Zdarzenie miało miejsce za czasów liceum. W 2 klasie mieliśmy popołudniowe zmiany w szkole, których nienawidziliśmy, ale po pewnym czasie zaczęliśmy to doceniać...
Stało się rytuałem że moja dziewczyna przychodziła do mnie do domu z rana, jedliśmy śniadanie, a później wyładowywaliśmy się w łóżku. Żadnych obaw nigdy nie było, mama w pracy, tata za granicą, więc czego się tu obawiać?
Aż tu nagle pewnego dnia śniadanie, łóżko, a ja słyszę dźwięk brzęczących kluczy do drzwi wejściowych. W podskokach ubrałem się, podkoszulek na lewą stronę jeansy podciągnęłem i jako tako wyszedłem z pokoju sprawdzić. Wchodzi tata (chciał mi zrobić niespodziankę) i mówi wesoło "cześć!". Ja starałem opanować sytuację, by dziewczyna zdążyła się ubrać.
Tata przyjrzał mi się po odstawieniu walizek, z góry na dół, i zapytał, czy jestem sam. Ja odparłem, że tak. On z dziwnym wzrokiem zapytał, co takiego robię, a ja że oglądałem właśnie film. W odpowiedzi usłyszałem: "OK, idę jeszcze w jedno miejsce. Pewnie zobaczymy się jak wrócisz ze szkoły". Ja na to OK, a on otwierając drzwi dodał z uśmiechem: "Dobra, to oglądajcie dalej" i zamknął drzwi. Byłem w lekkim szoku. Nie wiedziałem, skąd się mógł dowiedzieć.
Wieczorem powiedział mi ze śmiechem, że zapomniałem zapiąć rozporek, byłem cały czerwony i zdyszany, a buty przy wejściu raczej do mamy nie należały...
Jako dziecko lubiłem patrzeć jak ubija się zwierzęta. Podglądałem świniobicia, raz nawet jak ubijali byka, innym razem jak zabijano kury na rosół. Czasami nawet sam ubijałem kurę, za co dostawałem opiernicz. Nie przeszkadzało mi jak sąsiad topił koty, czy ubijał szczeniaki kołkiem.
Teraz jestem szanowaną osoba, mieszkam na przedmieściach i prowadzę hodowlę królików. Osobiście je zabijam, wieszam za nogi na rurce od ogrzewania, tłukę pałką w tył głowy i jeszcze żywym obcinam głowę (tak się ubija króliki, jakby kto pytał). Nie interesuje mnie cierpienie zwierząt, ale ekscytuje sam moment pozbawienia życia. Chcę żeby wszystko wyglądało jak najbardziej fachowo i zwierzę nie cierpiało.
Jestem rudy. Tak, wiem, to nie najlepszy sposób na rozpoczęcie opowieści, ale właśnie ten nieszczęsny kolor moich włosów (pozdrawiam mamę, tatę i ich geny) odgrywa w niej ważną rolę.
Kilka lat temu, dokładnie kiedy mijał rok mojej pełnoletności, zaproszono mnie na imprezę, w celu uczczenia 18-stek moich kumpli. Nawet dzieci wiedzą, że na tego rodzaju przyjęciach ważny jest alkohol, który powoduje zaćmienie umysłu, a człowiek po jego zażyciu budzi się jak "nowo narodzony". W sensie nic nie kuma, nikogo nie rozpoznaje, a czasem nawet budzi się cały ośliniony. Ja natomiast obudziłem się z włosami zafarbowanymi niebieską farbą. Taki żarcik kolegów. Nadal nie mogę dojść do tego, skąd ją mieli, ale jedno jest pewne - na bank nie służyła do włosów.
