#Us13Z

To było w podstawówce, w 4 albo 5 klasie. Zbliżał się koniec roku. Miałem do zrobienia zadanie z matematyki, zostawiłem je na ostatnią chwilę, a okazało się, że nie potrafię go rozwiązać. Byłem zagrożony z matematyki i bardzo potrzebowałem dobrą ocenę z tego zadania, nie mogłem sobie pozwolić aby pójść do szkoły bez niego. Siedziałem przy stole przed domem, rodziców nie było. Byłem zdesperowany, więc zacząłem się głośno modlić o pomoc. 

Usłyszał mnie wiecznie pijany sąsiad alkoholik, powiedział "No daj to, zrobię ci". Zrobił w 10 minut, dostałem piątkę.

#13b3S

Przez koronawirusa wszystkie zajęcia mam zdalne. Prawie codziennie spędzam całe dnie przed laptopem. Paradoksalnie mam mniej czasu, niż gdy chodziłam na uczelnię, bo każdy chce miliona różnorodnych prac pisemnych, by udokumentować przebieg zajęć. Niestety bardzo cierpią na tym moje oczy. Widzę coraz gorzej i mam coraz większe problemy z kręgosłupem. A wykładowcy i tak mówią, że się obijamy i nic nie robimy.

#JfdR0

Mam ponad 30 lat i jestem śmiertelnie otyła. Ważę zapewne już ponad 200 kg. Jeszcze się ruszam, ale co to za ruch - po mieszkaniu, czasami wyjdę na miasto, ale ze względu na tuszę rzadko to robię, bo ludzie się patrzą.
Nic mnie nie motywuje do schudnięcia. Ani inne grubasy, którzy schudli, ani własne zdrowie. Wiem, że niedługo siądą mi stawy i nie będę mogła ruszyć się z łóżka, mogę dostać zawału, wylewu czy innych rzeczy związanych z otyłością.
Nie motywują mnie wyzwiska młodzieży, gadanie obcych ludzi.

Dokuczali mi od zawsze, ale to mnie nie motywowało jak niektórych do drastycznych zmian. Mama chodziła ze mną po lekarzach już od momentu, gdy miałam 3 lata, bo za gruba byłam według niej. Do 17 roku życia byłam u wielu lekarzy, ale żaden nic nie mówił, poza tym, abym schudła. Różne diety, ćwiczenia - kiedyś tak, bo trochę mi jednak zależało. Teraz... Głosik w głowie krzyczy "Weź się zacznij ruszać", ale ciało odmawia i nawet w domu nie ćwiczę. Jakiś przełącznik w głowie od ciała nie chce się przełączyć na to, bym cokolwiek robiła.

Lubię chodzić na spacery, jeszcze 10 lat temu potrafiłam przejść wiele kilometrów i się nie męczyłam, a teraz przejdę się 20 metrów i mam zadyszkę i strasznie boli mnie w dole pleców od chodzenia. To ten ból sprawia, że zrezygnowałam z długich spacerów. Nie mam kondycji. Mogłabym iść na operację zmniejszenia żołądka, bo jest refundowana, ale nie jestem ubezpieczona, więc nie pójdę do żadnego lekarza, który mnie wyśle na taką operację.
Nie chcę umrzeć, ale sama powoli doprowadzam się do śmierci.
Nie wiem gdzie i jak szukać motywacji, bo jestem leniwa i to też sprawia, że mi się nie chce.

