Jestem mężatką od dwóch lat. Razem mieszkamy od ponad siedmiu. Kiedy poznałam mojego męża, byłam bardzo szczupłą osobą. Niestety z biegiem lat przybyło mi kilka kilogramów tu i tam. Nie jakoś bardzo drastycznie, ale 10 kg w tyle lat to dla mojego męża zbyt wiele.
Gdy tylko ciut mi przybywało na wadze, starałam się biegać na siłownię, stosować diety itp., ponieważ mój ukochany uwielbia mi robić z tego powodu różne docinki. Obecnie dzień w dzień bez poruszania tematu z mojej strony słyszę, że kocha mnie niezależnie od wagi, że jestem jego kaloryferem, że kocha mnie pomimo tego, że nie mieszczę się w dżinsy sprzed pięciu lat. Codziennie słyszę wracając z pracy do domu "Tu jest siłownia. Dawno cię tu nie było" albo "Ja cię kocham, ale schudnij, bo inni pomyślą, że cię tuczę", a najlepsze "kocham ten tłuszcz, jesteś moim małym tucznikiem".
Szkoda, że nie mam czasu na siłownię, ponieważ codziennie po pracy sprzątam, gotuję, prasuję, wyprowadzam psa; a po tym wszystkim padam na twarz. Szkoda, że nie weźmie pod uwagę faktu, iż wstaję wcześniej od niego, by mu przygotować ciepły posiłek i wsadzić w termos, łącznie z herbatą do pracy, gdyż jemu się nie chce czegoś zwyczajnie odgrzać lub iść do pobliskiej stołówki. Ukochany po pracy jest bardzo zmęczony i jedyne na co go stać to TV i piwo pod kołdrą.
Co w tym anonimowego? Otóż to, że wcale nie zabił mojej pewności siebie i poczucia piękna. Kiedy on prawi morały, ja poprawiam makijaż i w ogóle go nie słucham. Czuję się kobieco i wiem, że innym się podobam. Czuję się o wiele lepiej niż jako szkielet parę lat temu, a z każdego miesiąca na miesiąc coraz bardziej czuję, że dzięki jego podejściu zamiast zmienić siebie, coraz bardziej mam ochotę zmienić stan cywilny.
Każdy z nas popełniał błędy w młodości.
Miałam ciężkie dzieciństwo, rodzice byli biedni, więc nie było nas stać na markowe ubrania, telefony, buty, wycieczki klasowe, wiązało się to z brakiem akceptacji przez rówieśników. W liceum byłam wycofana, nie miałam wielu znajomych, ale miałam chłopaka. Myślałam, że będziemy już zawsze razem, wydawał mi się idealny, tworzyliśmy wizję wspólnego życia, jednak z perspektywy czasu wiem, jak głupia byłam. Był ode mnie kilkanaście lat starszy, jednak nie paliły mu się rączki do pracy, do nauki również był ostatni. Po co ten wstęp? Otóż teraz właściwa część historii.
Jak już pisałam, pochodzę z biednej rodziny, przez co miałam z tego powodu problemy, chciałam się z tego wyrwać. ON wydawał się być przepustką do lepszego świata, widział we mnie człowieka, nie patrzył na to co mam. Było to dla mnie cudowne, z seksem nie śpieszyliśmy się, ponieważ nie byłam na to gotowa. Rozumiał mnie, mówił, że poczeka. Kiedyś przeglądając internet napotkaliśmy artykuł o młodocianych dziewczynach, które sprzedają swoje dziewictwo za pieniądze. On się tylko uśmiechnął i powiedział, że skoro ludzie są w stanie zapłacić grube tysiące za takie rzeczy, to może warto spróbować? Obiecał mi złote góry, że wyprowadzimy się, zaczniemy nowe życie, cuda na kiju. Generalnie każda normalna osoba kazałaby mu spadać, ale nie zakompleksiona ja.
Wystawiliśmy ogłoszenie, o dziwo serio był spory odzew, faceci byli w stanie zapłacić naprawdę duże pieniądze za bycie "biologicznym mężem" małolaty.
