#avHHj

Studiuję zaocznie, a z uwagi, że mam duże mieszkanie, w którym mieszkam sam to podczas zjazdów nocuje u mnie kilkoro znajomych ze studiów. Ogólnie sami artyści, więc wiadomo, różne dziwne akcje się dzieją. Ale dzisiejsza przerosła wszystko. Zadzwonił do mnie jeden z kolegów, którzy u mnie nocują i zapytał się czy może wpaść ze swoją koleżanką i czy może zamknąć się z nią w łazience na 15 minut, bo potrzebują wanny. Jakby no, ja i tak zaraz wychodziłem, więc mówię luz, pewnie jakieś cimcirimcim, norma. Ale nie, to nie było cimcirimcim. Potrzebował wannę, żeby tę dziewczynę... ochrzcić.

#29Yte

W wieku 18 lat stałam się bezdomna.

Uciekłam z patologicznego domu, pełnego przemocy, alkoholu, awantur. Nie miałam żadnych perspektyw na życie, za pieniądze, które odkładałam przez długi czas, kupiłam bilet i wyjechałam za granicę. Tam, bez kasy, ubezpieczenia, znajomych, kogokolwiek kto mógłby mi pomóc, zamieszkałam na ulicy. Sypiałam głównie w parkach, pod tunelami, jednocześnie starałam się trzymać z dala od innych bezdomnych. Narkotyki mnie nie interesowały, tak samo jak alkohol, żebrać nie potrafiłam, miałam psychiczną blokadę przed poproszeniem kogoś o pieniądze. Jadałam to co udało mi się znaleźć, czasem ktoś sam z siebie mi coś kupił lub dał kasę lecz nie były to nigdy duże kwoty.

Pewnego razu znalazłam 10 funtów, to były naprawdę ogromne pieniądze, a ja miałam ochotę na coś ciepłego, bo nie jadłam niczego takiego od wielu tygodniu. Udałam się więc do Maca, wydało mi się to najlepszą opcją - tanio, ciepło i w miarę smacznie. Gdy zastanawiałam się co zamówić, zauważyłam, że osoba wydająca jedzenie, powtarza kilka razy numer, po odbiór którego nikt się nie zgłaszał. Poczekałam jeszcze chwilę, po czym podeszłam, uśmiechnęłam się, odebrałam paczkę i wyszłam. Nikt za mną nie poszedł, nikt mnie nie ścigał.

Od tego momentu robiłam tak często, wchodziłam gdy ruch był naprawdę ogromny, czekałam na sprzyjającą okazję, gdy nikt nie będzie zgłaszał się po jedzenie, po czym sama je brałam i jak najszybciej wychodziłam. Nikt nigdy mnie nie złapał, często zmieniłam miejsca, a mieszkałam wtedy w tak dużym mieście, że wybór miałam spory. Trwało to kilka dobrych miesięcy, zanim udało mi się odłożyć wystarczająco kasy na wynajem małego pokoiku, wyrobiłam też sobie numer ubezpieczeniowy, niezbędny, by się gdziekolwiek zatrudnić i znalazłam w końcu pracę.

Dziś dobrze zarabiam, mam ustatkowane życie, przyjaciół, męża. Nigdy jednak nie przyznałam się nikomu do tego dziwnego etapu w moim życiu, gdy kradłam jedzenie z McDonald'sa. Za to gdy tylko mam okazję, robię zakupy bezdomnym. Niestety, rzadko przyjmują.

#oZvUC

Piszę to wyznanie nawiązując do innego, gdzie ktoś pisał o równych prawach dla osób niepełnosprawnych.


Otóż kilka lat temu w małej miejscowości pod Warszawą, odbył się konkurs (coś typu "Mam Talent"). Nagrodą za pierwsze miejsce był udział w międzywojewódzkim konkursie talentów.