Na początku było całkiem zabawnie, ale wraz z kolejnymi myciami rosło przerażenie, bo nie bardzo chciało to schodzić. Szczyt desperacji osiągnąłem wraz z SMS-em od mojej dziewczyny, która poinformowała mnie o godzinie spotkania z jej rodzicami, których miałem w tym dniu poznać. W jednym ręku telefon z wyznaczoną godziną egzekucji, a w drugim pojawiła się golarka. Szybka decyzja: tniemy. W końcu i tak długie nie były. Skacowany kumpel nie potrafił za dobrze używać tego gów*a i w efekcie pozbawił mnie całych włosów. Nawet moje cebulki drżały z przerażenia. Zamiast skrócić włosy stałem się łysy.
Farba jednak zostawiła ślady na mojej skórze, którym nawet szczotka druciana nie dała rady. W ostatniej chwili moi przyjaciele wyrwali mi z rąk "Kreta" twierdząc, że to byłaby chyba przesada...
Nie poddałem się jednak. Pełen nadziei na zrozumienie mnie, pokrzywdzonego, udałem się na wyznaczone miejsce. Dobrze przynajmniej, że moi teściowie okazali się w porządku. Matka oczywiście pokiwała głową z dezaprobatą, ale teściu po wypiciu kilku głębszych sam zaczął śmiać się ze mnie jak moi kumple. Sytuacja opanowana.
Wtem "teściu" trzepnął mnie w ramię i odezwał się do zażenowanej córki: "Spokojnie, Maryśka, przynajmniej masz gościa z poczuciem humoru, nie to, co ten ostatni... A zawsze też mogło być gorzej. W końcu mógł okazać się rudy...".
Nie jestem autorem, ale to ważne.
Aż śmierć nas rozłączy...
Mam na imię Anna. Mam 27 lat, a jutro wychodzę za mąż. Jestem niesamowicie szczęśliwa! Wstyd się przyznać, ale nie widzę poza Nim świata. Nieustannie powtarza mi, że jestem piękna. Jest miłością mojego życia.....
Mam na imię Anna . Mam 30 lat i jestem w ciąży. Ciąża to ciężki stan. Rano budzę się, a wieczorem zasypiam niebywałe głodna. Kacper robi wszystko, aby zadowolić apetyt tego małego człowieka mieszkającego w moim brzuszku. Powtarza, że jestem piękna, ale nie wierzę mu - przytyłam dziesięć kg.....
Mam na imię Anna. Mam 31 lat i od kilku miesięcy mam Kubusia w ramionach. Mogłabym całować jego stopki całymi dniami. Każdego dnia patrzę na niego ze zdumieniem, ale Kacper ma inne podejście. Podnosi głos i wścieka się, gdy mały płacze. Wczoraj z nerwów uderzył mnie w twarz, bo wylałam butelkę z mlekiem. Wybaczyłam mu, jest zmęczony. Ojcostwo daje mu się we znaki.....
Mam na imię Anna. Mam 32 lata, a dziś patrząc na siebie w lustrze zauważyłam siniaka na prawym ramieniu. Mam też dość duże rozcięcie na wardze. Teraz się trzęsę, zamknięta w łazience. Wszystko przepadło....
Mam na imię Anna. Mam 33 lata, a dziś wieczorem wylądowałam na izbie przyjęć. Trzy złamane żebra. Kacper mnie kopnął w nerwach. Ale to nie jego wina. Jest zmęczony, bo dużo pracuje. Na policji stwierdziłam, że mąż próbował mnie podnieść, gdy upadłam w kuchni i przewrócił się na mnie. Ból zabiera mi dech w piersiach....
Nazywam się Anna . Mam 35 lat, a dziś rano Kacper wbił mi nóż w gardło. Czułam, jak ostrze wchodzi w ciało. Przez kilka sekund wstrzymałam oddech i myślałam „Czy to naprawdę się stało?” Umarłam po kilku godzinach w kałuży krwi. W ostatnich chwilach słyszałam przeraźliwy płacz Kuby....
Mam na imię Anna i teraz jestem chmurą i deszczem. Jestem ziemią i morzem. Jestem oddechem matek wszystkich sierot na tym świecie i przestrogą wszystkich ofiar przemocy domowej. Nie podziel mojego losu. Ratuj się, ratuj się dopóki możesz.
