Narzeczony zostawił mnie w 8 miesiącu ciąży. Porzucił tym samym również swojego 3-letniego synka. Nie zrobił tego ze względu na inną kobietę, po prostu wrócił do mamy i zamieszkał z nią i swoimi dwoma braćmi.
Drugi synek urodził się jako wcześniak, lekarze nie dawali mu szans. Jego ojciec nie odwiedził go ani razu, chociaż błagałam go o to. Wiem, że nie powinnam. Synek przeżył, dziś ma ponad 4 miesiące, jest zdrowy i silny, ale ojca nie poznał do tej pory. Starszy syn cierpi, bo tata zadzwoni raz na dwa tygodnie, ale ogólnie ma ich gdzieś.
Po jego odejściu uświadomiłam sobie jak bardzo mną manipulował przez te wspólne lata. Odcięłam się od znajomych, praktycznie odcięłam się od rodziny, bo na pierwszym miejscu był zawsze on. Skakałam wokół niego tak w pierwszej jak i w drugiej ciąży, a kiedy zaczęłam mieć swoje zdanie i się stawiać po prostu nas zostawił.
Co w tym anonimowego? Chciałam się zabić. Byłam tak zmanipulowana, że moja samoocena była poniżej zera. Uznałam, że dzieci zasługują na lepsze życie, niż życie ze mną. Napisałam nawet list. Zaplanowałam wszystko i byłam zdecydowana.
Mój synek uratował mi życie. Tak zwyczajnie usiadł mi na kolanach i powiedział: "kocham cię". Tak bez powodu, pierwszy raz.
To było jak policzek. Zaczęłam walczyć o dzieci i o siebie. Znów się śmieję, ale teraz już szczerze. Widzę światełko w tunelu. Znów mam nadzieję.
Mam 28 lat, dwóch cudownych synów, uwolniłam się od człowieka, który mnie niszczył i jestem szczęśliwa.
A kiedy mój syn dorośnie, podziękuję mu za życie.
Wczorajszy dzień był dniem, w którym najadłam się wstydu jak nigdy. Patrzę na to trochę z przymrużeniem oka, ale jednak niesmak pozostał...
Zaplanowana wizyta u ginekologa na rutynowe badania, przychodzę, kolejka jak stąd do kosmosu. Czekam. Nudzi mi się, bo internet w telefonie się zbuntował, kolejka idzie jak krew z nosa.
Usnęłam... Obudziłam się swoim własnym chrapaniem, patrzę na zegarek - no może 3 minuty mi się kimnęło, jakaś pani na wprost po cichutku się śmieje patrząc na mnie. No to ja już wiedziałam, że chrapanie było porządne. Twardo siedzę, myślę tylko o tym, żeby znowu nie usnąć. Niestety, sen był silniejszy ode mnie. Obudziłam się po głośnym wołaniu mojego nazwiska przez lekarza, zerwałam się i lecę, zdążyłam zauważyć, że siedzenia nieco się przerzedziły, tak że pewnie charczałam jak dzik.
Weszłam zaspana do gabinetu i lekarz od razu do mnie z pytaniem, które mnie zastrzeliło
- No to jak u pani jest z sikaniem?
Trochę zdębiałam, bo nie za bardzo wiedziałam o co mu chodzi, ale pomyślałam, że to może jakieś rutynowe pytania, więc dialog przebiegał dalej
Odpowiedziałam:
- Dobrze.
- Sika pani normalnie czy ma jakieś problemy?
- Nie zauważyłam, żeby coś było nie tak
- No a jak tam macica?
- No chyba wszystko z nią w porządku....
- A dziecko jak?
I w tym momencie dostałam wielkich oczu jak 5 złotych, patrzę na lekarza zdziwiona, bo przecież nie mam dzieci. Przez chwilę zaczęłam się zastanawiać, czy ja jeszcze śpię, czy co to się dzieje. Rozdziawiłam gębę i patrzę jak kretyn, a lekarz widać było, że z deczka zdenerwowany, pyta się:
- To chce pani tę operację czy nie!?
I w tym momencie się obudziłam i się pytam go bez zastanowienia:
- Jaka kurwa operacja?!
Lekarz zrobił takie same wielkie oczy jak ja i się pyta, jak mam na nazwisko. Okazało się, mam takie samo nazwisko jak inna pacjentka. OK.
Doktor przeprosił, ale to jeszcze nie koniec wizyty...
