Ostatnio ze znajomymi dostaliśmy na Instagramie link do mocnej strony.
Ale od początku.
Znajoma - ładna dziewczyna. Nawet próbowała kiedyś modelingu, ale nie wyszło. Znajoma z tamtych czasów odezwała się do niej (kiedyś były bardzo blisko ze sobą), że jest okazja. Słyszeliście pewnie o tych aferach z modelkami latającymi do Arabów? No właśnie we trzy, z jeszcze jedną koleżanką, miały lecieć na weekend do Dubaju dotrzymywać towarzystwa trzem Arabom na jachcie jednego z nich. Niby nic nie zostało powiedziane, ale wszystkie trzy wiedziały o co chodzi. Każda miała zainkasować po 30k PLN. W skrócie - poleciały. Przez dwa dni były brane na wszystkie możliwe sposoby. Zainkasowały po 35 k do łapki.
Trochę nas zdziwiło, że znajoma nagle mogła sobie pozwolić na rzeczy, których dotąd sobie odmawiała - ale cóż, nie nasza sprawa. Tylko że po jakimś czasie gość znowu się odezwał, że może by tak powtórkę. Tym razem się nie zgodziła - bo wprawdzie już wcześniej miała chłopaka, ale teraz awansował na narzeczonego i ślub był zaplanowany dosłownie za kilkanaście dni i była w szale przygotowań. Nie było jak zniknąć na weekend. Gość nalegał, a ona go stanowczo zbyła. Tego nie mogła przełknąć jego arabska duma - do kilkunastu jej znajomych z Instagrama wysłał linka. Okazało się, że na jachcie było sporo kamer - wszystko się nagrało, ze szczegółami. Jakaś usłużna dusza podrzuciła link narzeczonemu... Tu z kolei jego duma nie wytrzymała. Znajoma próbowała się bronić, że oni ją zmusili - nie przeszło, widać wyraźnie, że ona sama aktywnie w tym uczestniczy i inicjuje różne rzeczy.
Generalnie masakra wizerunkowa. Ona ma opinię wśród znajomych zjechaną do spodu. Zaręczyny zerwane. Rodzina nie chce mieć z nią nic wspólnego. Musiała wyjechać na drugi kraniec Polski, żeby nikt jej nie znał.
Osobiście - nie oceniam. Jej życie, jej sprawa. Tylko narzeczonego mi szkoda - z kumplami wzięliśmy go na chlanie zaraz po tym, żeby go kontrolować, by sobie nic nie zrobił, tylko wykrzyczał się wśród znajomych. Gość się zapłakiwał po paru głębszych, że jeszcze na drugi dzień po jej powrocie się spotkali na kolacji, rozmawiali o miłości, przespali się u niego, kochali. A jej ani brewka nie drgnęła, mimo że 24h wcześniej posuwali ją jacyś obcy goście.
Jest mi trudno napisać to wyznanie, gdyż jest mi bardzo wstyd. Może zacznę od początku.
Pochodzę z biednej rodziny, wiele razy zaznaliśmy głodu. Do tego miałam ojca alkoholika, potem mój brat poszedł w jego ślady. Wieczne awantury i kłótnie między nimi oraz ich z moją mamą. Ciągle nie było na nic kasy. Kiepsko szło mi w szkole, ciągle trzeba było być cicho, albo się usuwać, żeby nie podpaść. W szkole byłam nielubiana, bo jestem introwertykiem, wolałam zawsze siedzieć sama niż z bandą idiotów, którzy albo mnie osaczali, albo się ze mnie śmiali. A najlepsze było to, że przez dwa lata moja wychowawczyni na to nie reagowała, mimo moich próśb o pomoc. Jedyne na co było ją stać to "przejdzie im".
Po gimnazjum miałam iść do zawodówki, ale moja mama zdecydowała inaczej. Wiadomo, miałam dość szkoły i ludzi tam, ale trzeba było tam iść, nawet jak czasem byłam nieprzygotowana, bo nie mogłam się skupić na nauce, nie chciało mi się, przez moją sytuację rodzinną odechciewało mi się wszystkiego. Nie poszłam do zawodówki. Mama powiedziała "pójdziesz za rok, może coś się zmieni, może dorośniesz, masz czas na naukę". Najlepsze jest to, że policja się nie dowiedziała, mama nie musiała płacić kary. Przeszło to jakoś obok. Wtedy uważałam, że OK, jeśli moja mama tak zdecydowała, to musi być dobra decyzja.