Przestań mieć nadzieje. On się nie zmieni...
Zostaw go i uciekaj tam, gdzie jesteś kochana i szanowana.
Nie wybaczaj kolejnego uderzenia
Naucz swoje córki, że kwiaty nie wystarczają by wybaczyć... Na groby też nosimy kwiaty...
Zdarzenie miało miejsce wczoraj... Od niedawna mam chłopaka, który wspominał mi że gra w miejscowej lidze okręgowej.
Wczoraj był mecz, a z racji tego, że nie miałam jeszcze okazji widzieć go w akcji postanowiłam pójść na ten mecz. Piotrek mówił coś, że ma żółty strój. Siedzę sobie na trybunach, jeżeli tak można nazwać sześć rzędów po kilkanaście krzeseł. Zaczęło się. Pierwsza drużyna wchodzi na boisko, mają białe spodenki i jasnożółte koszulki. Myślę sobie "Tam gdzieś musi być mój Piotrek". Wzrok mam kiepski, ale wypatruję go twardo. Niestety go nie dostrzegłam. Tymczasem wchodzi druga drużyna, mają czarne koszulki i żółte spodenki. Teraz myślę sobie "To może tam będzie Piotrek". Szukam wzrokiem, jest! Blondyn, wysoki, to jest mój Piotrek i w dodatku świetnie mu w tym stroju. Widziałam jeszcze dwóch sędziów, stroje mieli całe żółte, ten kolor był naprawdę oczobijący.
No i się zaczęło. Na początku Piotrek siedział na ławce, w drugiej połowie trener go wpuścił. To był zacięty mecz, w 80 min. mój ukochany strzelił gola! Nie posiadałam się z radości. Później dostał żółtą kartkę za faul, ale ja krzyczałam na całe gardło "sędzia kalosz". I tak mecz się zakończył wynikiem 1:0 dla nas.
Piotrek mówił wcześniej, że po meczu mam czekać przy bramie wyjściowej. On jak się przebierze, to po mnie przyjdzie. W końcu przyszedł, już przebrany. Od razu rzuciłam mu się na szyje i mówię: "Kochanie, ale jestem z ciebie dumna! Ta bramka była cudowna. Musimy to uczcić!". On odsunął się na chwilę, patrzy na mnie, robi wytrzeszcz i mówi: "Magda o czym ty gadasz". Ja mu na to: "Skarbie nie bądź taki skromny przecież nie jestem ślepa, dzięki tobie wygraliście! No, a ta żółta kartka którą dostałeś to nic, nie martw się ten sędzia to kalosz" - powiedziałam dając mu buziaka.
On zmierzwił tylko włosy ręką, wiedziałam, że jest zirytowany. "Co jest? Nie martw się, dowiemy się, gdzie mieszka ten pieprzony sędzia i owiniemy mu dom papierem toaletowym!" - dodałam śmiejąc się. Piotrek uśmiechnął się ironicznie i powiedział: "Kochanie ten pieprzony kalosz to ja... ale jeżeli tak bardzo ci zależy możemy owinąć mój dom papierem toaletowym. Będzie śmiesznie...". Jak się okazało mój chłopak sędziuje, a nie gra w lidze okręgowej...
Moja piętnastoletnia siostra odeszła i nikogo to nie obchodzi.
Pamiętam to jak wczoraj...
Umarła około dwa tygodnie temu, podchodząc do mojego łóżka. Zdążyła tylko mnie obudzić, powiedzieć, że się dusi i nie mogła wykrztusić słowa (wcześniej próbowała obudzić matkę ale nie dała rady).
Ja wstałem, rzuciłem wszystko i leciałem się ubierać. Reakcja rodziców?
Ojciec był w pracy, stwierdził że nie ma czasu i musi zdążyć bo ma spotkanie, nie może rzucić wszystkiego i z nią jechać. Matka łaskawie odstąpiła auto, ale sama nie pojechała z nami, stwierdziła tylko że też się spieszy do pracy, ale dla niej zrobi wyjątek i pojedzie tramwajem.