Po jakimś czasie umówiłam się z mężczyzną na spotkanie, pamiętam, że jechałam tam przerażona, ale traktowałam to jako przepustkę do lepszego życia. Przyjechał do mnie na dworzec, coś tam próbowaliśmy rozmawiać. Gdy przyjechaliśmy do niego usiadł i po prostu zaczął się do mnie dobierać, było mi okropnie, ale wiedziałam, ze muszę dać radę, że to dla naszego dobra. Gdy już miało dojść do penetracji, zaczęłam płakać i powiedziałam, że nie chcę. Dzięki Bogu facet zrozumiał i po prostu odwiózł mnie na dworzec; wiadomo, że był wkurzony, ale nie zrobił nic, czego bym nie chciała. Cieszę się, że tak wyszło, miałam więcej szczęścia niż rozumu.
Po powrocie chłopak zapytał mnie, gdzie pieniądze. Powiedziałam mu, że do niczego nie doszło, bo nie dałam rady, wtedy powiedział mi, że jestem beznadziejna i że nawet tego nie potrafię zrobić, po czym uderzył mnie w twarz. Wtedy coś we mnie pękło, wybiegłam z jego mieszkania z płaczem i już wiedziałam, że to koniec, jednak on mi nie odpuścił.
Chciałabym opisać co działo się dalej, jednak bardzo mocno ogranicza mnie limit znaków, jeśli jesteście zainteresowani, dokończę wyznanie w komentarzu.
Historia o tym, jaki ze mnie zjeb i zero…
To było z 15 lat temu, byłem typowym gimbem. Duże miasto, osiedle domków jednorodzinnych na obrzeżach, dzieciaków wtedy było mało i na osiedlu wszyscy się znaliśmy. Miałem paczkę kumpli, w zasadzie starszych ode mnie o kilka lat. Po szkole łaziliśmy po okolicy, siedzieliśmy na ławkach, gadaliśmy, od czasu do czasu jakieś piwko i fajki, nic specjalnego. Jedna z naszych miejscówek to był opuszczony ogródek czy jakiś zaniedbany park, cholera wie co to kiedyś było. Ktoś o to dbał, było całkiem sporo drzew, trawa ścięta, zero krzaków, tylko wszystko wokół zniszczone w trzy dupy. Były tam ławki, jakieś rozwalające się stoliki itp. i na nich siedzieliśmy.
W każdym razie w pewnym momencie zaczęła tam przychodzić jakaś dziewczyna, może była z 1-2 lata młodsza ode mnie. Nie wiem, nie chodziła do naszej szkoły i chyba niedawno się wprowadziła na nasze osiedle. I z tych drzew zrywała owoce, jarzębinę, te farfocle od brzozy, orzechy itd. I jak to gimby, z czasem zaczęliśmy się z niej naśmiewać, że bieda przyszła, będzie kasztany wpierdalać. Ta nic nie mówiła, po prostu odchodziła. I to był jej błąd, bo coraz bardziej zaczęliśmy ja wyzywać, nie przebieraliśmy w słowach i coraz śmielej ją obrażaliśmy. Że gówna spod siebie żre, że jak nam da, to kupimy jej bułkę… Ostatni raz gdy ją widzieliśmy, chłopacy zaczęli ją popychać. W piątkę, dziewczynę o kilka lat młodszą. Ktoś znalazł przy śmietniku spleśniały chleb, który pewnie jakiś dziadek zostawił… wtarliśmy jej to w twarz, we włosy… mówiliśmy, że powinna nam podziękować, bo głodna nie chodzi. Jakaś starsza babka wtedy zareagowała, że zadzwoni po policję, dziewczyna uciekła. To był ostatni raz, kiedy ją widzieliśmy.
Jak mówiłem, to było z 15 lat temu, już o tym zapomniałem.
