałam wrażenie, że ludzie przez mój wygląd nie traktują mnie poważnie. Jest ogromna przepaść między tym jak traktuje się ludzi brzydkich, a jak ładnych, ale to trzeba by było być po dwóch stronach, żeby to zrozumieć.
Miałam wujka, który zawsze był dobry dla rodziny. Wspierał finansowo rodzinę, obdarowywał prezentami z zagranicy (pracował w Niemczech). Kiedy miałam jakoś 11-12 lat, zaczął rosnąć mi biust. Wujkowi zdarzało się rzucić komentarz "a co to za guziczki ci rosną" i chwytał/szczypał w tamtej okolicy. Robił to zawsze w obecności pozostałych członków rodziny, którzy tylko śmiali się i nie zwracali uwagi.
Taka pierdoła, ale teraz, po latach, czuję dziwną niechęć do wuja. Nie przyjmuję od niego prezentów ani pieniędzy, a na "pocałuj wujka na do widzenia", nie potrafię się poruszyć. Ostatnio praktycznie bez powodu wyciągnął rękę, żeby złapać mnie za kostkę.
Głupio mi, bo niby nic się nie wydarzyło, a źle się z tym czuję.
Krótka historia o tym, jak wpędzić dziecko w kompleksy i narazić na zaburzenia odżywiania.
Od dziecka słyszałam, że jestem gruba. Nie bezpośredni, ale rodzice często w "żartach" wspominali, że mam duży tyłek albo oponkę na brzuchu. Ja oczywiście w to wszystko wierzyłam, bo byłam mała. Czasami gdy przychodziła dalsza rodzina mówili mi, że jestem drobna, ale oczywiście rodzice automatycznie odbijali piłeczkę żartem w stylu "jaka drobna? patrz jaką ma dużą pupę".
Moja mama często wspominała, że chuda to jest moja koleżanka Monika. I od tamtej pory wzięłam ją sobie za wzór. Niestety nie wiedziałam, że Monika ma niedowagę i od przedszkola do gimnazjum zadręczałam się myślą, że nie mogę być tak "idealna" jak ona. Najgorzej było w okresie podstawówki. Często nie jadłam drugiego śniadania w szkole. W domu żywiłam się samymi zupami, sałatkami, jajkami i kanapkami z warzywami. Za każdym razem gdy chciano, bym zjadła mięso, robiłam awanturę, uciekałam do ogrodu albo płakałam.
Ostatnio znalazłam zdjęcia z tamtego okresu. Okazało się, że nigdy nie byłam gruba. Na zdjęciach z podstawówki wyglądam wręcz na zbyt chudą. Przy 165 cm wzrostu ważyłam wtedy 42 kg. Jedyne co zauważyłam to fakt, że w tym okresie miałam trochę szersze biodra niż koleżanki. Na szczęście u mnie obyło się bez psychologów i terapii. Mam prawidłową wagę i wiem, że nie jestem gruba. Ale niestety wiele dzieciaków nie wychodzi z tego tak ławo i to często, choć nie zawsze, jest winą rodziców.
Poszłam z moimi znajomymi na domówkę. Pojawił się tam nieznany mi dotąd osobnik płci męskiej, który to później okazał się Mateuszem. Mateusz przyszedł sam, na każdą dziewczynę patrzył z góry na dół i komentował, co powinna zrobić, by jego zdaniem lepiej wyglądać - ogólnie typ nie za bardzo przypadł mi do gustu. Zaczął opowiadać, jak to siłownia nie jest jego drugim domem, że nie rozumie tego, jak kobieta może być gruba. Jego zdaniem grubym może być tylko mężczyzna. No i najgorszą rzeczą, jaką kiedykolwiek widział, były rozstępy i cellulit na ciele kobiety. Dodatkowo opowiadał, że od 5 lat pracuje na stacji benzynowej, ale już niedługo będzie trenerem personalnym. Ale najpierw musi się nauczyć, by nie opuszczać "dnia nóg". I będzie pomagał tylko osobom szczupłym, bo grube osoby, czyli grube kobiety, nie powinny mieć wstępu na siłownię.
I wszystko byłoby w miarę fajnie, gdyby nie to, że załoga zaczęła wywijać na parkiecie. Kolega stwierdził, że jeżeli Mateusz przyszedł sam i ja przyszłam sama, to powinniśmy razem potańczyć. No...
Rozumiem, że mogę komuś nie przypaść do gustu, ale sposób, w jaki wyraził to Mateusz było szczytem chamstwa.
Spojrzał się mi w oczy i zaczął się śmiać. Że on do takiego paszteta ma startować? Że nigdy w życiu by mnie nie tknął! Że kolega powinien go przeprosić za takie oszczerstwa! Powiedział też, że ryja nie mam złego, ale nigdy nie zwróciłby na mnie uwagi, przez to, że JAK SIEDZĘ, TO MAM FAŁDĘ NA BRZUCHU.
Ja pieprzę, co za typ.
Na dodatek część towarzystwa, oczywiście babskiego, chwaliła go za publiczne poniżanie mojej osoby i same zaczęły się ze mnie śmiać, że nie jestem fit, bo mam fałdę na brzuchu. Serio?
