#I2z1F

Przedszkole prowadzone przez zakonnice, okres przedwakacyjny. Czas na leżakowanie. W moim przedszkolu była zasada, że młodsze dzieci idą spać, a starszaki mogą bawić się na dworze. Sala do spania jak każda inna w latach 90., polowe drewniane łóżka i pościel z wyszytym przez mamkę imieniem. Z racji że byłam nieznośna i rzadko spałam, to zwyczajnie leżałam i udawałam śpiocha.

W pewnym momencie do sali wpada przestraszona siostra wraz z zakrwawionym sześcioletnim chłopcem. On cały we krwi, głowa wygięta w tył, krew lejąca się po szyi. Byłam pewna, wiedziałam na sto procent... Pewnie był niegrzeczny i zakonnica ucięła mu głowę! Oczami wyobraźni wydawało mi się, że ta głowa wisi i dlatego siostra ją trzyma. W rogu sali była apteczka, słyszałam stamtąd jakieś krzyki, że chłopiec był na huśtawce i był wypadek. Później siostry wyszły z chłopcem, a ja żyłam jeszcze przez bardzo długi czas w przekonaniu, że on stracił głowę przez zabawę na huśtawce, bo jak po wakacjach wróciłam do przedszkola, to jego już nie było. I tylko ja i siostry wiemy o całej sprawie. Unikałam huśtawek jak ognia przez resztę przedszkola.

Dopiero po czasie ogarnęłam, że przywalił nosem o tę nieszczęsną huśtawkę i dlatego lała się krew, a nie widziałam go już więcej, bo poszedł od września do szkoły. Jednak zawsze gdy sobie o tym przypominam, mimo dwudziestu kilku lat życia, wolę wierzyć w wersję, że ta zakonnica mu zwyczajnie ucięła łeb.

#BNzHF

Mimo iż jestem kobietą nie lubię zakupów spożywczych, więc często zawożę mamę, która nie ma prawa jazdy do marketu, a sama czekam w aucie pod marketem. Ona w tym czasie spokojnie sobie robi zakupy nie słuchając co chwilę mojego "Dłuuugo jeszcze?? Szybciejjj!".

Był chłodny listopadowy dzień, mama potrzebowała kilku produktów z marketu i jak zwykle bywało poprosiła mnie, abym ją zawiozła. Nie robiłam problemu. Wsiadłyśmy do samochodu, włączyłam ogrzewanie na maxa, co by się nagrzało w środku, żebym nie musiała marznąć pod marketem. Piętnaście minut później byłyśmy już na miejscu, mama poszła na zakupy, a ja siedząc z nosem w telefonie, cierpliwie czekałam. Dodam, że dzień wcześniej na obiad była fasolka po bretońsku...

Siedzę już dłuższą chwilę i nagle w brzuchu poczułam, że zbliża się Bąkus Wielgus. Chcąc uniknąć późniejszych nieprzyjemności związanych z jego wstrzymaniem uwolniłam dziada... Niestety okazał się to być tak zwany Bąk Toxic – o silnym promieniowaniu. Bąk tego typu może napromieniować ofiarę wyjątkowo mocno. Oczy zaczęły wychodzić mi na wierzch, jednak kątem jednego zauważyłam zbliżającego się w moja stronę chłopaka, przystojnego chłopaka, a na jego twarzy widziałam zagubienie z nutką radości, że w końcu znalazł kogoś na parkingu. Sądząc po walizce u jego boku, chciał zapytać o drogę. Był coraz bliżej, a w mojej głowie tylko jedno "Błagam nie! Nie teraz! Nie podchodź!".

Stało się... Puk, puk w szybę... "Halo, możesz otworzyć? Chcę o coś zapytać" spytał, uśmiechając się przy tym białymi pięknymi zębami i patrząc na mnie wielkimi niebieskimi oczami. Dusiłam się, nie wiedziałam, co robić. Cała czerwona zaczęłam się zsuwać na fotelu coraz niżej myśląc: "Przecież nie otworzę szyby, zabiję chłopaka". Niestety był na tyle odważny, że chwycił za klamkę i otworzył mi drzwi. W sekundzie uśmiech zniknął z jego twarzy. Cały smród niczym odrzutowiec wyleciał w jego stronę, a ja usłyszałam tylko "JA PIER****, dziewczyno!". Szybko odszedł z dziwnym wyrazem twarzy. A ja? Ja nigdy wcześniej nie czułam się tak głupio, w moich oczach pojawiły się łzy i wtedy przyszła mama...

Wsiadła do auta, spojrzała na mnie i na pocieszenie zapytała, czy to możliwe, że gdzieś niedaleko szambo wylało, bo smród jest nie do zniesienia.