Jako, że byłem początkującym muzykiem, który chciał gdzieś tam zabłysnąć, zgłosiłem się z kumplem do tego konkursu. Ludzi było sporo, a my ciężko przygotowywaliśmy się do występu. Zagraliśmy piosenkę, a gdy już było po wszystkim, czekaliśmy na wyniki. I tu muszę trochę nieskromnie powiedzieć, że wypadliśmy najlepiej (kilku innych uczestników sami nam to powiedzieli). Po naszej kolejce był jeszcze jeden występ - dzieci z zespołem downa. Oczywiście jak już się pewnie domyślacie, niepełnosprawni zajęli pierwsze miejsce, tylko dlatego, że byli niepełnosprawni, my zajęliśmy drugie. Zauważyli to wszyscy uczestnicy, a nawet niektórzy organizatorzy. Przedstawienie tych dzieci z zespołem downa trwało dosłownie dwie minuty i każde z nich wypowiedziało po jednym zdaniu. "Jury" - jeśli można ich tak nazwać byli zachwyceni ich występem, a wszystkich innych uczestników nawet nie wzięli pod uwagę. Od niechcenia przyznali drugie i trzecie miejsce.



Ja rozumiem, że pewnie dla tych niepełnosprawnych dzieci to był nie lada wyczyn, zrobić takie przedstawienie czy coś, ale inni uczestnicy, którzy się przygotowywali przez kilka tygodni do tego konkursu zostali po prostu zignorowani. Dla mnie osobiście była to szansa żeby pokazać się ludziom, a może akurat coś by z tego wyszło. Dlatego wkurzyło to wszystkich, że te dzieci wygrały tylko dlatego, że były niepełnosprawne.

Nie mam nic do takich osób, ale kurde, po co organizować takie konkursy, skoro i tak od początku wiadomo, że jak pojawią się niepełnosprawni, to i tak wygrają?

#OulBl

Jeżeli spodziewacie się, że w tym wyznaniu przeczytacie jakąś zabawną bądź wesołą historię, to możecie przestać czytać. Moje wyznanie jest smutne, a wręcz żałosne. Nie mam komu o tym opowiedzieć, a więc piszę tutaj, anonimowo, by wylać swoje żale i poczytać co myślą o mojej sytuacji obcy ludzie.

Zakochałem się żonie mojego najlepszego przyjaciela. Tak, zdaję sobie sprawę z faktu, jak źle i beznadziejnie to brzmi, dlatego od razu kładę kawę na ławę. To jest fakt, nie do zmiany, z którym próbowałem walczyć przez dobre pięć lat i na nic. Nie jestem w stanie dłużej zaprzeczać samemu sobie przed lustrem – kocham Agnieszkę, żonę mojego kumpla. Zakochałem się w niej jeszcze zanim wyszła za mąż za Adriana.

Z Adrianem jesteśmy najlepszymi kumplami, siedzieliśmy razem w jednej ławce w podstawówce i graliśmy w piłkę na podwórku. Byliśmy sąsiadami i od lat się przyjaźnimy. Nigdy nie powiedziałem mu o tym, jakie uczucie zrodziło się we mnie do jego żony. Nigdy nie zrobiłem żadnego kroku w stronę Agnieszki, nie pokazałem jej tego, że mi się podoba. Trzymałem swoje emocje na wodzy i starałem się być dobrym przyjacielem.

Jakiś rok po ich ślubie zauważyłem, że w ich związku zaczęły pojawiać się problemy. Coraz częściej się kłócili, Adrian coraz częściej wychodził bez niej na imprezy. Raz ją zdradził, o czym mi powiedział – nie mogłem znieść tej myśli, że ktoś krzywdzi kobietę, w której kocham się jak dureń od kilku lat. Nie powiedziałem jej jednak o tym, próbując być lojalnym wobec przyjaciela.

Nastąpił pewien wieczór, kiedy znaleźliśmy się we wspólnym gronie. Zauważyłem wtedy, że Aga patrzy na mnie i rozmawia ze mną w inny sposób niż dotychczas, ewidentnie dała mi odczuć, że się jej podobam. To było przekleństwo i euforia szczęścia w jednym, nie miałem pojęcia jak reagować. Napisała do mnie potem i zaczęliśmy ze sobą rozmawiać. Na początku niewinnie, a teraz już jawnie ze sobą flirtujemy, ona wysyła mi nawet zdjęcia. Nie doszło między nami nigdy do zbliżenia, ani nawet pocałunku, ale ten flirt na czacie nie pozwala mi spokojnie spać. Jestem w niej zakochany, ale to żona mojego przyjaciela, do diaska!