Wkurzyłam się. Ale stwierdziłam, że na spokojnie to załatwię.
Mateuszowi powiedziałam, że on też nie jest w moim typie, bo zbyt często zapomina o "dniu nóg", dniu używania mózgu i zarabiam z 5 razy więcej niż on. Nie chciałabym utrzymywać takiego prostaka i pasożyta.
Omatkobosko! Komitet Obrony Mateusza rzucił się wręcz na mnie! Że uważam się za lepszą, bo więcej zarabiam! Patrzę na każdego z góry, bo zarabiam sporo jak na swój wiek! Pieniądze to nie wszystko!
Wkurzona opuściłam towarzystwo. Ale co z tego, jeżeli w pracy i wśród innych znajomych poszła opinia, że uważam się za lepszą od innych, bo zarabiam więcej.
Jak widać, krytykować można tylko kobiety, które nie znają swoje wartości.
Kilka dni temu podczas golenia wyczułam niewielki guzek w okolicach warg sromowych. Serce mi stanęło, bo jestem w grupie ryzyka zachorowań na nowotwory. I choć w głowie miałam już najgorszy scenariusz, po małym ataku paniki uznałam, że przez parę dni poobserwuję guzek i jeśli nic się nie będzie zmieniać, umówię do lekarza.
Nawet nie wiecie jaka byłam szczęśliwa dziś rano, gdy ten guzek okazał się największym, najobrzydliwszym pryszczem, jakiego kiedykolwiek miałam. Serio nigdy nie cieszyłam się tak z pryszcza.
Nie cierpię swojej teściowej i teścia. W sumie nic w tym anonimowego, ale mnie ta nienawiść zżera od środka i niszczy. Tak, tak, jestem ofiarą swojej własnej "złej energii". Nie umiem ich polubić, bo kiedyś bardzo mnie krzywdzili swoim zachowaniem. Kisnę wewnętrznie, gdy chcą odwiedzić nas i bawić się z moją córką. Niby mnie przeprosili, mąż mówi, by nie chować urazy dla dobra rodziny, ale ja nie umiem. Wychodzę z domu, gdy oni przyjeżdżają, gdy teściowa składa niezapowiedziane wizyty a męża nie ma, to udaję, że dom jest pusty i po prostu jej nie wpuszczam. Męczę się dwa razy do roku podczas urodzin córki i męża, bo jak to by było, by ich nie zaprosić? Błagałam męża o wyjazd w tym czasie, by nie musieć spotykać się z nikim, ale on chce urodziny spędzić rodzinnie - on, ja, córka, jego rodzice, moi rodzice, wszystkie babki i dziadkowie oraz nasze rodzeństwo. Mówi, bym nie przesadzała, a ja naprawdę nie umiem wybaczyć kilku lat upokorzeń i jawnej niechęci z ich strony, która wygasła tylko przez to, że mają wyczekaną wnuczkę.
Najgorsze jest to, że mimo że nic złego o nich nie mówię, to córka chyba wyczuwa moja postawę i ją przejmuje. Jest wycofana w kontaktach z nimi, a ja... Ja mam ogromną radość z tego, chociaż nigdy nie przyznam się do tego mężowi.
Jestem mężatką od 15 lat, w sumie jesteśmy razem niemalże 20. Prawie wszyscy znajomi oraz rodzina żyją w przekonaniu, że jestem bezpłodna i dlatego nie mamy dzieci.
Prawda jest jednak taka, że po prostu ich nie chcemy. Dobijamy 40. i nigdy żadne z nas nie chciało mieć dziecka, pod tym względem się dobrze dobraliśmy. Nasi bliscy jednak tego nigdy nie rozumieli - w końcu jednak, znudzeni i wkurzeni odpieraniem zarzutów typu "odmieni wam się, kiedyś będziecie tego żałować" itp. oznajmiliśmy smutnym tonem wszystkim wszem i wobec, że jestem bezpłodna, a dzieci adoptowanych nie bylibyśmy w stanie pokochać (to drugie, o ironio, większość ludzi jest w stanie bardzo szybko zaakceptować!).
Trochę boli mnie, że musimy się posiłkować tym kłamstwem, szczególnie względem naszych rodziców, ale ciągle awantury o brak wnuków i zarzuty, że jesteśmy bez serca i umrzemy samotni, naprawdę dały nam w kość.
Zaczęło się od tego, gdy wyprowadziłam się z domu do kawalerki. Miałam wówczas 21 lat i mieszkałam sama, nawet bez zwierząt.