#zB7Aa

Mam dwie bardzo różniące się od siebie babcie. Jedna - spokojna, życzliwa, uczynna. Druga - złośliwa, roszczeniowa. Pierwsza dużo pomagała, kiedy byłam mała, zaprowadzała i odbierała mnie ze szkoły, zabierała na spacery, czasem do siebie do domu na noc, no taka dobra babcia. Druga, mówiąc delikatnie, od zawsze miała mnie gdzieś. Kiedy widywałyśmy się raz na kilka miesięcy oceniała tylko, jak wyglądam, ani razu nie spytała co u mnie. Ponieważ do pewnego czasu mieściłam się w jej standardach, nie miała się do czego przyczepić. Kiedy kilka lat temu przybyło mi kilka kilogramów, usłyszałam od niej najbardziej krzywdzące słowa, jakie tylko mogłam sobie wyobrazić, przytoczę kilka z nich: "takie grubasy nie mają prawa żyć, lepiej, żeby cię nigdy nie było", "tylko czekam, aż cię facet rzuci i przyjmę tą wiadomość z satysfakcją". I wtedy coś we mnie pękło. Przestałam do niej przyjeżdżać, przestałam pomagać, nie dzwonię na Dzień Babci, na urodziny, imieniny i zresztą ona też przestała. Nie ma pojęcia, co u mnie słychać i w zasadzie też chyba zapomniała, że ma wnuczkę. Nie doczekałam się przeprosin do dzisiaj i zapowiedziałam, że dopóki się nie doczekam, po prostu nie mam tej babci.

Teraz jest niepełnosprawna, porusza się głównie na wózku, potrzebuje opieki 24 na dobę. Rodzice mówią, że powinnam odpuścić, że to było dawno, ale ja jestem nieugięta. Mam dosyć tego, że mój tata wraca od niej cały w nerwach i wyżywa się na nas, bo babcia znowu nagadała mu przykrych rzeczy. Codziennie słyszę, że zachowuje się strasznie złośliwie. Ostatnio rodzina obraziła się na mnie, bo odmówiłam odwiedzenia jej (co próbowali mi narzucić rodzice) i przywiezienia jej posiłku, który sama miałabym zrobić. Rodzice stwierdzili, że jestem podła, skoro to oni musieli się tym zająć, a babci przecież byłoby tak miło. Nie byłoby. Ona w dalszym ciągu ma mnie gdzieś. Interesuje ją cała dalsza rodzina, tylko nie ja. Na wspólnej Wigilii wolała podkreślić, że podzieli się ze mną opłatkiem, ale niechętnie.

Czy jest coś złego w tym, że staram się nie być fałszywą osobą i po prostu mówię co mnie boli i zabolało i oczekuję za to przeprosin, zamiast robić dobrą minę do złej gry?

#C8WNy

To było jakieś dwa lata temu. Z przyczyn rodzinnych zatrzymałam się na mniej więcej dwa tygodnie w innym mieście u starej przyjaciółki. Wracałam właśnie z większych zakupów. Było około 19, pora późnojesienna, więc szarówka dosyć zaawansowana, mokro, ponuro. Idąc mało uczęszczaną w tamtym okresie aleją, natknęłam się na niepokojącą scenę - dorosły facet ciągnął chyba siedmioletniego chłopca za rękę i kazał mu iść z nim, na co mały stanowczo odmawiał i próbował się wyszarpać. Nie powiem, zmroziło mnie. W pierwszej chwili stałam tak z siatami pełnymi zakupów i patrzyłam na sytuację, nie wiedziałam co zrobić. Awantura między nimi jednak trwała, a mężczyzna zaczął dosłownie ciągnąć chłopca w sobie znaną stronę, a ten zapierał się nogami i mówił, że nie chce. Pełna lęku, ale z poczuciem, że muszę zareagować, ruszyłam w stronę faceta, wołając aby się zatrzymał. Miałam nadzieję, że świadek i sama interwencja go spłoszy - byłam pewna, że miał złe zamiary względem tego dziecka. On jednak zdenerwowany zapytał o co chodzi. Chciałam wiedzieć co się dzieje, co to za chłopiec i czemu jest tutaj taka awantura, ale powiedział, że to nie moja sprawa. Pociągnął małego, który ciągle próbował wyszarpać rączkę z uścisku mężczyzny, krzycząc, że nigdzie nie chce iść. Przestraszyłam się, zagroziłam, że zaraz zadzwonię na policję, jeśli nie puści chłopca. Wtedy odwrócił się, podszedł do mnie i kazał spie*dalać. Przestraszyłam się, nie wiem, czy to przez strach, nagły przypływ odwagi czy jakiejkolwiek pierwotnej siły, ale dźwignęłam jedną torbę pełną zakupów i tak się nią zamachnęłam, że trafiłam nią faceta w ramię albo nawet w szczękę, bo zachwiał się i zgiął w pół, trzymając za głowę. Puścił wtedy chłopca, ale ten, zamiast uciekać czy coś, krzyknął: "Tato!" i podszedł do mężczyzny, pytając, czy żyje. Stanęłam jak wryta, nie wiem jak długo przetwarzałam informację, ale chyba na tyle szybko, by mnie nie złapali, bo nim pokrzywdzony zdołał zrobić cokolwiek - ja już kopytowałam w stronę domu przyjaciółki nawet nie patrząc na to, że w mojej broni zrobiła się dziura i zgubiłam puszkę z ananasami. Nikomu nic nie powiedziałam, po kilku dniach wróciłam już w rodzime strony.

