#uCFs1
Akurat zaczynałam szkołę średnią. "Elitarne" liceum pozwalało na wybranie drugiego języka spośród kilkunastu dostępnych. W gimnazjum uczyłam się niemieckiego, ale nie chciałam go kontynuować i wybrałam - przykładowo - francuski. Utworzona grupa miała zacząć naukę od podstaw. Dostaliśmy młodą nauczycielkę ledwo po studiach, która pojęcie "podstawy" rozumiała inaczej niż my - wybrała sobie podręczniki całkowicie po francusku, a na drugich zajęciach zadała wykonanie opisu swojego pokoju, naturalnie w języku francuskim. Ludziom, którzy pierwszy raz mieli styczność z językiem. Były rozmowy z nią, z psychologiem szkolnym oraz z dyrektorką, żadna nie poskutkowała, powtarzano nam, że szkoła ma wysoki poziom i ten poziom zajęć jest adekwatny dla początkujących, ale "trzeba się przyłożyć". Na semestr wszyscy mieli ledwo dwójki tylko przez niedopatrzenie nauczycielki, która wystawiała oceny na podstawie średniej arytmetycznej (a nie ważonej), więc jedynki ze sprawdzianów równoważyły pozytywne stopnie z licznych prezentacji. Ale w drugim semestrze to niedopatrzenie zostało naprawione. I okazało się, że na koniec roku osiemnaście z dwudziestu osób ma jedynki. Oczywiście odbył się egzamin komisyjny, którego nikt nie zdał. A dodatkowo dyrekcja zapowiedziała, że szkoła warunków nie przyznaje, więc wszyscy muszą powtarzać rok.
Możecie sobie wyobrazić, jaki to był dramat.
Moja mama tak się wkurzyła całą sytuacją... że wysłała mnie do szkoły z prawnikiem. Prawnik "wziął na rozmowę" dyrektorkę, szczerze mówiąc pojęcia nie mam co się tam zadziało, ale okazało się, że szkoła gotowa jest wpisać mi na świadectwo dwóję. Pod warunkiem, że zmienię szkołę i do ich "elitarnego liceum" już nie wrócę.
No cóż, zgodziłam się. Swoją edukację dokończyłam w innej szkole już bez żadnych problemów. Ale do dziś zastanawiam się, co się wtedy w tamtym liceum działo. Czy był jakiś problem z tą nauczycielką, czy jakieś "machloje" z testami, czy ki czort, ale coś musiało być nie tak... Szkoda mi też osób, które nie przyszły do szkoły z prawnikami i musiały powtórzyć rok.
PS Pewnie się zastanawiacie dlaczego sprawa nie poszła np. do kuratorium. I muszę przyznać, że ja też się zastanawiam czemu nikt z nas tego nigdzie nie zgłosił...
Też miałem taką nauczycielkę w liceum, tyle że niemieckiego. W pierwszej klasie uwaliła ok. 20 osób, tylko 5 zdało poprawkę. W drugiej klasie dostałem 2 tylko dla tego, że miałem zmienić szkołę/klasę, jednak z powodu pewnych komplikacji kontynuowałem naukę w tej klasie i jak nie trudno się domyślić w III klasie znowu miałem poprawkę. Facet do którego chodziłem na korepetycje ocenił moje umiejętności na ok 4 i był zszokowany tym że nie zdałem. Na szczęście w ostatniej klasie zmieniła się nam nauczycielka.
To samo, tylko z matematyką. Druga klasa, większość miała poprawkę. Trzecia - tylko jedna osoba na całą klasę miała coś wyżej niż 1 i nie musiała się martwić o bycie dopuszczoną do matury. Tyle że w większości to byli naprawdę mądrzy ludzie i idąc na korki nie raz i nie dwa dowiadywali się że umieją na 3, 4, nawet 5. A gdy korepetytor poznawał nazwisko nauczycielki - no cóż, wszystko stawało się jasne, była dość dobrze znana w naszym mieście ze swojego zamiłowania do uwalania jak największej ilości uczniów (akcje typu 1 bez sprawdzania co napisałeś, bo ona wie że nic nie umiesz, każda kolejna poprawka dużo trudniejsza od poprzedniej, znacznie wykraczające poza program, to było u niej normalne). A do tego, nikt nic z tym przez wiele lat nie zrobił, a nawet jak ktoś próbował - miała plecy.
