Był koniec lata. Moja siostra z chłopakiem lecieli na wycieczkę zagraniczną. Poprosili mnie, abym ich zawiózł na lotnisko, akurat miałem czas, więc oczywiście się zgodziłem.
To był bardzo gorący dzień. W aucie nie mam klimatyzacji, więc jak dojechaliśmy na lotnisko, byłem cały spocony. Pomogłem wypakować im bagaże i wtedy moja siostra zorientowała się, że zapomniała paszportu - zostawiła go na szafce na przedpokoju! Na szczęście do odlotu były jeszcze 2 godziny, więc powiedziałem, żeby spokojnie poczekali, a ja szybko przejadę.
Wsiadłem do samochodu i rura. Jak za 20 minut wpadłem do mieszkania, to ociekałem potem, więc wytarłem się ręcznikiem i przebrałem koszulę na t-shirta. Potem do samochodu i na lotnisko. Gdy dojechałem na lotnisko, siostra przywitała mnie jak bohatera. Był tylko jeden mały problem - zapomniałem o jej paszporcie...
Jestem totalnie płaska. Nawet nie musiałabym nosić stanika, bo nie ma do czego, a swoje lata już mam i niestety nie mogę liczyć, że mi jeszcze cycki urosną. Zdecydowałam się na powiększanie. Zapłaciłam za operację, pojechałam do kliniki, dopełniłam formalności, ale gdy miałam wykonywane różne badania (morfologia, EKG itd) zrozumiałam, że strasznie boję się krwi, bólu po zabiegu i że ogólnie mnie to całe cięcie obrzydza. No i uciekłam. Teraz nie dość, że jestem płaska, to na dodatek wyszłam na debila.
Miałam wtedy może z 6 albo 7 lat, dokładnie nie pamiętam, tak czy siak byłam dzieckiem.
Zdarzyło się to podczas wakacji. Rodzice pracowali, starsze rodzeństwo spędzało czas ze znajomymi, a ja często zostawałam sama w domu. Bardzo lubiłam oglądać telewizję, a w szczególności wszelkiego rodzaju programy, gdzie można było dodzwonić się na wizję, odpowiedzieć na pytanie, rozwiązać hasło krzyżówki, itd.
Wiedziałam, że w tego rodzaju "konkursach" może brać tylko osoba pełnoletnia, dlatego nieustannie ćwiczyłam swój głos tak, aby brzmiał poważniej. A przynajmniej tak mi się wydawało ;)
W każdym razie prawie codziennie przez jakieś dwa albo trzy tygodnie dzwoniłam na wizję - nigdy oczywiście nie udało mi się połączyć. Bardzo, ale to bardzo liczyłam na to, że uda mi się coś wygrać, już planowałam, że zrobię rodzicom niespodziankę, że będą ze mnie dumni.
Cóż... W końcu przyszedł rachunek. Rodzice zdębiali. Nie pamiętam, ile musieli zapłacić, ale zapewne sporo.
Byłam tak przerażona tym, co zrobiłam, że zaprzeczyłam, kiedy spytali, czy to ja wydzwaniałam pod różne dziwne numery.
Koniec końców nie zostałam ukarana, bo szłam w zaparte, że to nie ja, a rodzice doszli w końcu do wniosku, że może ktoś podłączył się pod nasze kable (nie pytajcie jak, nie wiem, w każdym razie mieszkaliśmy w bloku, gdzie dostęp do różnego rodzaju skrzynek był ogólnie rzecz biorąc nieograniczony).
Mamo, tato, przepraszam.
Kiedy miałem 5 lat wpadłem do rzeki. Widziało to kilka osób, ale nikt nie ruszył na ratunek. Uratował mnie owczarek niemiecki, który zerwał się ze smyczy swojego właściciela, skoczył do rzeki i wyciągnął mnie. Kilka lat później jego właściciel powiedział mi, że ten pies bał się wody, a i tak zaryzykował swoim życiem, aby ratować moje.
Czy ktoś z Was też ma taką sytuację w związku? Czy to jest jeszcze normalne czy już podpada pod patologię?
Jestem w związku ponad 5 lat. Mamy ślub, kredyt na dom, generalnie jesteśmy bardzo szczęśliwi.
