Przez całe życie byłam nieuleczalną romantyczką. Zaczytywałam się w romansach, marzyłam o prawdziwej miłości, ale sama nie miałam okazji jej przeżyć…
Mając 20 lat bardzo zaprzyjaźniłam się z pewnym chłopakiem. Po miesiącu zdałam sobie sprawę, że zaczyna między nami iskrzyć. Okazało się, że on odwzajemnia uczucia i tak właśnie znalazłam się w moim pierwszymi związku. Był daleki od ideału, który przez lata wykreowałam w swojej głowie, miał wiele wad, ale byłam w nim zakochana.
Mijały tygodnie, pierwsze randki, pierwszy seks, (podczas którego nie czułam absolutnie nic), a ja coraz rzadziej o nim myślałam.
Minął prawie rok. Uwielbiam z nim rozmawiać, mam ochotę spotykać się z nim nawet codziennie, ale zawsze zostaje to ALE!
Coraz trudniej przełknąć mi jego wady (a wszystkie są błahe). Jeśli tak wygląda miłość, na którą czekałam te lata to jestem rozczarowana… Wciąż wyobrażam sobie, że kiedyś spotkam tego „pana idealnego”. Teraz już nie umiem wyobrażać sobie naszej wspólnej przyszłości tak jak kiedyś. Nie wiem czy to kwestia moich wybujałych oczekiwań zrodzonych z książek i filmów czy faktycznie pomyliłam przyjaźń z miłością. Nie wyobrażam sobie przestać spędzać z nim czas, ale w głębi serca nie wyobrażam sobie też spędzić z nim reszty życia.
Czy tkwię w związku bez miłości czy miłość w prawdziwym świecie naprawdę tak wygląda?
Ludzie z mojej miejscowości mają mnie za kobietę sukcesu (kiedyś starsza pani podeszła do mnie i z podziwem tak na mnie powiedziała), bo zawsze dobrze się uczyłam, wygrywanie konkursów przychodziło mi łatwo i poszłam na kierunek, o którym ludzie myślą, że jest prestiżowy. Nie wiedzą, jak trudno mi było się na nim utrzymać, w sensie przechodzenia na kolejny rok, między innymi przez problemy życiowe. Przez te problemy czuję się trochę przegraną, ale oni o tym nie wiedzą.
Prawdopodobnie zaraziłem swojego partnera HIV-em.
W nagrodę za zdaną sesję kupiłam sobie diadem księżniczki. Nie dla beki! Mam zamiar go nosić kiedy nikogo nie będzie w domu. Po prostu bardzo lubię udawać, że jestem księżniczką....
Mam 22 lata.
Na co dzień zajmuję się makijażem permanentnym brwi. Niedawno koleżanka pokazała mi na Instagramie swoją znajomą, mówiąc:
- Patrz, jak jej ktoś brwi spier*olił.
Tak... to ja jej "spier*oliłam" brwi.
Jak byłam mała (ok. 11-12 lat), to czekałam na pierwsze włosy w miejscu intymnym i przy każdej kąpieli sprawdzałam, czy już rosną. Jak pojawiły się pierwsze włosy, to myłam je szamponem do włosów, bo chciałam, żeby były puszyste i lśniące.
Tak, już mi to przeszło.
Pewnego dnia, jadąc z rodzinką do kochanej babci, tata zatrzymał się na pewnym skrzyżowaniu. Wiadomo, czerwone światło, piesi przechodzą na drugą stronę ulicy z chodnika na drugi chodnik. Czekamy sobie spokojnie, gdy nagle... typek siada nam na masce samochodu. Po prostu. Kładzie swoje cztery litery na naszej masce, a jego głowa pokryta ciemnymi, gęstymi loczkami leży na przedniej szybie. Po króciutkiej chwili chłopak się podnosi i odchodzi sobie, jak gdyby nic się nie wydarzyło, i dołącza do swojej babci z mamusią.
Wszyscy oszołomieni, nikt nie wie, co tu się, do świętej Maryjki, właśnie wydarzyło.
Tata zjeżdża w boczną uliczkę, wysiada i leci szukać typa.