Leżę roznegliżowana na fotelu ginekologicznym, a tu nagle wchodzi bez zapowiedzi pielęgniarka, drzwi otworzyła na oścież i się pyta o jakąś pierdołę, spojrzałam i walnęłam się w czoło, lekarz w tym momencie pobierał materiał do cytologii, a ta dalej stoi w drzwiach. Lekarz w końcu się odwrócił i zobaczył to co ja.... Na korytarzu byli ludzie, którzy na bezczela zaglądali do gabinetu... I tak, nie byłam zasłonięta parawanem! Lekarz stanowczym głosem kazał wejść babce do gabinetu i zamknąć drzwi i nagle wpadł w jakiś szał... Tak się zaczął drzeć na pielęgniarkę, że tak się nie robi, że jest bez kompetencji, że ją zwolni... No ogólnie pojechał po niej jak po szmacie, a ona na to... "Ja chciałam tylko spytać..." Na co lekarz jej odpowiedział, żeby poszła się spytać o oferty pracy w urzędzie pracy, bo tutaj już nie pracuje.
Jak możecie się domyśleć, to była moja pierwsza i ostatnia wizyta tam.
O tym, jak próbowałem schudnąć.
Zacznijmy od tego, że w wieku 25 lat osiągnąłem "dumny" wynik na wadze 120 kg przy wzroście 186 cm. Czyli znacznie za dużo. Pożerając kolejną pizzę obiecywałem sobie, że od jutra zaczynam dietę i ćwiczenia. Już widziałem siebie jako tego Dawida o jędrnych pośladkach wymuskanych dłutem przez Michała Anioła, wierzyłem, że po osiągnięciu wymarzonej wagi będę chodzącym ideałem seksu. A w międzyczasie wcinałem hamburgera w macu. Jednak ciężko mi było z doborem ubrań, w które zmieściłyby się moje jakże seksowne pośladki dłuta Michaiła Aniołowa. To dobijało. Ale pała się wzięła i przegła, kiedy okazało się, że nie mieszczę się w mój ulubiony płaszcz. Szybka decyzja: dieta i ćwiczenia już w tym tygodniu.
Już dwa dni później wchodzę dumny na siłownię, brzuch solidarnie podskakuje w rytm moich pewnych kroków, w przewiewnym dresie czuję się jak bohater, którego potrzebuje moje miasto. Dookoła pełno kafarów, przeciętniaków, pięknych pań. I ja. Część osób patrzy na mnie, ja dumnie prężę wszystkie fałdy jako człowiek, który postanawia zmienić swoje życie właśnie w tym miejscu. I wtedy...
Potykam się o własną nogę. Z głośnym "Ooooooooooooooo" padam na tłusty ryjek. Aż poczułem, jak moje monumentalne sadełko odbija się od podłogi, po czym przygniata mnie siłą nieugiętej grawitacji. A temu wszystkiemu towarzyszy niewyobrażalnie głośny i śmierdzący bąk. Po prostu potwór. Zaczęło walić jakąś zgniłą kapustą. Jedyne, co moje usta są w stanie wygenerować, to kolejne "Oooooooooooooooo". Cisza. Wszyscy się na mnie patrzą. Szybka decyzja - wstaję. Odwracam się na plecy i próbuję się podnieść. I znowu. Kolejny grzmot, jeszcze gorszy. I natychmiastowy smród, jakby coś zdechło. Chcę krzyknąć PRZEPRASZAM! Zamiast tego... "Oooooooooooooooo". I macham rękami, jak wariat, próbując się jakoś podnieść. Wszyscy już patrzą na mnie z obrzydzeniem. Ale jedna dziewczyna się lituje i pomaga mi wstać, krzywiąc się przy tym od tego fetoru. Wstałem, pochylam się, żeby złapać oddech. Aż mnie pali ze wstydu, czuję, że jestem czerwony jak komunista, aż chce mi się płakać. Dziewczyna się pyta, czy wszystko gra. Ja się prostuję, chcę odpowiedzieć. I wtedy wydałem najgłośniejsze beknięcie, jakie się tylko da... Jak ostatnia świnia. Dziewczyna natychmiast odchodzi, a ja przebierając na moich tłustych nóżkach opuszczam miejsce tragedii...