Dziś, gdy jestem dorosłą osobą, jest mi wstyd przyznać się, że jestem po gimnazjum. Moja mama ciągle wszystkim kłamała i mi też kazała kłamać, że mam wyższe wykształcenie, że się przeniosłam do innej szkoły. Niestety nawet mojej najlepszej przyjaciółce się nie przyznałam, że nie mam szkoły. Mój chłopak też nie wie, co prawda powiedział raz, że przeszłość nie ma dla niego znaczenia i cokolwiek mu wyjawię, i tak będzie mnie kochał. Ja jednak się boję, że mnie zostawi, że zobaczy we mnie beznadziejną osobę, że uzna, iż jestem zerem, bezużytecznym śmieciem, bo tak się dziś czuję. Nie wiem co mam robić.
Ze swoim chłopakiem jestem od 4 lat, od 3 mieszkamy ze sobą.
Od zawsze miałam nadwagę. Zaczęło się robić coraz gorzej, gdy w wieku 16 lat wpadłam pod samochód i podczas gojenia kości w nogach przytyłam 10 kg. Do tego doszły problemy z hormonami. Byłam na setce diet, co schudłam, to od razu przytyłam. Z moim chłopakiem poznałam się, gdy miałam 15 kg za dużo.
Podczas mieszkania razem pozwalałam sobie na zbyt wiele. Mój chłopak gotował też dosyć tłusto, więc często na obiad miałam pizzę albo burgery. Trzymałam się mniej więcej kalorii, ale i tak waga wciąż stała.
Rok temu zaczęłam powoli dawać do zrozumienia, że może czas na zaręczyny, że fajnie by było kupić sobie mieszkanie, żeby nie płacić tyle na czynsz, tylko na kredyt. Co usłyszałam? "Oświadczę ci się, jak schudniesz". Dużo było takich przytyków, że wstyd mu ze mną chodzić za rękę z powodu mojej tuszy, a nawet wprost, że jestem grubasem.
Wstyd mi, że wtedy nie odeszłam. Bagatelizowałam to, próbowałam szukać winy u siebie, po paru cichych dniach wszystko wracało do normy, a potem znowu zaczynało się od nowa.
Były dni, że głodziłam się, bo wstręt do jedzenia był zbyt duży, a potem jadłam za trzech. Z czasem wstyd mi było patrzeć w lustro, czułam do siebie odrazę. Myślałam, że jestem niewystarczająco dobra dla niego, że nikt nie chciałby mieć grubej żony. Przestałam wychodzić na imprezy, zaczęłam bać się ludzi. Tylko w pracy czułam się dobrze, miałam cudowne koleżanki, ale nawet z nimi nie rozmawiałam o problemach.
Z czasem jednak, gdy znajomi pytali gdzie pierścionek, to mówiłam, że mój luby oświadczy mi się, kiedy schudnę. Oni kręcili głowami z niedowierzaniem, a mój chłopak wściekał się mówiąc, że wywlekam nasze prywatne sprawy.
Ja za to zaczęłam myśleć, że nawet jakbym odeszła, to i tak nikt by mnie nie chciał. Bardzo chciałam założyć już rodzinę, ale on wydawał mi się jedyną opcją. Pomimo wielu krzywd, kochałam go.
Nie rozumiałam jednak, jak można się tak czepiać. Sam był niższy ode mnie i miał co najmniej 10 kg nadwagi. Na co dzień był kochającym chłopakiem, ale gdy pojawiał się temat zaręczyn, zawsze miał tę samą odpowiedź.
Przeszłam na dietę. Schudłam 10 kilo, ale nie było mnie stać na dietetyka. Poza tym, nawet jak schudłam, to nie podobał mu się powód. Twierdził, że nie zrobiłam tego dla niego.
Nie wiem, po co to piszę. Chyba szukam potwierdzenia w obcych ludziach, że taki związek nie jest normalny. Mam już po prostu dość.
O tym, jak moja niepełnosprawność przerasta mojego chłopaka.
Mam 23 lata, na skutek wcześniactwa i towarzyszącego mu niedotlenienia mam niedowład czterokończynowy, nie jest jednak tragicznie. Chodzę o kulach dzięki rehabilitacji i ciągle idę do przodu - zaczynam chodzenie o jednej kuli i kijkach do nart. Niedowład zostanie na zawsze, ale bardzo prawdopodobne, że będę chodziła - powoli, kaczkowato, ale bez kul, co jest najważniejsze. Niemożliwe jest też chodzenie w innych butach niż ortopedyczne czy z usztywnianą piętą, za długo sobie też nie pochodzę, moje nogi nie wytrzymają dłużej niż godzinny spacer. Z rękoma los obszedł się łagodniej, nie mogę jedynie wiązać butów i sznurówek, ale od czego są fryzura na Matyldę z "Leona Zawodowca" i buty na rzepy?