Do dziś, gdy odwiedzam przyjaciółkę boję się, że spotkam tego mężczyznę i mnie rozpozna. Jeśli czyta pan to wyznanie, to przepraszam, naprawdę myślałam, że ktoś chce zrobić pana synowi krzywdę. Mam nadzieję, że nic poważnego się wtedy panu nie stało.
Przepraszam.

#nVNYS

Sytuacja miała miejsce, gdy chodziłem do pierwszej klasy podstawówki. U nas w kościele był taki zwyczaj, że podczas modlitwy dzieci mogły same zgłaszać intencje. Zgłaszały się i mówiły np. "Módlmy się za rodziców" itp. 

Pewnego dnia postanowiłem, że i ja podam jakąś intencję. Chciałem się wyróżnić i podać modlitwę za dzieci, które w tym roku miały przyjąć pierwszą Komunię Świętą. Jako, że byłem mały i niezbyt umiałem się wysłowić to powiedziałem "MÓDLMY SIĘ ZA KOMUNISTÓW". W tym momencie cały kościół zaczął się śmiać, a ja nie wiedziałem o co chodzi. 

Dopiero potem ksiądz uświadomił mi, że jest różnica między komunistami a dziećmi pierwszokomunijnymi. Nie zapomnę tego wstydu. Chciałem zabłysnąć, a wyszło jak zawsze.

#nfTb5

Mam już po dziurki w nosie "depresji" mojego brata.

Miłosz zawsze był przewrażliwiony na swoim punkcie. Na wszystko nie po swojej myśli reagował płaczem. Strach mu było cokolwiek powiedzieć. Rodzice oczywiście wzięli go do psychologa, okazało się, że jest wysoko wrażliwą osobą. Nic innego nie stwierdzono. Niby pracował z terapeutami, ale większych rezultatów nie było widać. Tyle dobrego, że nauczył się radzić sobie z niechęcią rówieśników. Oprócz totalnego braku poczucia humoru i tego, że z byle powodu się obraża (chyba nikt go nie przekona, że to naprawdę odstrasza), kilku bałwanów dokuczało mu, bo uwielbia czytać - to akurat spoko cecha.

Pod koniec gimnazjum zrobił się bardzo kochliwy, co trochę miał inny obiekt westchnień. Zwykle jego miłość ograniczała się do podziwu na odległość. Zdał maturę, poszedł na studia w naszym mieście, bo boi się wyprowadzki z domu. Przeniósł się na zaoczne, bo dzienne go przerosły (jest na drugim roku) - za dużo stresu. Do pracy nie chodzi, bo stres. Ma stypendium, poza tym dostaje kasę od rodziców. W planach ma zostać pisarzem.