Nigdy się tak nie najadłem wstydu jak wtedy, ale nie poddałem się! Zacząłem ćwiczenia na innej siłowni, bez kolejnych przygód, udało mi się zrzucić 20 kg :) Przede mną jeszcze długa droga, ale się zawziąłem. Za to wspomnienie mojego pierwszego dnia wojny z sadłem przyprawia mnie o histeryczny śmiech :D
W pierwszej klasie liceum wygrałam międzyszkolny konkurs na najlepszą rozprawkę na jakiś temat polityczno-historyczny (nie pamiętam dokładnie). Drugim etapem konkursu był przyjazd do uczelni w mieście wojewódzkim i ocena rozprawki przez profesorów oraz kilka wykładów.
Mieszkając całe życie w niewielkim miasteczku, marzyłam o studiowaniu, więc czułam się wyróżniona i podekscytowana wyjazdem.
Mój pierwszy wykład prowadziła Pani profesor, która wydawała się sympatyczna. Pamiętam, że była ubrana w ogrodniczki i żakiet, więc sprawiała dziwne wrażenie, ale zachęcała nas do odpowiedzi i do wyrażania własnych poglądów. Wykład był o feminizmie, ale szybko przerodził się w najazd na mężczyzn i ogólne stwierdzenie, że kobiety nadal nic nie znaczą w świecie, a są lepsze. Zgłosiłam się wtedy do odpowiedzi i powiedziałam, że moim zdaniem kobiety nie są gorsze czy lepsze od mężczyzn, jesteśmy po prostu różni.
Pani profesor się to nie spodobało. Skrytykowała mnie i wyśmiała na oczach całej sali. Zarzuciła mi niewierność wobec własnej płci przez "patriarchalne, wiejskie wychowanie" i stwierdziła, że takie zdanie nie powinno mi w ogóle przejść przez usta. Było mi strasznie głupio. Czułam się jak debilka, która nie nadaje się do studiowania skoro nie wie takich podstawowych rzeczy.
Morału nie ma. Konkurs wygrałam. Dostałam książkę, długopis i masakryczny spadek własnej wartości.
Moja narzeczona podzieliła się ze mną wczoraj swoimi planami na przyszłość. Po ślubie chce rzucić pracę i założyć konto na Instagramie, na którym będzie zarabiać jako mama influencerka.
Zaczynam analizować, czy oświadczyny były dobrym pomysłem.
Po drugiej klasie gimnazjum, ponad dekadę temu, jedna z naszych nauczycielek przeszła na emeryturę. W zastępstwie za nią zatrudniono wyjątkowo wstrętną babę; która, zamiast na prowadzeniu lekcji, skupiała się głównie na wymyślaniu nam wszystkim od najgorszych - "a po co ja się tu produkuję, skoro jesteście zbyt tępi, żeby cokolwiek zrozumieć", "i tak nigdy niczego nie osiągnięcie" itp. Próby interwencji ze strony rodziców spełzły na niczym, ponieważ osoba okazała się być blisko spokrewniona z dyrekcją szkoły; ponadto nikt z nas nie dysponował wtedy telefonem z kamerą czy choćby zwykłym dyktafonem. A poza tym wszystkim przedmiot, którego "uczyła" kończył się nam wraz z pierwszym semestrem trzeciej klasy; tak że nikomu nie chciało się robić większej afery.
No ale od czego są młode, żądne sprawiedliwości umysły! Udało nam się zdobyć jej prywatny numer telefonu (poprzez podsłuchanie, gdy dyktowała go innej nauczycielce) i stworzyliśmy kilkanaście ogłoszeń "TANIO WYNAJMĘ TOI-TOI", które następnie porozwieszaliśmy po mieście. Nie zmieniło to atmosfery na lekcjach, nie wiemy nawet, czy ktokolwiek do niej zadzwonił. Jednak satysfakcja była nie do podrobienia :)
Wyszłam za mąż z rozsądku, ze strachu przed samotnością? Nie wiem.
Miałam 29 lat i fajnego faceta. Miły, rozsądny, opiekuńczy, ogarnięty i dość przystojny. Do tego wiem, że mnie kochał. Mnie też nie był obojętny, zależało mi na nim ale nie było żadnych fajerwerków.
Wszyscy bliscy mi mówili, że to świetny gość i lepszy się nie trafi, a zegar tyka. Nie ma na co czekać i trzeba wychodzić za mąż.
Mówiłam mamie o moich wątpliwościach, ale stwierdziła, że życie to nie film i miłość nie wygląda jak w romansach i to co czuję, to na pewno to. Stwierdziłam, że pewnie ma rację, a ja przesadzam. Wyszłam za niego. To było 3 lata temu.
