Znajomy pracuje jako lekarz. Zawsze jest miły dla wszystkich swoich pacjentów, nawet ekstremalnie upierdliwych, mających tysiąc argumentów z Internetu, że mają taką, a nie inną chorobę itd.
Ostatnio wyznał mi, że czasami jest na granicy, gdzie wystarczy chwila, a mógłby zacząć przeklinać przy takich pacjentach. Podczas takich momentów chowa rękę pod swój stół i pokazując faka do pacjenta pod spodem uspokaja się i dalej może być tym miłym doktorem.
Mieszkam w niewielkim mieście. Mam nudną pracę w biurze, jestem sama i na finanse nie narzekam. Na co dzień i do pracy prawie się nie maluję, pomadka i tusz do rzęs w zupełności mi starczają. Nie wyróżniam się z tłumu.
Do czasu...
Nikt nie wie, że dwa weekendy w miesiącu spędzam w dużym mieście, około 80 km od domu. Wkładam wyzywające ubrania, wysokie szpilki, robię mocny makijaż i zaczynam rundkę po klubach. Każdy weekend spędzam z kimś innym, z kimś, kto zawsze spełnia moje najskrytsze fantazje.
Dla takich weekendów żyję.
Od jakiegoś czasu praktycznie wszystkie moje koleżanki mają partnerów i nie ukrywam, że trochę im tego zazdroszczę. Dlatego postanowiłam wymyślić sobie chłopaka...
Nagle zaczęłam być bardziej dostrzegana, proszą mnie nawet o rady dotyczące związku. Nie ukrywam, że bardzo mi się to podoba, gdy mogę im poopowiadać o moim wybranku, a przecież jest idealny, bo wymyślony.
Nawet nie wiecie jaką satysfakcję dają mi ich zazdrosne miny. Jestem tylko ciekawa, jak długo uda mi się to ciągnąć.
To wyznanie będzie może po pierwsze głupie, a po drugie bardzo uświadamiające, że osoby niepełnosprawne też mają potrzeby seksualne.
Od 16 lat jestem przykuty do wózka z powodu strasznej choroby (rdzeniowy zanik mięśni). Jak możecie się domyśleć, wchodzę teraz w okres, gdzie potrzeby seksualne są bardzo wysokie i trzeba je jakoś zaspokajać. Niestety w moim przypadku jest to niemożliwe z powodu choroby, ale jednak udało mi się podczas kąpieli. Przez przypadek tak jakoś się ułożyłem w wannie, gdy byłem sam w łazience, że gdy dałem rękę trochę niżej brzucha, to udało mi się prawie objąć swoje przyrodzenie. Wiem, że w tym momencie pomyślicie, że co was to obchodzi, ale dla mnie to bardzo wiele znaczy, bardzo wiele, ponieważ w przypadku mojego schorzenia takie osiągnięcie to jest cud. Radość ogromna!
Mój brat, lat 21, pobił i zgwałcił dziewczynę. W całej sprawie nie było niczego, co mogłoby go usprawiedliwić, bo było dwóch świadków, którzy całe zajście widzieli i to oni wezwali pomoc. Dla sprecyzowania, brat wracał pijany i naćpany z jakiejś imprezy, około godziny 23 i przechodził przez ogródki działkowe, gdzie z jednej działki w tym czasie wyszła kobieta, która była jej właścicielką i kierowała się w stronę wyjścia. Dla brata była to wielka okazja, bo jak zeznał, już na imprezie czuł, że bardzo chciałby odbyć stosunek seksualny. Więc po prostu rzucił się na kobietę, ogłuszył, zgwałcił, a gdy ta się broniła, bił ją. Widziała to kobieta przebywająca na jednej z działek obok i starszy pan, który przechodził niedaleko. Obydwoje w tym samym czasie wezwali policję. Brat został zatrzymany.
A teraz przenieśmy się już na rozprawę, gdzie straciłam najbliższą mi rodzinę.