Matury nie zdałam, pomimo parokrotnego podejścia matma okazała się nie do przejścia, postanowiłam w tygodniu skupić się na rehabilitacji (i na dobre mi to wyszło - patrz wyżej) W weekendy uczę się w policealce. Miałam trzy przyjaciółki, ale dwie zdrowe rozjechały się po kraju za studiami, a jedyna, która mi została, jeździ na wózku i żyje trybem życia podobnym do mojego. Jestem z natury zdystansowana, a moje libido określam jednym słowem: aseksualizm.
Dlaczego to mówię?
Rok temu moja młodsza o dwa lata siostra wyciągnęła mnie na imprezę z ludźmi z jej roku. Podpierałam tam ściany, póki jeden chłopak nie zagadał mnie o "kontuzję". Powiedziałam mu prawdę, co prawda uciekł spłoszony, ale coś mnie w nim zaciekawiło, zaczepiłam go na fejsie następnego dnia. Okazało się, że mamy podobne hobby, Rozmowy na fejsie zamieniły się w spacery po parku, czułam, że znalazłam człowieka, który myśli jak ja, poczułam pierwsze w życiu zauroczenie. Kiedy po czterech tygodniach zaproponował mi związek, byłam nieufna. Młodszy chłopak, kolega siostry, krótki staż znajomości, ale omamiona miłosnym naćpaniem zgodziłam się.
Na początku było cudownie, fryzurka urocza, aseksualizm i rzadkie zbliżenia były "szanowaniem się", a dresy, buty czy krótkie spacerki po prostu akceptował.
Od paru tygodni narzekał na mój mało kobiecy wygląd - zaczęłam nosić kobiece koszule i dżinsy na gumce zamiast dresów oraz malować rzęsy tuszem. Na początku się cieszył, ale teraz chciałby miniówek i bluzek z dekoltem. Namawia mnie też do częstszych zbliżeń, wkurza się, gdy jakaś pozycja jest dla mnie trudna do zrobienia, wymaga większej otwartości życiowej, pomimo że zawsze byłam chłodna. Czepia się krótkich włosów i braków w wykształceniu, sugeruje buty na obcasie (!) - na każdą odmowę reaguje fochem i nadal ogląda się za długowłosymi w szpilkach.
Raz mi wykrzyczał, że moje kalectwo go przerasta, myślał, że to wszystko będzie prostsze i go uszlachetni (?).
Nie wiem co robić, kocham go, ale wiem, że jednak nie każdy nadaje się do związku z kulawym.
Jestem tutaj pierwszy raz i mam nadzieję, że nikt nie będzie próbował mnie ocenić. Bardzo wstydzę się całej tej sytuacji, która zrujnowała mi życie. Nie wiem od czego zacząć. Mieszkam z matka, ojczymem, bratem i 3 moich dzieci.
Mam 30 lat i jestem 2.5 roku po ciężkim rozwodzie. Moja mama wyjechała na 4 dni z moim 3-letnim bratem do swojej siostry, która miała wypadek. Na szczęście wszystko w porządku. Tego wieczoru do ojczyma przyjechał brat. Zrobili sobie męski wieczór.
Było trochę alkoholu. Było po 2 w nocy. Wstałam do łazienki był włączony tv myślałam, że ojczym zasnął i nie zgasił. Poszłam zobaczyć, a oni jeszcze siedzieli, więc zaczęliśmy rozmawiać. Nie chcę już więcej opisywać tego wieczoru.
Nie wiem jak to się stało... doszło do współżycia. Nigdy wcześniej nie miałam takiej relacji z ojczymem czy jego bratem. Jestem w 14 tyg. ciąży i nie wiem, z którym z nim. Nie wiem jak o tym powiedzieć. Między mną a ojczymem doszło do zbliżenia jeszcze 4 razy. Wiem, że to okropne. Bardzo się boję o tym powiedzieć komukolwiek. Zaraz nie będę w stanie ukryć ciąży. Boję się, że zostanę bez dachu nad głową z dziećmi.
Jakiś czas temu sprawdzałam swoje konto i zobaczyłam na nim dużą sumę. Dokładnie to ponad 30 tys. złotych.
Zaczęłam się zastanawiać czy aby na pewno to nie sen, siedziałam przez chwilę w szoku i gapiłam się na stan konta. Potem zerknęłam na przelewy, by sprawdzić kto zrobił mi taką niespodziankę.
Był to przelew na kwotę 31 tys. z groszami, w tytule którego widniało "utarg za dzień taki a taki", w danych widniała jakaś firma z Warszawy.