Darkcookiemonster bez urazy ale nie chce mi się wierzyć. Wystawianie 1 bez sprawdzania, tak to nie działa bo każdy normalnie myślący zażądał by policyjnego sprawdzenia prac, w tedy nauczycielka przekonalaby się że kuratorium potrafi być bezwzględne dla nauczycieli.
Jezu, naprawdę współczuję, ta nauczycielka jakaś nienormalna!
Mieszkam za granicą. Tutaj takie coś by nie przeszło, nauczycielka wyleciałaby z hukiem. Skoro większość klasy nie zdała, to znaczy, że ona jest niekompetentna, bo nie potrafiła w zrozumiały sposób wiedzy przekazać.
Jak nauczyciel uwala tyle osób w grupie, to z nim jest coś nie tak, nie z grupą. Dlatego o tym jaką nauczyciel dostanie podwyżkę powinny decydować wyniki uczniów na egzaminach.
Nie koniecznie. Obecnie dużo wpływu ma też brak powtarzania. Na przykładzie nauczanego przeze mnie przykładu: uczniowie mieli przeliczyć jednostki informatyczne, na kartkówkę pozwoliłam zabrać im kalkulatory. Zanim zrobiłam kartkówkę przez 5 lekcji robiliśmy zadania związane z przeliczeniami. Na 3 klasy ponad połowa ocen to 1... Zrozumiała bym częściowo gdyby liczyli w pamięci albo pod kreską (mnożenie i dzielenie), jednak mieli kalkulatory. Ze zdziwieniem mogę tylko powiedzieć, że częściej pozytywne oceny mieli ci uczniowie, którzy nie używali kalkulatorów.
Oczywiście nie bronię wszystkich nauczycieli, jednak nie powinno wrzucać się wszystkich do jednego worka.
Zły pomysł. Wtedy wzmocni się "niedopuszczanie do matury", praktyka nielegalna a jednak powszechna bo nauczyciele nie chcą, żeby uczniowie którzy zdali na słabym poziomie robili im złą opinię.
Oczywiście mało w tym logiki, bo wynik egzaminu świadczy o nauczycielu na tym samym poziomie co ocena na koniec.
Coś tu faktycznie nie gra w całej sprawie, ciekawe kim była ta nauczycielka dla dyrektora. Nauczyciel też jest przecież oceniany, skoro tyle osób miało 1to znaczy, że nauczyciel źle uczy! Poza tym, jeżeli liceum jest wymagające, to i oceny uczniów muszą być wysokie, a nauczyciel ma tak uczyć, aby uczniowie mieli jak najlepsze oceny. Dziwne
Nie koniecznie.
U nas też było elitarne liceum, ale już od dłuższego czasu leciało tylko na dawnej renomie.
Wszyscy tłukli korki, bo inaczej nasza matura z wybranego przedmiotu rozszerzonego marnie by wyglądała, bo nauczycielka kładła ręcznie pisane przezrocze na rzutnik* i kazała przepisywać notatkę. Tyle z lekcji. Średnia ocen klasy była żałosna, bo już potem każdy uderzył w tryb "byle zdać", a na korkach zadania maturalne.
*Info dla młodszych użytkowników: zanim weszły prezentacje multimedialne były takie rzutniki z szybą, lustrem i źródłem światła. Kładło się na nim folie z tekstem/rysunkiem jak na kopiarce i to się wyświetlało na ścianie.