To, że brat jest winny było pewne, został skazany. Nie pomogła w tym nawet "najlepsza obrona, jaką można by sobie było wymarzyć". Czyli moi rodzice. W sądzie bronili brata, próbowali zasugerować, że ta dziewczyna go sprowokowała albo że wręcz sama chciała. Jednak gwoździem do trumny była wypowiedź mojego ojca: "To jest nie do pomyślenia, żeby karać człowieka za to, że odbył stosunek z kimś, nawet jeśli ta druga osoba nie była za bardzo chętna! Mój syn jest dobrym człowiekiem! Jak ta pani nie chciała stosunku, to mogła nie wychodzić z działki!". To są dokładne słowa mojego ojca, tak, ten bełkot.
Po tym wszystkim straciłam na zawsze brata, ale i rodziców. Nie wiem jakim trzeba być potworem, aby zgwałcić i pobić bezbronną kobietę. Zapewne takim samym jak osoby, które bronią oprawcy i przerzucają winę na ofiarę, bo według nich to nic złego, że sobie "skorzystał". Moich rodziców można usprawiedliwiać, że to prości ludzie ze wsi, ale mnie już nic nie przekona. Dzień rozprawy był ostatnim dniem, w którym się zobaczyliśmy. Na całe szczęście mieszkam tak daleko, że już nigdy nie będę musiała ich widzieć.
Mam bardzo rozległą rodzinę.
Relacje rodzinne u nas działają praktycznie jak na zasadzie mafii - jest jeden lokalny "guru", który o wszystkim decyduje i rządzi, a reszta nędznych robaczków ma go słuchać.
W naszym "rejonie" pieczę nad rodziną sprawuje (oryginalne określenie używane przez mą familię) ciotka. Baba tak stara, że wisi piątaka Mojżeszowi, ze Stalinem osobiście się spotkała (naprawdę) dzieckiem będąc i tak samo wredna oraz bezczelna, jak i bogata.
Młodsza część rodziny żartuje sobie, że kasę zdobyła na przekrętach, starsza w ogóle nie żartuje, bo "starszych trzeba szanować", a każdy na dwóch łapkach słucha tej wiedźmy.
Ciotka ma pierwsze słowo w sprawie wyboru szkoły i drogi kariery młodego potomka, akceptuje bądź odrzuca kandydatki na narzeczone oraz zarządza kto i kiedy może przyjechać na zjazd rodzinny, który się odbywa co roku w miasteczku, które kiedyś nasza rodzina posiadała, a nawet "załatwia" po znajomości pracę dla członków rodziny.
Warunki to bycie wiernym pieskiem na usługach szanownej familii i utrata własnego zdania.
Byłem pierwszym, który się zbuntował.
Sam (o zgrozo!) wybrałem sobie uczelnię, sam wybrałem kobietę, która według mojej ciotuni jest brzydka i biedna, bo nawet jej na zmianę samochodu co 5 lat nie stać.
Zapraszałem rodzinę i znajomych na ślub. Jej mimo napominań różnych członków nie. Kiedy babsko zdało sobie sprawę co robię, zaraz po tym, jak jej "uprzejmie donieśli" życzliwi rodzice, wpadło w szał i zadzwoniło do mnie bezpośrednio.
Stwierdziła, że mam "OSTATNIĄ SZANSĘ" aby rozstać się z kobietą mego życia i "anulować tę szopkę" albo ona "nakłada embargo" na mnie i zabroni nawet moim rodzicom się do mnie odzywać. Oczywiście wyśmiałem i liczyłem na fajny ślub. A tu...
...a tu ani jednego gościa z mojej rodziny. Jedynie znajomi oraz znajomi i rodzina mojej żony. Rodzice przyszli tylko do kościoła, wręczyli kwiaty i prezent w zakrystii i stwierdzili "że jakby co, to nas tu nie było".
Babsko zniszczyło mi ślub i wesele.
Dlaczego anonimowe, a nie piekielni?
Bo po ślubie wpadłem w szał, zrobiłem anonimowe donosy do ZUS, US i CBA, w których naskrobałem wszystko, czego przez lata się dowiedziałem o machlojkach ciotki i całej jej bandy wiernych sługusów.
Rodziny nie mam, zatem nie mam też nic do stracenia. Zobaczymy, co będzie dalej, ale samo to sprawiło, że poczułem się lepiej.