Ktoś się pomylił i na moje konto wpłacił utarg prawdopodobnie ze sklepu. Cofnęłam więc ten przelew i w tytule wpisałam "Pomyłka, to chyba nie do mnie miało iść". Poszło natychmiastowym.
Po godzinie dostałam kolejny przelew na 300 zł z tytułem "Dziękuję, numer konta pomyliłem o jedną cyfrę, to za uczciwość".
Akurat tych 300 zł brakowało mi do spłaty rat kredytu :)
Historia będzie o moich najsmutniejszych urodzinach i o tym, jak jedna kropla przelewa czarę.
Na okazję 30. urodzin wyprawiłam imprezę, na którą zaprosiłam znajomych moich i męża. Nie chciałam robić tych urodzin, bo w mojej opinii mój mąż potrafi się "bawić nieco za dobrze".(przy czym mnie, o dziwo, wcale nie jest do śmiechu), jednakże uległam jego namowom "Kończysz 30 lat, to okrągła rocznica, należy ci się impreza" itp. OK, uległam, prosząc go tylko, żeby nie przesadzał z alkoholem.
Impreza trwała równe 2,5 godziny. Goście przyszli o 18, a o 20 mój mąż nie umiał ustać na nogach. Wytrąbił sam ćwiartkę, mimo że żaden z facetów nie pił mocnego alkoholu. Więc pił sam. Ze szklanki. Zapijając wodą.
Wywołałam go z pokoju, prosząc, aby przestał, bo każdy pije, ale z umiarem, tylko on jest pijany. No cóż... w trakcie moich próśb malowniczo zrzygał się do zlewu kuchennego, zarzygał kuchnię i przedpokój i stracił kontakt z rzeczywistością. Jeden z kolegów pomógł mi go zaciągnąć do łóżka.
Goście wyszli około 20.30, bąkając bez przekonania tradycyjne "sto lat" i "wszystkiego najlepszego". Do północy sprzątałam mieszkanie, myłam gary i talerze, chowałam jedzenie, sprzątałam rzygi, wywaliłam tort, bo nie mogłam na to patrzeć.
Rano mąż nie widział problemu, uznał, że zabawa była przednia, oczywiście obracałam kota ogonem. Mając właściwą całą noc na myślenie, myślałam o tych wszystkich "świetnych imprezach", o tym, ile razy bałam się jak przebiegną sylwester/urodziny/święta itp.
I postanowiłam też się świetnie zabawić.
Gdzieś koło 3 w nocy podjęłam decyzję o rozwodzie. Wy już wiecie, Anonimowi.
A teraz pora ubawić mojego męża. Oooo... pardon! Eksmęża.
Urodziłam dziecko mimo tego, że strasznie go nie chciałam. Rodzina i chłopak nie chcieli nawet słyszeć o żadnej innej opcji niż urodzenie i pokochanie. Ja od początku czułam, że tego nie chcę. Zaszłam w ciążę mimo założonej spirali. Nie wiem jak, chodziłam często na kontrole do ginekologa i zawsze było wszystko w porządku. A jednak... Ciąża. Z początku byłam przerażona, załamana i zrezygnowana, jednak pod wpływem bliskich uznałam, że może mają rację i wszystko się ułoży. Jednak bardzo źle znosiłam ciążę, cierpiałam psychicznie i bardzo ciężko było mi żyć z tym, że noszę w sobie dziecko, które niszczy moje ciało, a potem zmieni całe moje życie. Z moim stanem psychicznym było coraz gorzej, ale rodzina wciąż pilnowała, abym nie zmieniła zdania, partner szczególnie. No i nadszedł w końcu poród. Gdy zobaczyłam dziecko po raz pierwszy, nie poczułam nic, poza tym, że w końcu nie jest już we mnie. I mimo wielu prób nie pokochałam go nigdy.
Mój syn ma obecnie ponad 2 lata, a ja marzę tylko o tym, aby uciec od niego. Oczywiście zajmuję się nim, dbam, ale nie robię tego z miłości, a powinności. Z kolei mój partner jest dzieckiem zachwycony, za to opieka nad nim już go niezbyt interesuje. A ja mam dość. Choćbym chciała oddać syna, to partner w życiu się na to nie zgodzi. Dlatego postanowiłam, że odejdę. Zbyt męczy mnie takie życie wbrew sobie, udawanie miłości, poświęcanie się i ciężka praca przy dziecku, przy której teraz nagle nikt mi nie pomaga, nawet rodzice. Nie daję już rady psychicznie. Sądzę, że większą krzywdę sprawię temu dziecku, wychowując je z przymusu niż poprzez odejście. Alimenty będę płacić, ale nie chcę nigdy wracać do tego domu, partnera i dziecka. Chcę żyć normalnie, a nie udając i zmuszając się do rzeczy, które niszczą moje życie.