Kilka tygodni temu, przez przypadek poruszyliśmy ten temat u kumpla, który jak się okazało był jej sąsiadem. Poczułem się wtedy jak chuj warte zero… Co się dowiedziałem, to mnie rzuciło na dno ścierstwa. Ta dziewczyna była ogromną miłośniczką zwierząt. Dokarmiała bezdomne zwierzęta, chore zabierała do weterynarza, z mamą była wolontariuszką w schronisku i sprzątała psie gówna w boksach. Te owoce zbierała dla ptaków na zimę, suszyła i potem karmiła. Jakikolwiek dostała hajs, wszystko wydawała na zwierzęta. W domu miała psa, którego kiedyś znalazła, ktoś mu tak mocno przywalił, że wypłynęło mu oko, miał otwarte złamanie łapy i musiała być amputowana… Oni tego psa przygarnęli i z takim potworem chodzili po osiedlu.
Gdy mi to wszystko opowiadał, czułem się jak dno, jak zwykły kurna banan z bogatego domu. Gdy ja piłem piwko i pierdziałem przed kompem jak półmózgi gimbus, ona robiła coś ważnego. To byłoby jeszcze nic, ale to, że jej tak uprzykrzaliśmy życie...
Nie znam jej imienia ani wieku… Ale jeśli to czytasz, to przepraszam.
Mam problem z moim bratem. Jestem w 2 liceum, on jest ode mnie 3 lata starszy. Każdego dnia zatruwa mi życie. Czuję, że moja psychika coraz bardziej przez to upada.
On mnie po prostu nienawidzi. Za każdym razem, jak się spotkamy w domu, traktuje mnie jak śmiecia, wyzywa, śmieje się ze mnie i co bym nie zrobiła, zawsze się mnie o to czepia i chamsko komentuje. Ta jego nienawiść do mnie trwa odkąd pamiętam. Kiedyś naprawdę się starałam, aby zaczął mnie akceptować i po prostu cały czas starałam się być dla niego miła, pomagać, robiłam wszystko co mi kazał, ale zaczęłam być wtedy wręcz jego służącą. Cokolwiek sobie nie zażyczył, zaraz mu przynosiłam, sprzątałam i się starałam. On i tak mnie nie szanował, więc przestałam się tak zachowywać. Wtedy zrobiło się jeszcze gorzej. Czasem mnie uderzył, opluł.
Teraz jest źle. Na każdym rodzinnym spotkaniu mówi o mnie różne złe rzeczy, wspólni znajomi przestali już być moimi, bo naopowiadał im bzdur. Najlepsze jest to, że wśród rodziny uważany jest za super chłopaka i wcale mnie to nie dziwi, bo czasami wśród zupełnie obcych ludzi, gdy byliśmy razem, był naprawdę zabawny i miły. Męczy mnie to niesamowicie. Jego docinki połączone z jeszcze jednym przykrym wydarzeniem w moim życiu spowodowały u mnie nerwicę. Rodzice uważają, że nie powinnam reagować na jego zachowanie, bo mu po prostu hormony buzują. Czuję się jak śmieć.
Mój mąż odszedł ode mnie rok temu. Nigdy nie winiłam go za to, bo zrobił to na tyle delikatnie i uczciwie, na ile mógł. W naszym małżeństwie nie układało się od dłuższego czasu, terapie małżeńskie, wymuszone randki i ogólne staranie się i tak nie uratowało naszego związku. Pożegnaliśmy się w zgodzie, wyjaśniliśmy wszystko naszym dwóm pociechom, a on odszedł do innej kobiety. Nie miałam mu tego za złe, ale nie chciałam poznawać jego nowej wybranki i wyraźnie zaznaczyłam, że dzieci też powinny mieć z nią póki co ograniczony kontakt.
Niestety, nie posłuchał mnie. Parę razy przywiózł ją do naszego domu, żebyśmy się poznały. Od razu nie przypadła mi do gustu. Była bardzo pyskata, głośna i władcza. Mąż skakał wokół niej jak piesek. Widziałam, jak patrzy na nasz dom, na auta pod garażem, jakby chciała mi to zabrać. Powiedziałam mężowi o moich odczuciach, ale wyśmiał mnie i zarzucił zazdrość.