Pamiętam, że była to jedna z pierwszych nocy w nowym mieszkaniu. Położyłam się do łóżka, przysypiałam już, gdy nagle poczułam jakby ktoś ciągnął mnie za nogi. Spanikowana od razu wstałam, ale nikogo tam oczywiście nie było. Kolejnym razem, ponownie przed spaniem, byłam pewna, że ktoś stoi w mojej łazience i woła mnie, żebym przyszła. Sprawdziłam to, łazienka pusta. Gdy zaczęły dziać się te dziwne rzeczy, chodziłam ciągle poddenerwowana, spałam przy zapalonym świetle i coraz rzadziej przebywałam w domu na noc. Jednak to nie pomagało, te dziwne sytuacje wręcz się nasiliły. Ciągle słyszałam pukanie w drzwi oraz głosy, które wydawały się jakby wydobywały się z szafy lub innych mebli. Treść też była dziwna, usłyszałam proszenie, abym zajrzała do szafy, a gdy podeszłam, wydobyło się z niej głośne "nie zbliżaj się!". Byłam strasznie wykończona, przestraszona, myślałam, że albo coś mnie nawiedza, albo tracę zmysły. Szczególnie że coraz częściej zaczęłam również widzieć dziwne rzeczy. Przykładowo siedziałam w salonie, drzwi od łazienki były uchylone i w momencie, gdy odwracałam się w stronę okna, kątem oka zdążyłam zarejestrować rękę wystającą z łazienki, która do mnie macha. Do tego nasilały się też głosy. Potrafiłam spanikowana wybiec z mieszkania, gdy usłyszałam paraliżujący głos, mówiący, że "pora zabić kogoś nieczystego".
I jeśli liczyliście na jakieś paranormalne podsumowanie, to niestety was rozczaruję. Gdy psychicznie nie dawałam już rady, powiedziałam o wszystkim siostrze. Ta tego samego dnia zabrała mnie do psychiatry. Diagnoza? Schizofrenia paranoidalna, ciężki przypadek. Lekarz powiedział mi, że choroba mogła być wyciszona i uaktywnić się dopiero przy stresie albo nagłych zmianach w życiu (wyprowadzka). A wyciszona dlatego, że w mojej rodzinie jest kilka osób z tą chorobą i po prostu odziedziczyłam skłonności do niej. Co do dalszego przebiegu historii - trafiłam od razu do szpitala psychiatrycznego, tam spędziłam miesiąc. Dobrano mi odpowiednie leki i po prostu poczułam się lepiej. Teraz mogę normalnie funkcjonować, choć czasem choroba daje o sobie znać, szczególnie gdy mam dużo stresu czy zmartwień albo się bardzo denerwuję.
W pewnym okresie mojego życia długo szukałem pracy i zawsze słyszałem to słynne "na pewno do pana oddzwonimy....". Dwa kierunki studiów, roczny staż za granicą, 2 lata pracy w Polsce, kursy... Oczywiście praca na kasie w markecie mnie nie interesowała, jestem ambitny i chciałem znaleźć coś zgodnego z moim wykształceniem i doświadczeniem.
Każdy chyba wie jakie mamy realia: pracodawcy twierdzą, że praca jest, tylko pracowników brak. Ja natomiast zauważyłem, że najchętniej zatrudnialiby za najniższą krajową, umowę zlecenie i jeszcze studentów, żeby nie musieć płacić składek.
Po kolejnej rozmowie, gdzie zapewniano mnie, że szukają kogoś takiego jak ja, że oddzwonią i nie oddzwonili, postanowiłem zmienić taktykę. Postanowiłem, że teraz to ja będę robił rekrutację.
Wyglądało to mniej więcej tak: gdy podczas rozmowy okazywało się, że znowu jestem traktowany niepoważnie (nagle okazywało się, że muszę być na samozatrudnieniu, że praca jest w mieście oddalonym 142 km od miejsca podanego w ogłoszeniu albo zaproponowano mi 3-miesięczny bezpłatny okres próbny), robiłem poważną minę, stwierdzałem, że "nie do końca spełniają państwo moje oczekiwania", że "mam jeszcze dziś kilka rozmów z innymi firmami" i że "jeśli zostaną państwo wybrani i przejdą do kolejnego etapu rekrutacji, na pewno się z państwem skontaktuję".
Wiem - brzmi głupio, może niejeden z Was pomyśli "Idiota", ale miny osób, z którymi rozmawiałem - bezcenne... :) Znajmy swoją wartość i traktujmy się poważnie.
PS Po około 2 miesiącach znalazłem pracę.
Nie jestem pięknością, z czego zdaję sobie sprawę i niestety nie wzbudzam pożądania wśród płci przeciwnej. Mam sporo atrakcyjnych koleżanek, którym zazdrościłam tego, że wzbudzają zainteresowanie wśród mężczyzn. Często słyszałam, jak chwaliły się ile to razy ktoś na nie zagwizdał lub zatrąbił, ile to razy jakiś facet się do nich uśmiechnął i rzucił przelotne spojrzenie. Chciałam kiedyś tego doświadczyć. I tu przechodzimy do właściwej historii.
Byłam w kościele na mszy, a dwie ławki przede mną siedział chłopak, który co chwila na mnie spoglądał, wyraźnie mu się spodobałam. Nie powiem, bardzo się ucieszyłam i siedziałam cała w skowronkach, wyobrażając sobie, że podejdzie do mnie po mszy i zagada. I rzeczywiście podszedł, ale nie sam... Była z nim jego mama, która przeprosiła mnie, że jej niepełnosprawny syn cały czas na mnie patrzył, ale mam na sobie żółtą koszulkę, a on bardzo lubi żółty kolor.
Dodaj anonimowe wyznanie