Miesiąc temu zakochał się. Dziewczyna fajna, ale postawiła sprawę otwarcie - ma już chłopaka, z którym jest szczęśliwa i nie chce innego. Miłosz od razu ogłosił, że ma depresję. Przy jedzeniu jęczy i wzdycha, że jeść nie może, chociaż kilka razy kiedy nie widział przyłapałam go na myszkowaniu w lodówce. Podobno nie sypia, ale musiałam go porządnie szturchnąć, żeby się obudził. Wszystkie rozmowy ostatnio kręcą się wokół jego złamanego serca. Jestem w klasie maturalnej i przez wirusa jest jeden wielki chaos. Kiedy rodzice rozmawiają ze mną o moich sprawach, Miłosz od razu zaczyna jęczeć, że nikt nie przejmuje się jego cierpieniem. Mama zawsze mogła go wysłuchać i poświęcić mu czas, ale ojcu wyraźnie kończy się cierpliwość, coraz częściej zwraca bratu uwagę, że historia jego nieszczęśliwej miłości nie musi być opowiadana tysiąc razy dziennie.

Ja z bratem nigdy nie byłam blisko. Jako dziecko złościła mnie jego płaczliwość, on uważa, że jestem chłopczycą, bo nie trawię romansideł w każdym wydaniu (Miłosz je uwielbia), mam sporo przyjaciół, z którymi lubię spędzać czas, lubię sport i aktywne spędzanie czasu. A to, że wybieram się na kryminalistykę wręcz go brzydzi. Kilka razy powiedział mi, że skoro od zawsze lubię zagadki i interesują mnie sprawy kryminalne, to znaczy, że coś ze mną nie gra. Dąsa się też, że dorabiam sobie u ojca. Sam miał taką szansę, ale bycie kurierem to przecież ogromny stres, a papierkowa robota z tym związana doprowadza go do migreny.

Ostatnio rodzice kłócą się z powodu brata, bo ojciec chce żeby Miłosz zaczął jakąkolwiek pracę, choćby zdalną, mama twierdzi, że najpierw powinien dojść do siebie i przejść terapię - zaczyna za tydzień.
Mi już bokiem wychodzą jego jęki i westchnienia, gadanie wszystkim jakie to ma złamane serduszko. Nie życzę mu źle, ale potwornie mnie wkurza. Każda rozmowa w jego obecności sprowadza się do jego depresji. Chcę już zdać maturę i wyjechać na studia.

#VQ4Dq

Jest taka dziewczyna, która jest na siłowni często w tym samym czasie co ja. Szczególnie w prawie każdy poniedziałek ją spotykam. O tej porze siłownia jest prawie pusta, zwykle jestem ja, ona i może dwóch kolesi. W tamten poniedziałek byłem tylko ja i ona.

Właśnie robiłem ostatnie ćwiczenie, gdy ona ćwiczyła na stanowisku obok. Nagle usłyszałem jak powiedziała “Wow... naprawdę wow, dobry jesteś”. Zbiło mnie to z tropu, bo nigdy nikt mi żadnych komplementów na siłowni nie prawił. Dla pewności rozejrzałem się po sali, byliśmy tylko my. Popatrzyłem na nią, uśmiechnąłem się i odpowiedziałem... “badziebadla”. Tak, pieprzone BADZIEBADLA. Co to w ogóle miało znaczyć? Po czymś takim trudno kontynuować rozmowę, więc z głupią miną wróciłem do ćwiczeń. Ze wstydu, że właśnie wymówiłem najdziwniejsze słowo w historii polskiej mowy, unikałem patrzenia w jej kierunku.

Wkrótce ona wyszła, ja też skończyłem i poszedłem do szatni. W tym samym czasie wychodziliśmy na parking, przytrzymałem jej elegancko drzwi. Tak się złożyło, że zaparkowaliśmy koło siebie na końcu parkingu, więc szedłem zaraz za nią, nieco z boku. W pewnym momencie odwróciła się z uśmiechem i powiedziała “Dziwię się, że jeszcze dajesz radę chodzić, po takich ciężarach”. To był dobry moment na czarujący żarcik. Otworzyłem swoją brzydką gębę i powiedziałem “Śledzę cię!”. Tak, zajebiście czarująco. Odpowiedziała tylko “Ah…” i z prędkością Justyny Kowalczyk ruszyła do swojego samochodu, wsiadła, zamknęła się 5 razy i odjechała z piskiem opon.