Dramat jednak się zaczął, kiedy zażądałam od męża alimentów na dzieci. Sama zarabiam dużo i byłabym w stanie utrzymać naszą trójkę, ale przecież on też jest ojcem i powinien płacić za wydatki naszych dzieci, chociaż w jakimś stopniu. Uszczupliło to budżet mojego byłego męża na tyle poważnie, że nie był już w stanie fundować jej zachcianek, a i częste wyjazdy okazały się niemożliwe.
Jego nowa partnerka zaczęła pisać do mnie wiadomości, dzwonić, nękać. Odgrażała się, że zabierze mi i dzieciom dom, że zostanę bez grosza. Pokazałam mężowi SMS-y, a jej numer zablokowałam. Mąż obiecał, że z nią porozmawia i był spokój na jakiś tydzień. Potem, za pośrednictwem portali społecznościowych, oczerniała mnie i dzieci. Nie używała nazwisk, ale każdy, kto znał nas chociaż trochę, wiedział o kim mowa. Pisała, że bez kasy męża nic nie znaczę, że jak ze mną skończy, to będę prostytuować się pod mostem za 5 zł z bezdomnymi. Mąż nie reagował, a policja też rozkładała ręce. Mówili, że nie używa nazwisk, że mam za mało dowodów, że parę SMS-ów nic nie znaczy. Serce mi pękało, bo starsza córka miała już Facebooka i doskonale wiedziała, co ta kobieta wypisuje. Tłumaczyłam jej, że nie powinna tego czytać, że ta kobieta jest chora, ale nie słuchała mnie, a ja nie chciałam jej za to karać.
Pewnego wieczoru córka przeczytała o mnie długi wpis o mojej rzekomej prostytucji, nękaniu i groźbach karalnych pod adresem partnerki męża. Córka wpadła w histerię, nie mogłam jej opanować, dopiero po paru godzinach uspokoiła się na tyle, by pójść spać. Nazajutrz pojechałam do mieszkania męża i tej kobiety, by wyjaśnić wszystko. Na moje zarzuty stwierdzili, że nam odpuszczą... jak nie będę chciała alimentów. Zgodziłam się, teraz jest spokój. Dzieci nie mają ojca, za to mnóstwo traum, ale w końcu mamy spokój. Nie wierzę po prostu, że można komuś chcieć zniszczyć życie za 600 zł miesięcznie.
Mam bujną wyobraźnię. Chyba aż za bardzo.
Szukałem roboty i poszedłem na rozmowę kwalifikacyjną - zaczęło się OK, stres niezbyt duży i czułem, że mam spore szanse. Zaczęto zadawać mi standardowe pytania o moje umiejętności i oczekiwania itp. Wydawało mi się, że idzie mi z tym wszystkim dobrze, ale... nagle mój wzrok padł na blat stołu, za którym siedziałem - był to czarny marmur ze specyficzną teksturą białych, chaotycznych, na chybił trafił układających się "pasemek".
I właśnie w tych pasemkach zobaczyłem - a raczej moja zryta wyobraźnia podpowiedziała mi, że tam jest - twarz. Nie jakąś normalną, ale z otwartymi ustami, zamkniętymi oczami, zastygłą w krzyku i jeszcze taką... nie wiem jak to nazwać, zdeformowaną w ''demoniczny" sposób. Takiego ładunku emocji dawno już nie poczułem.
Wstrząsnęło mną to potwornie - urwałem wypowiedź w pół słowa i od razu poczułem, jak mnie oblewają zimne poty, wydało mi się, że jestem w jakimś koszmarze czy horrorze. Nie mogłem się już skupić na zadawanych pytaniach, w ogóle prawie nie słyszałem co do mnie mówi przesłuchujący, jedyne co to wlepiałem gały w tę krzyczącą mordę w marmurze, miałem wrażenie, że się rusza, że otwarte usta stają się coraz większe i większe.
Rozmowę oczywiście zawaliłem totalnie. Nawet się nie pożegnałem, tylko wyleciałem stamtąd jak poparzony i długo się nie mogłem uspokoić - nawet przekonywanie siebie, że to było przecież jedynie złudzenie, że sam to sobie wmówiłem, dawało mizerny efekt. W końcu w najbliższym sklepie zakupiłem trzy puszki wiadomego napoju i dopiero puściło, na szczęście na rozmowę nie przyjechałem autem.