Nie wiem jak powinienem postąpić, boję się, że stracę ich oboje przez tę całą chorą sytuację... Niezwykle dobrze rozumiem teraz powiedzenie: „Serce nie sługa”. Nie życzę nikomu takich problemów.

#N4sjw

W podstawówce w mojej klasie był chłopak z biednej rodziny. Nie mieli w domu łazienki i (nie będę tego ubierać w ładniejsze słowa) śmierdziało od niego na kilka metrów.

Jako że byłam nieśmiałym i nielubianym w grupie dzieckiem, to często na spacerach lądowałam z nim w parze. Dobroduszni nauczyciele i rodzice kazali mi trzymać go za rękę, żeby mu nie było smutno. Przez następne pięć lat leczyłam grzybicę skóry na dłoniach.

Nie ma morału, nie ma przemyśleń, nie wiem sama co o tym myśleć.

#SGw9W

Jest to historia z lat szkoły podstawowej.
W klasie 4-6 miałam piękne, długie, naturalne włosy, niejedna koleżanka mi zazdrościła. Moja mama zazwyczaj puszczała mnie do szkoły w rozpuszczonych włosach, oczywiście na zajęcia w-f musiałam je związać.

Ale do rzeczy.

Miałam wychowawczynię, którą bardzo lubiłam, młoda kobieta, odpowiedzialna, autorytet dla uczniów.

Jednak nie wiem, czy zazdrościła mi włosów (sama miała bardzo krótkie), czy o co jej chodziło, ale perfidnie się do mnie przyczepiła na ten temat. Kazała je zawiązywać, nie raz mówiła, że jakbym je ścięła, to wyglądałabym ładniej i w ogóle. Później z dnia na dzień robiło się gorzej, wiele razy mnie szarpnęła, czy "niechcący" wyrwała garść włosów.

Jednak to było nic. Nie zapomnę jak przy całej klasie zaczęła drzeć się na mnie, że co ja sobie wyobrażam, że myślę że taka piękna jestem, bo mam długie włosy, że wyszarpała by mnie za nie i z chęcią wszystkie wyrwała.

Ciągnęła ten temat całe 45 minut. Ja, jako młoda dziewczynka już miałam oczy pełne łez, kiedy ta mnie wyzywała od brzyduli i posiadaczki robaków we łbie.

Po lekcjach gdy wróciłam do domu, sama obcięłam sobie te piękne długie włosy, pełna łez. Moja mama była załamana. Była wielka afera w szkole, a owa nauczycielka została wyrzucona ze szkoły.
Do tej pory mam krótkie włosy, nawet same nie chcą mi już urosnąć, chyba nawet one mają traumę po tym wszystkim.

#lj0b9

Bez względu na to jak absurdalnie zabrzmi ta historia, wydarzyła się naprawdę, a wszystkiego dowiedziałam się wczoraj.

Do rzeczy. Mam 24 lata i przez ostatni rok spotykałam się z mężczyzną 3 lata starszym. Minus naszej znajomości był taki, że mieszkaliśmy 60 km od siebie, też nie taka tragedia, widywaliśmy się co weekend u mnie albo w jego kawalerce. Od jakiegoś czasu zaczęłam podejrzewać że jest coś nie tak, wydawało mi się że coś kręci i nie mówi mi prawdy. Żądna odpowiedzi w nocy przejrzałam jego telefon i dowiedziałam się wszystkiego. Miał żonę i mała córeczkę. Podał mi nawet fałszywe imię i nazwisko, co zabawne od 3 lat prowadzi Facebooka i Instagrama na lewe dane, więc wszystko wydawało mi się prawdziwe (jestem nieufna, więc sprawdzałam go na początku wzdłuż i wszerz. Jak widać nie do końca).

Poczekałam do rana aż królewicz się obudzi i całą noc spędziłam na kanapie, rozmyślając jak go z tym strategicznie skonfrontować.
Kiedy przyszło co do czego, kiedy wywaliłam mu fakty na stół i roztrzęsiona czekałam na odpowiedź, Pan X ze stoickim spokojem spojrzał na mnie, uśmiechnął się i powiedział, że tak naprawdę to on nie zrobił nic złego i wszystko ma już wybaczone, bo UWAGA, UWAGA, cytuję "Krzyżowałem palce za każdym razem gdy opowiadałem o moim życiu, mieszkaniu, pracy i związkach. Dlatego nigdy cię nie oszukałem, mogłaś spojrzeć na moje dłonie jak rozmawialiśmy".

