#I7hln
O tym, że malownicze krajobrazy mogą kryć jakąś mroczną historię wiedziałem i słyszałem już jako dzieciak. Byłem żywo zainteresowany tematem, a że o obozie jeńców wojennych słyszał każdy sąsiad, to dopytywałem ich o szczegóły. Pytani zawsze odsuwali go zarówno w czasie, jak i przestrzeni. No i tym samym często słyszałem tę samą wersję. Był "tam gdzieś za górką, dawno, dawno temu...". Dopytywani o szczegóły dokładali "no zginęły tu z głodu dziesiątki tysięcy ludzi". Dociskani mocniej dopowiadali "nie wiem, tamten sąsiad mi mówił, bo on tu dłużej mieszka". Niektórzy potrafili tak się zafiksować, że nawet nie mając nic sensownego do powiedzenia, wymyślali osoby, które żyły w tamtym czasie i widziały dramat na własne oczy. Często w ich opowieściach był element heroicznej pomocy zwykłego mieszkańca więźniom obozu, najczęściej poprzez podrzucanie jedzenia. We wszystkich opowieściach obóz był "tam za górką", bezpiecznie daleko.
No i stało się, 80 lat po wojnie wreszcie dotarło do mnie, gdzie to było. Okazało się, że zarówno na terenie mojego domu i podwórka, jaki i daleko w górę do punktu widokowego, wzdłuż głównej ulicy rozciągały się granice obozu. Powiew historii osadził wzdłuż tej ulicy drewniane baraki średnio 30-metrowe, mieszczące po kilkaset osób. Uwidocznił granice drutu kolczastego, ból, głód i cierpienie. Nagle okazało się, że to nie było daleko, historia odkryła karty. Rosyjskojęzyczne fora odkryły karty z pamiętników, karty obozowiczów, poszukiwania zaginionych. Natomiast zdjęcia zrobione przez Niemców stały się dowodem ostatecznie potwierdzającym zarówno miejsce, czas, przestrzeń, jak i ogrom tragedii. Na własne oczy zobaczyłem, zdjęcia, cyfry i wbite w karty obozowiczów pieczątki "gestorben". Imiona, nazwiska, odciski palców, wszystko na zdjęciu identycznej, takiej samej dla każdego osadzonego pożółkłej "PersonalKarte".
Moją wyobraźnia oszalała, moje bezpieczne miejsce, mój kochany dom! Wszystko to niecałe sto lat temu było miejscem, w którym ktoś potrzebował pieczątki "zmarł", potrzebował jej, bo przez te kilka liter wpisywanych w karty ktoś był zawalony robotą. Pieczątka tą komuś poprawiła komfort pracy, przyśpieszyła wypełnianie dokumentów. Historie o zjadaniu korzonków trawy, która z opisów występowała tylko gdzieniegdzie nabrały innego znaczenia. Stwierdzenie "moje bezpieczne miejsce" też nabrało zupełnie innego znaczenia.
Nawet nie trzeba wojny żeby ktoś gdzieś umarł. Przecież wszystkie te stare domy i mieszkania w kamienicach są po kimś. Często właściciele umierali właśnie w swoim domu. Poza tym kilka-set czy -tysięcy lat temu ktoś mógł umrzeć nawet dokładnie w tym samym miejscu co masz łóżko. Już nie schizuj tak koleś.
Jeżeli weźmiemy pod uwagę że do tej pory na świecie żyło 107 miliardów ludzi, to praktycznie wszędzie na zamieszkanych terenach ktoś umarł
Pole koło domu moich przodków nazywane było (i nadal jest) przez okolicznych mieszkańców "kostuchowym polem" i nie nie mam na nazwisko Kostucha – po prostu nazwa wzięła się od ogromnej liczby zgonów na tym polu – często to właśnie na nim rolnicy dostawali zawałów i udarów (odsłonięta i dobrze nasłoneczniona przestrzeń się do tego pewnie przyczyniła), pracowali w nim osoby starsze i schorowane – tak sobie dorabiali na życie i też przewracali się i umierali. Niektórzy ginęli od maszyn, inni zostali stratowani przez bydło (przez pewien czas część pola była pastwiskiem). Wiem o co najmniej 40 zgonach na tym polu z lat 1800-1930, czyli wychodzi, że średnio co 3 lata ktoś tam umierał! Przerażająca statystyka.