Dość absurdów? Skąd.
Pędziłem jak wariat do szpitala. Oczywiście nikt nie chciał nas na początku wpuścić, bo COVID. Jak dowiedzieli się, że się dusi to dostali małpiego rozumu i zakładali te wszystkie kombinezony, marnując jedynie czas. Zanim te gumiaki pozakładali, siostra już leżała na krześle. Kazali czekać, bo niby nie było zagrożenia życia...
Lekarce nie pasowało jej ciśnienie, wzięli ją na Roentgen. Nie mogła ustać, musiałem ją trzymać... Powstrzymywałem się ostatkiem sił przed załamaniem i prosiłem, by się na mnie trzymała do zdjęcia.
Po zdjęciach poznali, że problem jest z płucami i dziwnie im się wyświetliło serce.
Ja oglądałem zdjęcia, a oni wzięli siostrę na salę. Nie zdążyłem się nawet pożegnać...
O 11 zmarła. Wada serca. Ukryta i nieodkryta, działała jak bomba zegarowa. Wiadomość dostał pierwszy ojciec, nie odebrał to zadzwonili do matki.
Tylko ja płakałem tego dnia. Wyłem w poduszkę i obwiniałem się.
Na to moi rodzice stwierdzili że... Jestem samolubem. Bo rozpaczam za nią. Czaicie?
Oni przeszli do tego na porządku dziennym, a mi wmawiają, że jestem samolubem i primabaleriną, bo wielce rozpaczam.
Wyprowadziłem się od nich następnego ranka, pomieszkuję u dziewczyny. Szukam mieszkania do wynajęcia.
Naprawdę nie rozumiem jak można mieć gdzieś tak bardzo własne dziecko i jeszcze obwiniać drugie, że śmie płakać po ukochanej siostrzyczce...
Poddaję się. Nie istnieje coś takiego jak "dobra robota dla studenta". Po 3 latach, 8 pracach oraz kilkudziesięciu rozmowach kwalifikacyjnych mam serdecznie dość pieprzenia się z polskim rynkiem pracy. To, co jest nam oferowane to zwyczajne dno, muł i wodorosty, nawet jeśli ma się zerowe wymagania. Mógłbym napisać książkę o tym, jak źle mi się na każdym z tych stanowisk pracowało.
Aż tu nagle pewnego dnia trafiłem na (dorywczą) pracę idealną. Mniej niż pół etatu, dobra stawka godzinowa, miła atmosfera, przyjemne obowiązki, szybka i konkretna rekrutacja. Przez pierwsze tygodnie byłem zachwycony. Zastanawiałem się, czy może moja frustracja poprzednimi stanowiskami była spowodowana złym i roszczeniowym nastawieniem. Pierwszy raz w życiu faktycznie chciałem pracować gdzieś na stałe.
I wtedy się zaczęło.
Wypłata? Nie ma opcji dostać jej na konto, trzeba odebrać osobiście. Cóż, średnio mi się to podoba, ale nie jest to jakiś problem.
Termin? Obowiązkowo 20stego danego miesiąca. Okej, ale tego dnia nie ma mnie na miejscu, co teraz?
Kierownik mówi: "Nie martw się Anonimowy, ja porozmawiam z panią Jadzią od wypłat i załatwię ci pieniądze wcześniej bez problemu". Mija tydzień, pytam kierownika jak sytuacja. "A wiesz co Anonimowy, ja nic nie wiem, musisz sam się orientować. Jadzia jest na urlopie, poczekaj aż wróci".