Elitarne licea często lecą na wypracowanej renomie. Takie błędne koło - liceum ma dobrą opinię, więc idą tam ludzie z wysokimi ocenami. Zwykle zależy im na dobrych studiach, także do matury się uczą (korki to norma), mają dobre wyniki, więc liceum utrzymuje dobrą renomę. Tylko że nauczyciele nie zawsze są najlepsi. Po prostu łatwiej o wysoką zdawalność w liceum, gdzie są inteligentni ludzie, którym zależy na nauce i wynikach, niż w przeciętnym, gdzie część sobie tą naukę olewa i idzie byle mieć skończoną szkołę.
Ten uczuć, kiedy moje "elitarne" liceum nadal korzysta z tych rzutników...
Dwie sprawy mnie tu szokują. Przy 18 jedynkach na 20 uczniów skuteczność tej baby od francuskiego była karygodna, co ona robiła przez cały rok? No bo coś jej chyba grubo nie wyszło. I gdzie ona po tym incydencie znalazła pracę? Bo chyba jej nie zatrzymali w tej elitarnej szkole? I tu druga lampka mi się włącza - serio nikt tego nigdzie nie zgłosił? Rodzice woleli posłać do szkoły prawników do negocjonowania ocen, zamiast wymagać od dyrekcji szkoły, zwłaszcza elitarnej, żeby zapewniła pedagoga który po roku pracy bedzie w stanie swoja elitarną metodą nauczania osiągnąć no ciut lepsze wyniki niż mierny dla 10% klasy, a pozostałe 80% zero progresu? Coś marna ta elita nauczania tam.
Zakładam, że skoro dyrektorka (i psycholog szkolna) jeszcze broniły tej kobiety twierdząc, że prowadzi zajęcia na poziomie odpowiednim dla początkujących, a to uczniowie są winni i się nie przykładają, to pewnie zatrzymali ją w szkole. A nawet jeżeli nie to sprawa nie została nigdzie zgłoszona, więc kolejna potencjalna szkoła najprawdopodobniej nie wiedziała, że coś takiego miało miejsce. Mnie też dziwi, że żadna z tych osiemnastu osób nie zgłosiła tego wyżej, ale z drugiej strony nawet w komentarzach pojawiają się podobnego typu historie, które również nie zostały zgłoszone. Ba, ja sama miałam dwie sytuacje, które teraz, patrząc z perspektywy czasu, zgłosiłabym nawet i do telewizji, ale wtedy tego nie zrobiłam. To chyba wina jakiegoś takiego głęboko zakorzenionego przeświadczenia, że nie zadziera się z nauczycielem/szkołą, a potem jest już "musztarda po obiedzie" i sprawa nigdy nie wychodzi na jaw. Mama Autorki zareagowała... bardzo radykalnie i właściwie nie rozumiem co nią kierowało, że akurat prawnika im tam wysłała, ale - jak widać - zadziałało. Mnie by to w życiu do głowy nie przyszło.
W szkole średniej matematyki uczyła nas córka dyrektorki, z 25 osób w klasie maturę (już obowiązkową) zdały 3 osoby
Kiedyś by mnie to zbulwersowało, ale teraz na studiach to normalka. We wtorek wykład z css, html i javascript - za miesiąc proszę stworzyć interaktywną stronę internetową. Oczywiście więcej wykładów nie było.
Programowanie z C - znów jeden wykład (wprowadzający) i zadanie, do którego rozwiązania trzeba było specjalistycznej wiedzy o różnych strukturach w tym języku.
Matematyka to też był kosmos, ale w tym akurat jestem dobra. Ale tu nie o tym. W którymś z kolei semestrze (nie było już matmy jako osobny przedmiot) mieliśmy mały test z matematki napisany przez innego profesora. Mnóstwo asów matematycznych dostało naprawdę złe oceny, bo... test był za łatwy. Nie wiedzieliśmy, o co chodzi w zadaniach, bo tak byliśmy wytrenowani na trudy i komplilacje. Innymi słowami - prowadziłam tutoria matematyczne dla późniejszych roczników, a nie potrafiłam rozwiązać zadania typu 'wstaw liczby we wzory'. Do dziś mnie to bawi.