Nie jestem szczęśliwa. Nie jestem też nieszczęśliwa, po prostu jestem. Mój mąż nie okazał się nagle jakimś zaborczym psychopatą. Nie. Jest dokładnie tym samym facetem, za którego wyszłam. Żyjemy sobie razem powolutku. Szanujemy się, a poza tym rutyna i nuda. Uniesień brak.
On nadal mnie kocha, mnie nadal na nim zależy, ale nie wiem czy to miłość. Nie sądzę, że tak powinno wyglądać małżeństwo, ale jestem zbyt wielkim tchórzem, żeby cokolwiek z tym zrobić.
Jestem dyrektorem szpitala. Dzisiaj przyszła do mojego gabinetu 27-letnia kobieta. Kobieta ta skończyła studia na kierunku lekarskim, a później 13-miesięczny staż, teraz ma rozpocząć rezydenturę (to kilkuletni etap przyuczania do specjalizacji). Dowiedziała się nieoficjalnie (oficjalne wyniki za kilka dni, ale niektóre Urzędy Wojewódzkie, które się tym zajmują, udzielają już informacji), że dostała się do mojego szpitala i chciała porozmawiać o warunkach pracy.
I wszystko byłoby OK, gdyby nie fakt, że przyszła z mamą. Nic nadzwyczajnego? No pewnie. Tylko że to mama mówiła, dziewczyna oprócz „dzień dobry” nie powiedziała ani słowa. Mama pertraktowała warunki pracy 27-letniej lekarki, poważnie.
Gdy miałam kilkanaście lat, byłam grubasem. Nic z tym jednak nie chciałam robić, więc mama zaprowadziła mnie do dietetyka. Ten zabronił mi jeść m.in. bułek z wędliną, serem i majonezem, które były moim ulubionym drugim śniadaniem. Stanowczo zaprotestowałam i zrobiłam mojej rodzicielce awanturę, kategorycznie domagając się, aby ta nie rezygnowała ze zwyczaju szykowania mi szkolnej wałówki.
Następnego dnia podczas przerwy wyjęłam z plecaka moje pudełko na drugie śniadanie. Ku mojej radości – było pełne. Mina mi zrzedła, kiedy je otworzyłam. Wewnątrz był liść sałaty, trzy rzodkiewki. A pod spodem? Pod spodem było zdjęcie mojej mamy jedzącej moją bułkę z wędliną, serem i majonezem!
O tym, jak wymusiłem na szkole remont toalet.
Chodziłem do szkoły samochodowej, od kiedy do niej chodziłem, toalety były w opłakanym stanie. Nie pamiętam kiedy była ciepła woda, a mydło i papier pojawiały się, gdy w szkole były różne uroczystości. Nawet brakowało desek sedesowych. I tak w sumie żyłem do końcówki 4 klasy.
Został miesiąc do matury, pierwsze dwie lekcje to były matematyki. Klasa pisała próbną maturę, a osoby, które jej nie zdawały (w tym ja) miały przyjść na 3 godziny. W szkole byłem 30 min wcześniej niż powinienem być. No i tak siedzę z kolegą na korytarzu i gramy w makao. Nagle podeszła pani wicedyrektor, która zaczęła wyzywać nas od gówniarzy, którzy unikają lekcji. Na nic były tłumaczenia o próbnej maturze. Jak już staliśmy pod klasą, obiecałem jej, że ta szkoła mnie zapamięta. Uruchomiłem kontakt do znajomego, co pracuje w dużej gazecie. Napisałem do niego jak wygląda życie w tej szkole. Brak papieru, mydła, desek, że w kabinie nie można się zamknąć itd. Przyjechał zrobił materiał i opisał na stronie internetowej tej gazety. Oczywiście za moją prośbą powiadomił sanepid i kuratorium.
W sumie w ciągu tygodnia mieliśmy w szkole nalot dziennikarzy, sanepidu oraz kuratorium. Uznali, że szkoła nadaje się do zamknięcia, jeśli nie zostanie wyremontowana. Remont ruszył w czerwcu, a teraz uczniowie mają nowe toalety, mają mydło, papier oraz ciepłą wodę w kranach. Wicedyrektor jak i główna zostali zmienieni na nowych.
W końcu po 4 latach obiecywanych remontów da się w tej szkole normalnie zrobić dwójkę i nie trzeba iść na stację benzynową.
Dodaj anonimowe wyznanie