Później przyjechała policja, ciężko było im uwierzyć w zaistniałą sytuację, ale że chłopak należał do grubszych osób, w masce zostało wgłębienie (ledwo widoczne, ale jednak) w kształcie jego zadka i dwóch kończyn.
Do dzisiaj nie wiem, co on sobie wtedy wymyślił w tej łepetynie.
Historia opowiedziana przez mojego tatę :D
Na SOR przywieźli osobę z ośrodka psychiatrycznego, po próbie samobójczej. W tym samym czasie służbę pełnili dwaj lekarze - bliźniacy. Jeden podchodzi do pacjenta, zaczyna rozmawiać:
- Dzień dobry, pan po próbie samobójczej, prawda?
- Tak!
- Rozumiem... Czy chciałby pan dalej leczyć się w ośrodku?
- Nie, odwal się!
- Dobrze, zaraz znowu do pana przyjdę.
Pierwszy lekarz odszedł w odmęty szpitala.
Przychodzi drugi brat, zaczyna konwersację:
- Dzień dobry, dobrze pan się czuje?
- O kurna, chyba muszę zacząć się leczyć...
Nieważne gdzie pojawi się temat samobójców, zawsze ktoś napisze, że to egoiści, którzy niszczą komuś życie...
Siedziałam w psychiatryku (anoreksja, jeśli to kogoś obchodzi), w pokoju ze mną była też dziewczyna z nadmierną agresją i dziewczyna po próbie samobójczej. Kiedyś tak sobie gadamy i agresywna zaczęła najeżdżać na tę po próbie. Że głupia, że zraniła rodzinę, że widok jej zwłok mógł komuś zniszczyć psychikę, że jakby chciała skoczyć, toby mogła na kogoś spaść, że ogólnie słaba i ludzie mają większe problemy. Wiecie, co odpowiedziała? Że starszy brat molestował ją od zawsze, jak nie chodziła jeszcze do szkoły, to nawet ją zgwałcił. Rodzice nie wierzyli, do tego ją bili, gdy robiła coś nie tak, jak oni chcieli. Próbowała o tym powiedzieć pedagogowi, on powiadomił rodziców, wiadomo, jak to się skończyło. W szkole od zawsze była ofiarą. Wyśmiewana, bita, a do tego w podstawówce wina za wszystko spadała na nią, bo nauczyciele mieli ją za czarną owcę. Rodzice co chwilę wzywani do kłótni w szkole, więc ona co chwilę bita. W gimnazjum koledzy z klasy co dzień pytali, czemu się jeszcze nie zabiła, skoro nikt jej tu nie chce. Całe jej życie było wypełnione przemocą fizyczną i psychiczną. Nawet w psychiatryku pielęgniarki przy niej naśmiewały się z jej nadwagi, a lekarz podobno spytał, czy z tym gwałtem nie poniosła ją wyobraźnia, bo przecież była wtedy małym dzieckiem. Na koniec stwierdziła, że ma gdzieś, że jest słaba, że pierd*li cały ludzki gatunek. Żaden człowiek nigdy nie okazał się dla niej człowiekiem. W jej mniemaniu nie zasłużyli na to, by jakkolwiek się nimi przejmować. Szukała pomocy wiele razy i prawie zawsze została za to ukarana, pomocy nie otrzymała nigdy. Ma gdzieś, że jej zwłoki mogą spowodować u kogoś traumę, bo jakim prawem ludzie to właśnie ją wybrali na kogoś, nad kim można się znęcać do woli? Jeśli ona jest samolubna, bo chce się wyrwać z piekła, to kim są ludzie, którzy chcą, by w nim trwała?
Minęło trochę czasu, ona pewnie nie żyje, bo była bardzo zdeterminowana, by odebrać sobie życie. Jeśli się zabiła, to mam cichą nadzieję, że swoim samobójstwem spowodowała komuś jakieś problemy. To zabawne, że oprawcy winę ponoszą chyba tylko w filmach, a gdy już doprowadzą kogoś do samobójstwa, to ich ofiara była słaba i samolubna.
Przeczytałem wyznanie o dziecku, które jeździło na kozie, bo myślało, że to mały koń.
Ja, jako niespełna 3-letnie dziecko, przejechałem się na kurze. Raz, ale udało mi się :)
Dodaj anonimowe wyznanie