Nie wiem jak to dalej skomentować. Zostawiam to wam, do dzieła anonimowi.

#c1tV4

Jestem mamą trójki dzieci: 15-letniej Sary, 11-letniego Fabiana i 5-letniej Izy. Fabian ma autyzm, a Iza Zespół Downa. Nie jest łatwo, naprawdę. Każdego dnia borykam się z ogromną ilością problemów związanych z niepełnosprawnością dwójki dzieci i wiekiem dorastania zdrowej, neurotypowej nastolatki. Fabian ma przyznane orzeczenie o niepełnosprawności i KS, dzięki czemu korzystamy z przysługujących nam godzin terapii, między innymi SI, WWR, logopedia czy TUSy. Iza z kolei ma upośledzenie intelektualne w stopniu lekkim, niepełnosprawność sprzężoną - mamy wady wrodzone, w tym Zespół Fallota. Z Izusią też jeżdżę codziennie na terapię. Mój mąż zostawił nas zaraz po diagnozie Fabiana. Nie mógł się z tym pogodzić. Każdego dnia wożę Fabiana do szkoły, potem Izusię do przedszkola. Zakupy, pranie, gotowanie, sprzątanie, odbiór dzieci i szybko na terapię. Nie pamiętam kiedy byłam ostatnio u fryzjera.

Nie narzekam, bo to nie w tym rzecz.

Problem jest w tym, że Fabian jest niskofunkcjonującym dzieckiem ze spektrum, głęboko zaburzonym z zachowaniami auto- i agresywnymi. Nie mówi. Ma dużo siły, psychiatra przepisywał mu naprawdę mnóstwo leków, ale nic nie działa. Fabian stymuluje się słuchowo, w domu jest ciągły hałas: trzaska bez przerwy drzwiami, rzuca twardymi zabawkami w sufit i w ściany, trzaska wszystkimi drzwiczkami i szufladami, uderza garnkami o siebie. Jestem zmęczona ciągłym hałasem. Jeśli zabieram mu te rzeczy, albo w ogóle są schowane to piszczy, krzyczy, bije mnie i siostry. Sara jest wiecznie podrapana, cała w siniakach i krwiakach. Ma tyle siły, że we dwie nie jesteśmy w stanie go utrzymać. W złych momentach bije też sam siebie, albo z rozbiegu wpada w ścianę. Mnie w złości zepchnął raz ze schodów. Wyciąganie konsekwencji nie działa, właściwie nic na niego nie działa. Wyrzuca mi wszystko z szafek, wyrzuca przez okno zabawki Izy, rzeczy osobiste Sary, wyrzucił kiedyś nawet mój telefon. Wiecznie ucieka. Popycha Izę. W szkole ma NW, a i tak sprawia problemy. Wieczne bójki, nie uczy się. Jeśli nie zrobię za niego pracy domowej, nie będzie miał zrobionej. Kiedyś Sara chciała mu pomóc z lekcjach, ale podrapał ją po twarzy do krwi, a w Izę rzucił pilotem od telewizora - mała miała limo pod okiem.

Widzę, że Sara strasznie wstydzi się brata, nie zaprasza nikogo do domu. Iza się go boi. Wstyd mi przyznać, ale ja też się go boję - kiedyś stał nad moim łóżkiem kiedy spałam z nożem w ręku, innym razem siedział na mnie i jedną ręką trzymał za szyję. Przyłapałam go też jak próbował zamknąć Izę w pralce. Boże, jak ja się wtedy bałam! Każdy mi współczuje, bo mam córkę z Downem (jak to mówią), ale wierzcie mi na słowo, to anioł nie dziecko. Ciągle słyszę, że może powinnam ją oddać, bo na pewno mi ciężko. A ja czasem naprawdę się zastanawiam czy nie oddać, ale Fabiana. Ciąg dalszy w komentarzu.
Dodaj anonimowe wyznanie