Pani Jadzia wraca, próbuję się z nią skontaktować w jakikolwiek sposób, nie odbiera telefonów, nie ma jej w biurze. "Ach Anonimowy ona taka jest, musisz być cierpliwy". Po dwóch tygodniach Pani Jadzia oznajmia mi "Nie ma szans Anonimowy, wypłata tylko 20-tego, nie mój problem, że masz czas tylko na pół etatu. Mogę zostawić ci pieniądze w kopercie". Okazało się, że w kopercie brakuje około stu złotych; natomiast inni pracownicy, którzy nie zgłosili się do niej osobiście (przypominam - kontakt z nią jest niemal niemożliwy), nie dostali wypłaty w ogóle, ponieważ nie przyszło jej do głowy, że mogą również chcieć odebrać w kopercie. Teraz mnóstwo osób próbuje się z nią umówić na jakiś inny termin, kontaktu nadal nie ma, kierownik twierdzi, że to nie jego sprawa.
I wisienka na torcie:
Dodatkowe godziny? Zapomnij. Kierownik nalega, żebym wychodził jak najszybciej z pracy (nawet do 4 godzin przed fajrantem), jeśli akurat nie mam zbyt wiele do roboty. Dosłownie wyprasza mnie w środku dnia, byleby "nie tracić pieniędzy na zbędnych pracowników". Po miesiącu skraca mi czas pracy o 25% (do 50 godzin miesięcznie) i nazywa roszczeniowym, kiedy pytam o dodatkowe zmiany.
Wszyscy nadal są przemili, uśmiechnięci, nadal nie ma żadnych kłótni. W jakim kraju ja żyję...
Nie ma dla mnie bardziej denerwującej rzeczy na świecie niż fakt, że jakiś nastoletni gówniarz, który zażył dopalacze i w ten sposób zafundował sobie (i mojemu tacie - policjantowi, który go zgarnął za zakłócanie ciszy nocnej) nockę w szpitalu, od razu został zbadany na wszystkie możliwe sposoby. Natomiast moja mama, mając kilka guzów w piersiach, musi czekać na tomografię prawie rok.
Sytuacja działa się dość dawno. Będąc w aktualnym wieku mojej córki czyli 17 lat, byłam dość energiczną i wesołą panienką, mieszkającą na wsi. Jako że byłam zadbaną i niebrzydką nastolatką, miałam wielu adoratorów. Razem ze swoimi 2 siostrami i rodzicami, mieszkałam w niewielkim domu, wszyscy mieliśmy ze sobą wspaniały kontakt (w dzisiejszych czasach przez ten cały internet nie zawsze tak jest).
W naszej wsi mieliśmy super paczkę znajomych. Było nas tam kilkoro, miedzy innymi ja, kilka koleżanek, kolegów i pan X, którego za bardzo nie lubiłam, ale niestety on mnie bardzo, a może nawet za bardzo lubił. Często próbował mnie podrywać, ale mu się nie dawałam. Chyba naprawdę byłam jego nastoletnią miłością, ale uważałam go za kompletnego nudziarza.
Pewnego dnia, gdy zobaczyłam że pan X zmierza do mojego domu, wpadłam na genialny pomysł! Poprosiłam siostrę, aby otworzyła mu drzwi i powiedziała, że mnie aktualnie nie ma w domu, a ja sama postanowiłam uciec przez okno do stodoły. X czekał na mnie bardzo długo, ale ja byłam uparta i kontrolując sytuację przez dziurkę w drzwiach, czekałam aż wyjdzie i będę mogła spokojnie wrócić do domu. Ten plan był tak świetny, że zaczęłam robić tak za każdym razem, gdy widziałam go zmierzającego do mojego domu.
Moje kochane siostry wiedziały o wszystkim, co się dzieje. Chłopak podczas rozmowy z nimi często wspominał, jaka to jestem cudowna, idealna, itd.. Kochane siostry widząc, że coś jest na rzeczy, współczuły chłopakowi... Postanowiły mu pomóc. Pomogły mu mnie odnaleźć, a w dodatku... zamknęły nas (mnie i pana X) sam na sam w tej stodole. Nic nie jest w stanie opisać tego, jak bardzo zła byłam na nie za to, że mnie wydały w tamtej chwili.