#qN93P

Matematyka to moja zmora. Od ZAWSZE jej nienawidziłam i za nic w świecie nie potrafiłam się za nią zabrać. Rodzice załatwiali mi korepetytorów, ale z żadnym nie wytrwałam dłużej niż miesiąc. Ciągle się kłóciłam, że to rozwiązanie nie ma sensu i że nie ma sensu liczyć takich długich działań. Zamiast pisać jakieś porąbane numerki wolałam przecież usiąść sobie z książką i czytać! Tak, dokładnie -  jestem książkoholikiem i uwielbiam czytać, więc rodzice wpadli na genialny pomysł. Cały tydzień uczęszczania na korepetycje oznacza prezent w postaci nowej książki.
Dokładnie, rodzice kupują mi książki w zamian za to, że uczę się matmy. Genialne, co?

#d5CfU

Dostałam od lekarza skierowanie na badanie moczu i kału. Po dwóch dniach, z rana, z "pełnymi kubeczkami" szykowałam się do wyjścia. Planowałam iść na przystanek i autobusem udać się do przychodni w celu oddania moich próbek do badań. Wszystko szło sprawnie dopóki nie uświadomiłam sobie, że muszę jakoś przewieźć te moje kubeczki. Nie chciałam wkładać ich do torebki, mimo że zapakowałam je w woreczki, bałam się, że któryś mi się otworzy i zabrudzi torebkę. Nie miałam też nieprzezroczystych reklamówek, a takie kubeczki z wiadomą zawartością w przezroczystej reklamowce, w autobusie... To nie mogło się udać. Wpadłam w końcu na pomysł, że wykorzystam torebkę prezentową, niewielką, po otrzymanej biżuterii. Torebka była siwa, z logo jubilera, u którego prezent był kupiony. Ważne, że kubeczki się zmieściły, a z góry położyłam paczkę chusteczek - "plan idealny" pomyślałam i poszłam na przystanek.

Podróż przebiegła normalnie. Niestety, gdy wyszłam z autobusu, tuż za przystankiem podbiegł do mnie młody chłopak, popchnął mnie na ławkę, wyszarpał mi moją torebeczkę i uciekł... Na początku byłam zaskoczona tym co się w ogóle stało. Oczywiście wkurzyłam się, ale tylko na chwilę, bo złość minęła szybko, gdy wyobraziłam sobie minę złodzieja, który zobaczy jakie klejnoty ukradł :D

#Ghq8c

Gdy miałam 4 albo 5 lat czyli ok. 15 lat temu wracałam skądś z rodzicami. Przechodziliśmy obok pewnego sklepu, którego wystawa, w głębi sklepu ale doskonale widoczna z zewnątrz, przykuła moją uwagę. Były to piękne, duże, drewniane, błyszczące kajaki. Oczywiście jak każde małe dziecko zapragnęłam tego, co właśnie zobaczyłam, bo czegoś takiego jeszcze nie miałam. Między mną a mamą wywiązał się mniej więcej taki dialog:
- Kajaki, kajaki! Mamo, zobacz. Kup mi kajak, proszę!
- Nie kupię kochanie, chodź, idziemy do domu.
- No mamo proszę, kup mi kajak.
- Nie kupię.
- No, ale mamo...

Nie jestem pewna, ale chyba w końcu się rozpłakałam, bo bardzo chciałam taki kajak. Gdy wróciliśmy do domu to pamiętam, że nawet naskarżyłam babci, że mama nie chciała kupić mi któregoś z nich. Później o wszystkim zapomniałam. 

Tak sobie żyłam w błogiej nieświadomości, aż do mojego dziecięcego umysłu kiedyś wdarło się to wspomnienie i uświadomiłam sobie, że prosiłam mamę o to, żeby kupiła mi trumnę :)

#5pL3Z

Wczoraj w nocy ja i mój ukochany postanowiliśmy wprowadzić do naszego intymnego życia nieco pikanterii. Uznaliśmy, że fajnie by było odegrać scenkę z archetypowego filmu dla dorosłych, w którym to uczennica przychodzi do swojego nauczyciela negocjować zmianę oceny. Jako że oboje jesteśmy zawodowymi aktorami i nierzadko w naszej karierze mieliśmy okazję improwizować, ten z pozoru prosty teatrzyk zamienił się w długą, wielowątkową, niepozbawioną emocjonalnej głębi scenę zahaczającą o tematy samotności, egzystencjalnego bólu i kłopotów, jakie przechodzi dorastający człowiek. Wszystko to tak bardzo nas zmęczyło, że po dwóch godzinach poszliśmy spać tak jak staliśmy. Oczywiście nie doszło do zbliżenia...

#eFM0Z

Jestem młodym ratownikiem WOPR, 2 lata temu przydarzyła mi się bardzo przykra historia. Mianowicie około 30 letnia kobieta zachłysnęła się i zaczęła się topić. Poziom adrenaliny i strachu osiągnął wysoki poziom, ale zachowałem zimną krew i ruszyłem do akcji. Wyciągnąłem ją, lecz kobieta straciła przytomność i nie miała oddechu, a więc przystąpiłem do czynności reanimacyjnych, kobieta odzyskała przytomność, a po chwili przyjechała karetka wezwana wcześniej przez panią z recepcji. Zadowolony i dumny z siebie wróciłem do domu.