#BNZIO

Mój przyjaciel jest zapalonym akwarystą hodującym bardzo rzadkie okazy rybek. Jakiś czas temu udało mi się skontaktować z pewnym mężczyzną, który ma podobną pasję i jakimś cudem udało mu się w domu rozmnożyć szalenie niepospolitą odmianę jakiegoś gupika. Facet był jedną z trzech osób w Europie, której się to udało. Przez długie miesiące namawiałem go, aby sprzedał mi jedną ze swoich rybek, bardzo chciałem bowiem dać ją w prezencie mojemu przyjacielowi na urodziny. W końcu udało się, chociaż cena za tego małego „koleżkę” była astronomiczna. Do tego stopnia, że musiałem złożyć się na ten prezent z tuzinem znajomych.

Rybsona (tak go nazwałem) dostałem razem z akwarium ze specjalnym podgrzewaczem i karmą dedykowaną tylko i wyłącznie temu gatunkowi. Obchodząc się z tym skarbem niczym z osobistą porcelaną najszlachetniejszego z cesarzy dynastii Ming, zaniosłem naczynie do domu. Postawiłem je na stole i poszedłem po telefon, aby zadzwonić do reszty „sponsorów” i wspólnie udać się z tym prezentem do solenizanta.

Kiedy po minucie wróciłem, moim oczom ukazało się puste akwarium i siedzący nad nim Bożydar – mój gruby kot dachowy, który nic nie robiąc sobie ani z absolutnej niepowtarzalności rybki, ani z faktu, że ta kosztowała tyle co średniej wielkości państewko afrykańskie, postanowił ją ordynarnie wpier#olić.

Nawet nie wiecie jak wstyd mi było przed znajomymi. Nigdy bym się takiego zachowania nie spodziewał po czternastoletnim pchlarzu, który je żarcie z puszki i panicznie boi się much.

#Gxbed

Kilka lat temu, kiedy byłam jeszcze w gimnazjum, szkołą wstrząsnęła informacja o tym, że jej absolwent, który gimnazjum skończył rok wcześniej, wypadł z okna i zginął na miejscu.

Wszyscy zastanawialiśmy się, jak mogło do tego dojść. Nie było wprawdzie tajemnicą, że nasza dzielnica bezpieczna nie była, że dilerzy, kibole i inne rzezimieszki mają tam raj, ale chcieliśmy się dowiedzieć, co poszło nie tak.

Wygadała się jakiś czas później nasza koleżanka z klasy. Przyznała, że jej starszy o kilka lat brat był na imprezie z tym chłopakiem, który zginął. Towarzystwo piło, paliło, wiadomo. W pewnym momencie M (zmarły chłopak) usiadł na parapecie. Wiecie, to takie budownictwo, gdzie parapet za oknem jest dość wąski, ale ogólnie to można bez przeszkód na nim usiąść. Chłopak siedział zadowolony, gawędził ze znajomymi. W pewnym momencie brat koleżanki postanowił dla żartu zamknąć za tym M okno. Chłopak utknął na parapecie. Walił w okno, żeby ktoś go wpuścił, ale rozbawione towarzystwo doszło do wniosku, że przecież nic mu się nie stanie i że to takie zabawne. Chłopak coraz bardziej przerażony krzyczał i błagał resztę, żeby otworzyli okno, że zaraz spadnie, ale przestali zwracać na niego uwagę. I w końcu spadł. Nie wiadomo, czy się poślizgnął, czy stracił równowagę, ale spadł bodajże z 8 piętra. Nie było czego zbierać. Policja przyjechała, ale nikt nie chciał rozmawiać. Uzgodnili między sobą, że powiedzą, że nic nie widzieli, że nie zwrócili uwagi, bo impreza, bo muzyka, bo dużo się działo.

Nie mówię, że brat koleżanki go zabił, chociaż... w pewnym sensie tak. Doprowadził do tego, że chłopak, przerażony i zestresowany, spadł z 8 piętra. Dla żartu. I zabawy. I nigdy nie poniósł za to odpowiedzialności.
Dodaj anonimowe wyznanie