Ale mnie wzięło na wspomnienia. Dzięki za to wyznanie ;-) I nie ma tego złego. Mnie od drugiego semestru już mało co ruszało.
Czyżby Politechnika Gdańska? xD
w lo nauczyciel matmy zrobil sprawdzian z geometrii i wiekszosc napisala na 100%
powstawial nam 4 bo "to nie byl test na 5"...
w ogole wielokrotnie jak egzaminy byly za latwe, to kombinowalam gdzie jest haczyk ;p
No nie wiem, mnie trochę bulwersuje że takie coś jest na studiach... Sama studiuję taki kierunek, że jakby się uprzeć to można i bez przychodzenia na zajęcia wykuć wszystko z książek, kserówek i internetu. Od początku słyszeliśmy, że nikt nie będzie nas sprawdzał, że to my mamy kontrolować swoją naukę, że to nie problem wykładowcy czy ktoś zrozumie czy nie.
Tyle że jest dokładnie na odwrót. Widać że wszyscy pracują z pasją i naprawdę chcą przekazać studentom wiedzę tak, żeby ona im w tych głowach została i się przydała. I właśnie dzięki osobistym doświadczeniom, gdy czytam że ktoś odwala takie coś jak ty opisujesz, trochę się wkurzam.
ookami u mnie gosc od ekonomii przestepczosci tak stwierdzil- ze uczymy sie dla siebie
podal pytania
stwierdzil, ze "przedszkolaki" z 1 roku to jeszcze trzeba kontrolowac, ale my juz powinnismy wiedziec, ze nie uczymy sie dla oceny, tylko dla wiedzy
i ze kiedys zrobil eksperyment i na jeden egzamin wyszedl z sali a na drugi poprosil 5 osob o pilnowanie i w wynikach nie bylo wiekszych roznic..
Według mnie jest najlepiej jeżeli nauczycielka/ nauczyciel mówi w danym języku i tłumaczy w polskim . Tak się najszybciej nauczy . Ale dopiero jak już wszyscy kapują dany język to już mówić non stop w danym języku .
Ale żeby tak przesadzac i wszystkich oblac , masakra .
Mówić tylko w danym języku tak żeby wszyscy rozumieli to i po roku szkolnym może być ciężko, a co dopiero mówić o tych co nie mieli z nim styczności. Powinno się stopniowo wprowadzać jak najwięcej danego języka i rezygnować z ojczystego chyba że nie ma wyjścia.
Ale to jest normalne, że podręcznik od języka masz napisany w tym języku i nie ma nawet poleceń po polsku. W całej mojej historii nauki języków, a było ich 5, zawsze miałam podręcznik napisany w tym języku, opcjonalnie z tyłu był słowniczek. Po to jest nauczyciel, by wytłumaczyć co do czego.
Zaczęłam naukę francuskiego w liceum i od pierwszej lekcji babka mówiła do nas głównie po francusku (ewentualnie zapisywała coś po francusku na tablicy i po polsku mówiła co to znaczy). Ale wasza faktycznie była walnięta, skoro na 2. zajęcia zadała coś, co ma się na 2. semestrze. Na 2. zajęciach to się uczysz odmieniać czasownik faire albo etre. xD
Bardziej chyba avoir i être. Potem aller, faire, prendre...
Całe życie, nawet już w liceum na angielskim, polecenia były w dwóch językach. Jasne, że większość poleceń była na to za łatwa, ale zdarzało się bardziej skomplikowane zadanie, zwłaszcza w ćwiczeniach.
Co dla mnie było wybawieniem, bo jestem językowym debilem i po 7h lekcji nie ogarniającego czy czas przeszły to past i present.
Ja też nigdy nie miałam dwujęzycznego podręcznika.
Nawet jak już stara byłam i zaczynałam hiszpański od podstaw. Ani słowa po polsku.
Mój podręcznik do francuskiego w liceum też był cały po francusku, bo to był podręcznik "międzynarodowy", inne kraje też mogły się z niego uczyć. Ale na szczęście moja nauczycielka była w porządku