Tylko mojemu kochanemu raz na 2-3 miesiące odbija. Zamyka się w sobie, śpi na kanapie w salonie i generalnie do mnie nie odzywa. I to tak trwa 3-6 tygodni. Próbowałam go tłumaczyć (sobie), że trudne dzieciństwo, a tu kłopoty w pracy itd, ale po takim czasie widzę, że to po prostu jego „norma”. Ja tak nie mogę - w jednym miesiącu śniadanka, spacery, długie rozmowy, filmy, świetny seks i generalnie miłość jak z filmu - a w kolejnym miesiącu nic. Ale takie dosłowne, wielkie NIC, jakbym mieszkała ze współlokatorem socjopatą.
Moje przedszkole było dość nowoczesne. Odbieranie dzieci z przedszkola wyglądało tak: rodzic wchodził do specjalnego pomieszczenia, mówił nazwisko dziecka, pani sprawdzała, w której sali aktualnie jest dziecko i wołała je przez specjalny głośnik zamontowany w tej sali.
Ostatni dzień przed wakacjami, mój tata przychodzi mnie odebrać, pani mnie woła. Mała ja, chcąc być już duża i mieć prawdziwego chłopaka, przed samym wyjściem podbiegłam do chłopaka, który mi się aktualnie podobał i go pocałowałam. Duży, długi buziak w usta. Zaraz po tym zawstydzona wybiegłam z sali.
Najlepsze jest to, że zaraz po wyjściu przewróciłam się i rozbiłam głowę. Zaczęłam płakać, pani (która aktualnie opiekowała się naszą grupką) wybiegła z sali, a ja leżałam cała zakrwawiona, zaryczana i zawstydzona do granic możliwości. Potem tylko szpital, szycie czoła i płacz.
Następny dzień to zakończenie roku, dyplomy. On podchodzi do mnie, pyta jak się czuję, ja znowu w stresie i wstydzie dałam radę wykrztusić "OK" i odejść, tym razem powoli.
Niby byłam tylko małym dzieckiem, ale wstydzę się tego do teraz. To była najgłupsza rzecz, jaką kiedykolwiek zrobiłam :D
Nie lubię rodziców mojego męża.
Nigdy oficjalnie mu się do tego nie przyznam. Przez tyle lat jak jesteśmy razem już nauczyłam się doskonale udawać, że spotkania z nimi sprawiają mi przyjemność.
Dlaczego ich nie lubię? Wkurzają mnie. Są zwykłymi prostakami. Szczędzą na każdej pierdółce. Potrafią wycinać obrazki z gazetek promocyjnych i chodzić z nimi po sklepach, żeby kupić jak najtaniej. Nie mam nic przeciwko przedsiębiorczości, ale oni potrafią przejść na pieszo przez całe miasto tylko dlatego, że ktoś im powiedział, że masło tam jest 20 groszy tańsze... Samochód? Owszem, mają, ale nie jeżdżą praktycznie wcale, bo przecież wszędzie można swobodnie dojść pieszo. Co z tego, że zajmie to o wiele więcej czasu, ale jaka oszczędność!
Jakiś czas temu przeprowadzili się do nowego mieszkania i zabrali ze sobą wszystkie stare meble, bo żal ich wyrzucić, skoro są jeszcze dobre. Meble mają nie przymierzając jakieś 30-40 lat. Nie czepiam się gustu, ale stanu faktycznego. Czy zarwana kanapa z wytartą do połowy tapicerką serio jest dobra?
W sumie nie wiem co jest gorsze: ich podejście do życia czy ich totalny brak zrozumienia, że my wolimy żyć na innym poziomie.
Kiedy mąż kupił dla mnie nowy samochód, bo stary już się psuł, to uznali, że to niepotrzebna nikomu fanaberia, skoro mam blisko do pracy, to mogłabym jeździć autobusem (co z tego, że autobus mi nijak nie pasował, jeśli chodzi o godziny). "I taki drogi? Po co takie drogie auto?" Kurde, a ile ma kosztować roczny samochód, który kupiliśmy z myślą, że posłuży mi wiele lat? "No ale przecież za 3-4 tysiące można kupić zadbany samochód..." ręce mi opadły.