I wiesz co? Dzisiaj na tym polu stoi dom moich rodziców. Nigdy mnie duchy nie nawiedzały, a ja jakoś musiałem nauczyć się żyć z tą wiedzą, że w miejscu gdzie stoję ktoś umarł. Jako dzieciak czasem się bałem, ale z czasem przeszło. Tobie też tego życzę.
W wielu miejscowościach są takie miejsca, gdzie dochodziło do różnych tragedii, były np obozy przejściowe, miejsca zbiorowych mordów itd. Tylko nie zawsze miejscowi chcą o tym gadać. Historia jest bardziej zawiła i skomplikowana niż nam się to może wydawać. Nam, z wygodnego fotela wszystko wydaje się czarno- białe i proste. Inaczej myśli osoba, któta bierze w tym czynny udział. Niektórzy dobrowolnie, inni ze strachu, czy z przymusu. Większość zwykłych ludzi chce po prostu zapomnieć, i jakoś żyć dalej. Dlatego miejscowi często nie chcą gadać.
Dreszcz mnie przeszedł
Mój rodzinny dom (od czasów międzywojnia), mój pokój - w czasie okupacji Niemcy uczyli się topografii terenu, bo w okolicy działała partyzantka.
Kilkaset metrów dalej przywozili ludzi z Szucha - czasem już tylko zwłoki, a czasem dopiero w tamtym miejscu rozstrzeliwali.
3 kilometry dalej - rozstrzelano pięciu (albo czterech - nigdy nie pamiętam) braci z siedmiu (albo sześciu). Tak, dwóch ocalało - jeden, bo był w seminarium, a drugi był malutki (coś około 3-4 lat). I jak go dowódca niemiecki zobaczył, że biegnie do braci, którzy czekali na egzekucję, to popchnął go do rowu (a raczej kopnął) i nogą trzymał, aby nikt nie zobaczył. Chłopiec przeżył. Rodzice też byli świadkami, jak im synów mordują.
mnie tylko zastanawia, z eto sie do dzis nie zachowalo? w wiekszosci miejsc, gdzie byly getta czy obozy sa jakies pozostalosci, ruiny itp., a tu tak po prostu wyburzyli i kawalek miasta zbudowali?
@bazienka Niemcy po opuszczeniu obozów często je równali z ziemią
ale az tak, by starsze pokolenie nic nie pamietalo albo nie mowilo nawet szeptem?
zeby "nikt nic nie wiedzial"?
@bazienka starsi ludzie nie chcą mówić. Nie chcą pamiętać takich rzeczy.
W Kielcach po żydowskim getto nie ma już nawet śladu – może jeden, dwa budynki z tamtych czasów, a reszta zrównana z ziemią, wybudowane osiedla czy parki (w miejscu dawnego cmentarza żydowskiego stoi park, nie budują tam, bo przy wykopaniu jakiś zwłok musieliby z pół miasta wyburzyć). Stoi może jeden, dwa pomniki. Większość Kielczan nawet nie wie o tym, że takie coś istniało. Istna tragedia.
W moim mieście było getto, nie zostały po nim żadne ruiny, a na jego miejscu stoją teraz bloki.
Mieszkałam kiedyś w bursie, która stała na miejscu byłego obozu przejściowego, ale nigdy nie czułam jakiejś złej energii czy coś.
Za to pracuję teraz w restauracji, która stoi na miejscu dawnego zakładu pogrzebowego i co chwila wywala korki, są awarie nowych urządzeń, alarm często nie chce się załączyć. Niby w takie rzeczy nie wierzę, ale trochę ciarki przechodzą, kiedy wychodzę późno w nocy z pracy
Horror na żywo :)
Super napisane
Odremomtowalismy razem z mężem 230 letni dom. Wyszło naprawdę pięknie. Mieszkamy tu od niedawna i cały czas przychodzą do nas sąsiedzi informując nas, że w miejscu naszej obecnej kuchni znaleźli poprzednią właścicielkę. Martwa. Stadium rozkładu wskazywało, że nie żyła od 2 miesięcy.
Ciągle mieszka mi się dobrze, bo wlozylismy w to miejsce dużo serca i milosci. Prawie w każdym miejscu świata ktoś umarł i to od żyjących zależy, co z tym zrobimy.