Puenty nie ma, pracę sobie w końcu znalazłem gdzie indziej, ale co mnie moja własna wyobraźnia wymęczyła, to moje - kilka dni miałem problemy z zaśnięciem, bo jak zamykałem oczy, to ciągle mi się nasuwał widok tej wrzeszczącej twarzy.
Cholerny marmur...
Około roku temu wygrałam w Lotto. Nie jakąś mega niewyobrażalną kwotę, bo „ledwie” 200 tysięcy - sporo, ale nie jakieś miliony. I wiecie co? Wystarczyło, bym musiała się przenieść do innej miejscowości. Poważnie. Wycieczki sąsiadów „a bo może mi odpalisz trochę, na co ci tyle?” niemal dzień w dzień, czasem tych samych kilkukrotnie. Nie mówię o przyjaciołach, nie, po prostu znajomi z widzenia. Oczywiście odmowa kończyła się obrażeniem i obrabianiem tyłka. Po jakimś miesiącu przestało mi się tam chcieć żyć.
Uwielbiam oglądać w internecie filmiki, na których lekarze usuwają woskowinę z uszu. Wprowadzają kamerkę do ucha i widać cały proces czyszczenia. Im ciemniejsza woskowina i trudniejsza w usuwaniu, tym lepiej. Mam swoje ulubione filmiki, przy których dostaję gęsiej skórki, a gdy już się naoglądam, sięgam po patyczek higieniczny i wyobrażam sobie, że taką woskowinę sama usuwam. Takie moje prywatne porno.
Nienawidzę moje szwagierki.
Kiedyś miałyśmy z Kasią (imię zmienione) dobry kontakt. Obie zaszłyśmy w ciążę w mniej więcej tym samym czasie.
Kilka miesięcy później Kasia poroniła. Jej mąż, Paweł, zadzwonił po mnie, żebym przyjechała, bo z racji mojego doświadczenia w tym temacie (miałam za sobą jedno poronienie) mogłabym jej pomóc. Kasia mi jednak na to nie pozwoliła - gdy tylko mnie zobaczyła, powiedziała, że nie chcę mnie widzieć, ponieważ ja mam nadal szansę urodzić, a ona już nie.
Zrozumiałam to - chociaż sama nie przechodziłam wielkiej traumy po moim poronieniu (ciąża miała ledwo dwa miesiące i płód był uszkodzony).
Kasia była już prawie w ostatnim trymestrze, więc postanowiłam faktycznie usunąć się w cień i dać jej dojść do siebie, bo wiedziałam, że widok mojego rosnącego brzucha mógłby być dla niej przykry.
Tak minęło kilka miesięcy - ja urodziłam zdrowego syna, mąż wysłał kilka jego zdjęć do Pawła, żeby nie dobijać Kasi. Poza tym kontakt był znikomy.
Syn miał pół roku, kiedy nadeszły święta Bożego Narodzenia. Tradycyjnie zawsze wybieraliśmy się do teściów na rodzinne świętowanie. Była to też moja pierwsza okazja po wielu miesiącach do spotkania z Kasią.
Z początku była miła, choć oschła, i nie zwracała uwagi na mojego synka. Nie miałam jej tego za złe - w końcu to na pewno nadal świeża rana.
Kiedy jednak zaczęłam odpakowywać prezenty dla syna, Kasia wstała i wykrzyczała mi w twarz, że to niesprawiedliwe i jej dziecko powinno tu siedzieć.
Przyznam, że bardzo mnie to zdenerwowało, ale finalnie jednak współczucie przeważyło i skończyło się na tym, że to ja uspokajałam męża i teściów, którzy byli bardzo poruszeni tą sytuacją.