Zaszłam w ciążę. Fajnie, wszyscy się cieszą, jednak zostaliśmy tym samym niejako zmuszeni do remontu mieszkania, aby wygospodarować kącik dla malca. Okej, zaprojektowaliśmy wszystko, kupiliśmy, zrobiliśmy i mamy. Reakcja? "Oj, ale po co wyrzucaliście stare meble? Wystarczyło poprzestawiać. Jakoś by się zmieściło". No właśnie o to chodzi, że by się nie zmieściło. Mieliśmy zaledwie dwie komody, w których mieściły się jedynie nasze rzeczy, a gdzie wyprawka dla dziecka? O kompletowaniu wyprawki nie wspomnę... "Przecież pościele można uszyć z naszych starych pierzyn" i tak dalej...
Dodatkowo jego ojciec jest koszmarnie roszczeniowy. Kiedyś zrobił mi wykład, że nie uszykowałam mu herbaty. Czy ja jestem wróżką? Wystarczyło poprosić, to bym zrobiła. Nie, lepiej było się obrazić...
Męczy mnie każdy wyjazd do nich. Siedzę, uśmiecham się i potakuję, ale w duchu mam serdecznie dość i najchętniej bym wstała i wyszła trzaskając drzwiami. Jedno co mnie cieszy, że mieszkają dość daleko od nas i nie jeździmy tam zbyt często, a oni nie odwiedzają nas wcale (za daleko na taką podróż). A teraz w czasie pandemii nie byliśmy już kilka miesięcy. Czuję niesamowitą ulgę, że nie muszę z nimi teraz przebywać.
Jako dziecko byłem wyraźnie większy niż moi rówieśnicy. Na dokładkę raczej pulpet niż przecinek. W przedszkolu, będąc w starszakach, bardzo lubiłem bawić się w kręgle. Sam wymyśliłem tę zabawę.
Krążyłem po ogrodzie, wypatrując możliwie duże grupki dzieci. Gdy już znalazłem odpowiedni obiekt, rozpędzałem się i wbiegałem w t ęgrupę. Starałem się przy tym trafić w możliwie dużą ilość kręgli. Mój rekord to 12 przewróconych sztuk.
Do tej pory miło to wspominam.
Kiedy wkraczałam w okres nastoletni, moim rodzicom powinęła się finansowo noga. Konsekwencją było to, że często nie starczało do pierwszego.
Miałam bardzo niewiele ubrań. Na tle zamożniejszych koleżanek było widać, że zawsze chodzę w tym samym. Przez cały czas liceum miałam trzy pary spodni, dwie pary jeansów i zielone bojówki, pamiętam je bardzo dobrze.
Zaraz po zdaniu matury wyjechałam pracować za granicę. Kiedy tylko stanęłam na nogi, a pieniędzy do pierwszego miałam aż nadto, zaczęłam kupować. Kupowałam ciuchy, buty, torebki, kosmetyki... Wszystko czego nie mogłam mieć jeszcze kilka lat wcześniej. Potrafiłam spędzić większość wolnych dni na zakupach.
Obudziłam się dwa lata później, uświadomiłam sobie ile wszystkiego mam podczas przeprowadzki. Niektóre ubrania wciąż miały metki. Samych par spodni i szortów naliczyłam ponad 50. Oczywiście nie zaoszczędziłam przez ten czas ani grosza.
Dziś mam zdrowe podejście do zakupów i nie muszę już sobie niczego rekompensować. Trochę żal mi pieniędzy wyrzuconych na "szmaty", ale z drugiej strony spełniłam marzenie tej młodej dziewczyny, która musiała dosuszać wieczorem jeansy na grzejniku, żeby mieć w co się ubrać do szkoły na następny dzień.
Od kilku lat jestem lekarzem POZ. Gdy na wizytę przyjdzie ładna pacjentka, zawsze bezpośrednio po, szukam jej na portalach społecznościowych. Zdarza się, że gdy znajdę taką z dużą ilością zdjęć eksponujących jej fajne ciało, masturbuję się przy nich po powrocie do domu.
Dodaj anonimowe wyznanie