W szkole byłam dręczona przez inne dzieciaki na tyle, że w dorosłym życiu nie dawałam rady sama. Normalne były akcje ściągania ubrań i robienie mi zdjęć. A po zgłoszeniu tego rodzicom szturchnięcia, popychanie i zeszyty oprawione napisami "kapuś, konfident, szmata".
W końcu zdecydowałam się na wizytę i terapię u psychologa.
Na jedynej wizycie okazało się, że specjalistą jest jeden z dawnych dręczycieli.
Wracałam ostatnio po ćmoku od znajomej. Teren wiejski.
Usłyszałam typowo pijackie podśpiewywanie, któremu towarzyszyło skrzypienie wysłużonego roweru. Przestraszyłam się (bo to nie wiadomo, czego się spodziewać po pijanym facecie), wcisnęłam do kieszeni jasnoniebieskiej bluzy telefon z odpaloną latarką i hyc w krzaki, za którymi się skitrałam. Piosenka coraz bliżej, skrzypienie też. W pewnym momencie skrzypienie ustało, a zastąpiły je kroki… Coraz bliżej. W moich oczach już wizja gwałtu, uznałam, że jednak warto spróbować uciekać. Wyskoczyłam więc zza tych krzaków, telefon wypadł mi z kieszeni i oświetlił moją postać…
Tak przeraźliwego wrzasku jeszcze nigdy nie słyszałam. Facet odbiegł, zostawiając nawet swój rower.
Tydzień później. Festyn gminny. Sąsiad zaczyna opowieść:
„Pewnie mi nie uwierzycie, ale ja widziałem ostatnio Matkę Boską! Wracam trochę podpity, nie przeczę, od Grzecha, zachciało mi się lać, no to stanąłem tam przy tych krzaczorach na krzyżówce, kojarzycie. A tu nagle zza tych chaszczy Matka Boska! Taka rozświetlona! Z Dzieciątkiem na ręku!”.
Nie uświadomiłam go, chociaż w duszy zwijałam się ze śmiechu. Zastanawia mnie tylko, skąd on to Dzieciątko wziął…
Jestem osobą niepełnosprawną. W wyniku wypadku straciłam oko, które zastępuje proteza. Miałam wtedy 15 lat. Od tamtego czasu nie ma nikogo, kto zainteresował się mną. Wyglądam dość normalnie, nie przerażam wyglądem. Uważam nawet, że jestem dość atrakcyjną, już 34-letnią kobietą. Mam znajomych, dobrych przyjaciół mężczyzn, którzy twierdzą, że ta niepełnosprawność nie ma znaczenia, że jestem super babką. I co tego, skoro faceci uciekają ode mnie jak od zarazy? A to tylko oko, oko, przez które będę sama do końca życia.
Wiem, że dramatyzuję, ale to bardzo dla mnie przykre. Młodsza już nie będę, a powiedzenie, że każda zmora znajdzie swojego amatora bądź że trzeba przestać szukać, żeby znaleźć, to naprawdę puste frazesy. Spytacie, czy próbowałam na portalach randkowych? Owszem. Po pierwszej randce uciekają gdzie pieprz rośnie. I to tyle.
Każda osoba z mojego bliskiego otoczenia żyje w przekonaniu, że jestem zagorzałym fanem zespołów pokroju AC/DC czy Black Sabbath. Wynika to z faktu, że kiedy byłem młodszy, dużo czytałem o tych bardziej lub mniej znanych zespołach oraz ich członkach i w momencie, w którym przechadzałem się korytarzami wszystkich swoich szkół, ubrany w koszulki czy bluzy owych zespołów, zawsze potrafiłem odpowiedzieć na te nawet najbardziej dociekliwe pytania dotyczące muzyki bądź też samych wykonawców.
Sęk w tym, że to mama kupowała mi te ubrania, a kiedy przedzierałem się przez szkolne rejony w słynnych łaszkach, w moich słuchawkach niezmiennie leciała jedna z płyt Sylwii Grzeszczak :D
Dodaj anonimowe wyznanie