Dzisiaj mój syn ma trzy lata, właśnie spodziewamy się kolejnego dziecka. Kasia wykorzystała tę okazję, żeby wysłać mi SMS-a z wiadomością, że w obliczu jej tragedii zachowuję się perfidnie zachodząc znowu w ciążę. To w sumie nie jest jedyny przytyk z jej strony w ostatnich latach - przez jej zachowanie rodzinne święta i spotkania właściwie nie istnieją. Teściowie co roku ze smutną miną proszą nas, żebyśmy Wigilię spędzili osobno, bo dla Kasi widok naszego syna to zbyt wiele. Gdy już się spotkamy (np. na pogrzebie), Kasia zachowuje się, jakbyśmy nie istnieli. Mój mąż, a jej brat, przestał się już do niej odzywać. Za to Paweł, po każdej kolejnej akcji Kasi, dzwoni i nas przeprasza.
Z tego co wiem, szwagierka uczęszcza na terapię, która jednak chyba nic nie daje. Ba, według słów teściowej, psycholog powiedział Kasi, że ma prawo do żałoby i zerwania kontaktów z nami, jeśli jej to przeszkadza.
Powyższe nie wystarczyło jednak, żebym ją znienawidziła.
Stało się to dopiero, kiedy na urodziny syna wysłała dla niego "prezent" - sukienkę z naszytym imieniem Kornelia. Tak miała mieć na imię jej córka.
Sytuacja miała miejsce dobrych parę lat temu.
Akurat zaczynałam szkołę średnią. "Elitarne" liceum pozwalało na wybranie drugiego języka spośród kilkunastu dostępnych. W gimnazjum uczyłam się niemieckiego, ale nie chciałam go kontynuować i wybrałam - przykładowo - francuski. Utworzona grupa miała zacząć naukę od podstaw. Dostaliśmy młodą nauczycielkę ledwo po studiach, która pojęcie "podstawy" rozumiała inaczej niż my - wybrała sobie podręczniki całkowicie po francusku, a na drugich zajęciach zadała wykonanie opisu swojego pokoju, naturalnie w języku francuskim. Ludziom, którzy pierwszy raz mieli styczność z językiem. Były rozmowy z nią, z psychologiem szkolnym oraz z dyrektorką, żadna nie poskutkowała, powtarzano nam, że szkoła ma wysoki poziom i ten poziom zajęć jest adekwatny dla początkujących, ale "trzeba się przyłożyć". Na semestr wszyscy mieli ledwo dwójki tylko przez niedopatrzenie nauczycielki, która wystawiała oceny na podstawie średniej arytmetycznej (a nie ważonej), więc jedynki ze sprawdzianów równoważyły pozytywne stopnie z licznych prezentacji. Ale w drugim semestrze to niedopatrzenie zostało naprawione. I okazało się, że na koniec roku osiemnaście z dwudziestu osób ma jedynki. Oczywiście odbył się egzamin komisyjny, którego nikt nie zdał. A dodatkowo dyrekcja zapowiedziała, że szkoła warunków nie przyznaje, więc wszyscy muszą powtarzać rok.
Możecie sobie wyobrazić, jaki to był dramat.
Moja mama tak się wkurzyła całą sytuacją... że wysłała mnie do szkoły z prawnikiem. Prawnik "wziął na rozmowę" dyrektorkę, szczerze mówiąc pojęcia nie mam co się tam zadziało, ale okazało się, że szkoła gotowa jest wpisać mi na świadectwo dwóję. Pod warunkiem, że zmienię szkołę i do ich "elitarnego liceum" już nie wrócę.
No cóż, zgodziłam się. Swoją edukację dokończyłam w innej szkole już bez żadnych problemów. Ale do dziś zastanawiam się, co się wtedy w tamtym liceum działo. Czy był jakiś problem z tą nauczycielką, czy jakieś "machloje" z testami, czy ki czort, ale coś musiało być nie tak... Szkoda mi też osób, które nie przyszły do szkoły z prawnikami i musiały powtórzyć rok.
PS Pewnie się zastanawiacie dlaczego sprawa nie poszła np. do kuratorium. I muszę przyznać, że ja też się zastanawiam czemu nikt z nas tego nigdzie nie zgłosił...
Dodaj anonimowe wyznanie