Odkąd pamiętam z całego serca nienawidziłem swojej starszej siostry.
Wychowywaliśmy się oboje pod ręką chorego psychicznie wuja, który całe szczęście miał nas gdzieś (rodziców nigdy właściwie nie zdążyłem poznać, a ona - z tego co mi wiadomo - nawet ich nie pamiętała). Był naszą jedyną rodziną, a do szkół chodziliśmy różnych, tak że nikt nie mógł zauważyć, jak znęcała się nade mną fizycznie i psychicznie, gdy byłem mały. Ja sam byłem tak zniszczony, że nikomu o tym nie ważyłem się opowiedzieć.
Gdy byłem już starszy, zacząłem odpowiadać na jej agresję agresją i powiedzieć, że ze sobą walczyliśmy i robiliśmy sobie nawzajem świństwa to mało (różnica w naszym wieku nie była jakaś wielka).
Kontakt urwał nam się szybko i nigdy więcej się nie zobaczyliśmy.
Dziś mam już prawie trzydzieści lat.
Cztery lata temu ona wpadła pod samochód. Pijany kierowca zakończył jej życie (oraz życie jej męża) i skłamałbym, gdybym powiedział, że jakkolwiek mnie to ruszyło. Nie bardziej niż informacja o tragicznej śmierci kompletnie obcej mi osoby.
Nie miałem zamiaru nawet pojawić się na pogrzebie.
Kilka dni później dowiedziałem się jednak, że umierając osierociła dwóch synów w wieku szkolnym (podobno matką była bardzo dobrą). Jakimś cudem chłopcy wylądowali pod moją opieką. Ludzie uznali, że usychający ze starości psychol nie jest odpowiednią osobą, aby się nimi zaopiekować, a że oprócz niego byłem tylko ja (o rodzinie jej męża nie wiem wiele poza tym, że po ślubie z moją siostrą go wydziedziczyli), to chłopcy trafili do mnie.
Warunki miałem, jak to określili urzędnicy, "idealne". Nikt się nie zainteresował moimi wcześniejszymi relacjami z siostrą. Tak naprawdę wepchnęli mi chłopaków, z góry uznając, że skoro jestem z nimi spokrewniony, to będę się chciał nimi zaopiekować.
Na początku nie docierało do mnie ich towarzystwo. Ignorowałem ich kompletnie, traktowałem jak powietrze. Myślałem nad tym, czy nie chcę przypadkiem urządzić z ich życia takiego samego piekła, jakie urządzała mi ich matka. Pomysły te szybko wyleciały mi z głowy. W końcu chłopcy nie byli niczemu winni.
Jakiś czas później rozmowy między mną i nimi przyszły w naturalny sposób. W końcu nie mogłem wciąż udawać, że ich nie widzę. Zaczęliśmy się do siebie zbliżać i okazało się, że dobrze się dogadujemy (przyczyniły się do tego wizyty u psychologa, do którego musiałem z nimi chodzić).
Przez te cztery lata staliśmy się sobie naprawdę bliscy. Kiedy na nich patrzę, czuję tylko ciepło, są dla mnie rodziną. Uwielbiam ich. Staram się po prostu nie myśleć o ich matce. Nie rozmawiam z nimi o niej.
Dzisiaj starszy z moich siostrzeńców zapytał, czy może mówić do mnie tato...
Byłem tak zszokowany, że nie umiałem mu odpowiedzieć, a on po kilku minutach czekania na moją odpowiedź speszył się i uciekł.
Gdy miałam jakieś kilka miesięcy miałam taki okres, że strasznie płakałam. Nikt nie mógł mnie uspokoić, lekarze robili badania, ale nic złego mi nie dolegało. Po prostu nikt nie wiedział dlaczego płaczę. Rodzice podejrzewali już jakieś zaburzenia psychiczne, gdy w końcu moja babcia stwierdziła, że jakoś podejrzanie często łapię się za ucho. Znów zabrano mnie do lekarza. A tam okazało się, że od dwóch tygodni w moim uchu żyje sobie w najlepsze jakiś robak, którego ruchy powodowały ból ucha.
Całe szczęście, że tego nie pamiętam, bo aż mnie wzdryga na samą myśl o tym. Może właśnie przez to mam do dziś straszny lęk przed insektami. :)
Dodaj anonimowe wyznanie