Minęły 2 tygodnie, po upływie tego czasu dostałem pozew od tej pani o nieprawidłowo wykonane czynności i złamanie żebra. No cóż.. kubeł zimnej wody na głowę. W sądzie okazało się, że nic takiego nie miało miejsca, a ta pani z mężem załatwiła sobie lipne zaświadczenie lekarskie i chciała wyłudzić odszkodowanie. Skończyło się tak, że to oni mieli wypłacić odszkodowanie mnie. Lecz ta cała sytuacja zniechęciła mnie do dalszej działalności ratowniczej... Jacy ludzie są niewdzięczni.

#v8okf

Moi rodzice mieli takich przyjaciół, a oni córkę, nazwijmy ją Ula. Znałem ją od dziecka. Nie powiem, jako dorosły już prawie facet lubiłem się z nią droczyć, wygłupiać, jak brat z siostrą. Potem zaczęła dojrzewać, robiła się z niej laska, bardzo wysoka, kształtna, piękna... Podczas wizyt w rodzinnych stronach dostrzegałem jej kobiecość, z drugiej strony jej młodzieńcza fascynacja mną też nie przeminęła, ale jakoś tłumiłem to w sobie - przecież siostra prawie, przyszywana. Więc jakaś radość z zabaw, droczenia i gilgotania, ale i dystans, bo miała 15 lat...

Jak już miała jakieś 17 lat, przejechała z babcią do mieszkania moich rodziców. Rodzice i babcia wieczorem zasnęli, my z Ulą w moim obok patrzeliśmy na film, leżąc sobie w łóżku. W końcu prawie jak siostra...
Po jakimś czasie Ula zaczęła się do mnie powoli dobierać. Ja - no co ty? Przecież siostra itp. Jednak długo nie udało mi się obronić. Napomknę tylko, że nie byłem z nikim wtedy i potem - nie zdradzam. Kochaliśmy się wtedy.
To było zauroczenie, ale nie zdecydowałem się na nic więcej, bo nie dość, że sporo młodsza, to dziewczyna jest o ponad 10 cm ode mnie wyższa (zawsze mi to przeszkadzało w relacjach damsko-męskich).

Po kilku związkach (z jej strony były mąż i dwóch synów, alimenty, z mojej kilka związków, żona i brak potomka) myślę sobie, że żałuję... Zwłaszcza że gdy byłem sam, i ona też, to wpadałem w rodzinne strony, a ona odwiedzała mnie, wpadała na piwo niby i pogadać, wyrwać się od mamy. Ale tak naprawdę mieliśmy najlepszy seks w życiu. Trzeba było wtedy się pozbyć kompleksów, uprzedzeń i pomyśleć o tym, jak dobrze nam było, jak rozumieliśmy się bez słów. Dopiero po latach zrozumiałem, że wiek i wzrost niekoniecznie powinny być brane pod uwagę.

Najlepszy komplement? "Zawsze dobierałam facetów wzorując się na kształcie twoich dłoni". Do dziś mnie to rozmięka.. :(

#M9tRR

Działo się to kilkanaście lat temu. Miałam taką "przyszywaną" babcię, była to żona byłego szefa mojej mamy, który zmarł kilka lat wcześniej. Nie miała dzieci ani swojej rodziny, a rodzina jej męża mieszkała daleko, więc zaoferowała mojej mamie pomoc. Mam 2 starsze siostry i gdy zaczęłam szkołę był problem z odbieraniem mnie ze szkoły i przypilnowaniem przed powrotem mamy, bo moje siostry były już nastolatkami i wiadomo, że z dzieciuchem siedzieć nie będą. Tak więc pojawiła się w moim życiu babcia Zosia. 

Nigdy nie zapomnę, gdy nadszedł Dzień Babci. Wraz z jedną siostrą, która też często po szkole przychodziła do babci Zosi zrobiłyśmy laurki, kupiłyśmy kwiaty i poszłyśmy do babć. Oczywiście obie chciałyśmy od razu iść do tej babci, ale musiałyśmy iść najpierw do tych "prawdziwych", mimo że one nami się nigdy nie interesowały. Jak w końcu dotarłyśmy do niej, biedna musiała wyjść do drugiego pokoju, bo nie potrafiła się uspokoić ze wzruszenia. Przepraszała nas, że nic nie przygotowała, dla nas i tak najlepszy był jej uśmiech. Na każdy kolejny Dzień Babci czekała już zawsze z ciastem, ale i tak zawsze była bardzo wzruszona!
Dodaj anonimowe wyznanie