No cóż... rozmawiało nam się wtedy dobrze jak nigdy! Spędziłam z nim tam kilka godzin. Od tamtej pory zaczęliśmy się spotykać. Chyba też go polubiłam, bo teraz jesteśmy małżeństwem z 19-letnim stażem... :) Jest wspaniały, dobrze się dogadujemy i wcale nie jest nudziarzem, za jakiego go wtedy uważałam. Teraz jestem wdzięczna siostrom za to, co zrobiły.
Mam 23 lata, jestem niepełnosprawna od urodzenia, chodzę o kulach i żeby nie ograniczać swojego życia do rehabilitacji, książek i weekendowej policealki załatwiłam sobie z projektu unijnego Asystentkę osoby niepełnosprawnej.
Trafia mi się Weronika, moja rówieśniczka i to z nią zaczęłam chodzić do kina, kawiarni, biblioteki, na basen, wcześniej takie przyjemności były mi obce bo nie mam żadnych znajomych. Dość szybko się zakumplowałyśmy się, widywałyśmy się więcej niż przepisowe dwa razy w tygodniu. Pewnego dnia poznałam jej chłopaka – Igora. I wtedy mnie trafiło, moja pierwsza miłość.
Mamy te same pasje, dokańczamy sobie nawzajem zdania, lubimy te same jedzenie, ogólnie dobrze się dogadujemy i od tamtej pory często widywaliśmy się we trójkę, w pewnym momencie nawet pomyślałam że Weronika nam przeszkadza, nie rozumiała naszych żartów, nie podzielała pasji, czasami wręcz drażniła mnie sama jej obecność na spotkaniach, niechęć do niej, mieszała mi się z wyrzutami sumienia, że lubię Igora.
Byliśmy z Igorem coraz bliżej, zwierzaliśmy sobie nawzajem (głównie przez neta), chociaż nigdy złego słowa o Weronice nie powiedział to czułam że bardziej by pasował do mnie, i na ziemię chwilowo tylko sprowadzały mnie teksty typu „jesteś moją najlepszą przyjaciółką” nie przeszkadzało mi to jednak snuć romantycznych scenariuszy na jego temat.
No i stało się, jesienią zeszłego roku Werka zachorowała na anginę ropną. Dwa tygodnie w domu przeleżała, a w tym czasie Igor ją zastąpił, nie zapomnę tych godzin przegadanych w bibliotece czy zwierzeń w parku. Dwie sprawy z tego okresu mi zapadły w pamięć, raz gdy wracaliśmy z biblioteki to nagle stanął przede mną TUŻ przede mną oparł jego czoło o moje, myślałam że mnie pocałuje,ale nic się nie stało,albo zaprosił mnie na ognisko, bo na żadnym nigdy nie byłam (mieszka z rodzicami za miastem ) pół nocy siedzieliśmy pod kocem przytuleni, ale nadal nic, nawet spaliśmy w osobnych pokojach.
Nie potrafiłabym Werce odbić faceta, z drugiej strony gdyby był chętny do bycia ze mną to bym się długo nie wahała, bo co, w ramach moralności miałby być z kimś kogo nie kocha?
Werka wróciła, czar prysł, oboje się jakby ode mnie zdystansowali. Werka przychodzi zazwyczaj sama, Igor coraz rzadziej pisze, i dostałam niedawno zaproszenie na ich ślub.
Załamałam się...
A byłam pewna, że coś do mnie czuje, coraz częściej fantazjuje o ich rozstaniu albo rozwodzie. Tylko te fantazje sprawiają że nie wpadam w smutny, płaczliwy z lekka nastrój.
I nie zrozumcie mnie źle, nie mam zamiaru odbijać Werce Igora, chociaż podświadomie czekałam na jego ruch, wiem że on mnie nigdy nie pokocha chociaż bardzo lubi i dlatego żadne z nich nie dowie się o moich uczuciach.
Dodaj anonimowe wyznanie