#RBgmH
Aż tu nagle pewnego dnia trafiłem na (dorywczą) pracę idealną. Mniej niż pół etatu, dobra stawka godzinowa, miła atmosfera, przyjemne obowiązki, szybka i konkretna rekrutacja. Przez pierwsze tygodnie byłem zachwycony. Zastanawiałem się, czy może moja frustracja poprzednimi stanowiskami była spowodowana złym i roszczeniowym nastawieniem. Pierwszy raz w życiu faktycznie chciałem pracować gdzieś na stałe.
I wtedy się zaczęło.
Wypłata? Nie ma opcji dostać jej na konto, trzeba odebrać osobiście. Cóż, średnio mi się to podoba, ale nie jest to jakiś problem.
Termin? Obowiązkowo 20stego danego miesiąca. Okej, ale tego dnia nie ma mnie na miejscu, co teraz?
Kierownik mówi: "Nie martw się Anonimowy, ja porozmawiam z panią Jadzią od wypłat i załatwię ci pieniądze wcześniej bez problemu". Mija tydzień, pytam kierownika jak sytuacja. "A wiesz co Anonimowy, ja nic nie wiem, musisz sam się orientować. Jadzia jest na urlopie, poczekaj aż wróci".
Pani Jadzia wraca, próbuję się z nią skontaktować w jakikolwiek sposób, nie odbiera telefonów, nie ma jej w biurze. "Ach Anonimowy ona taka jest, musisz być cierpliwy". Po dwóch tygodniach Pani Jadzia oznajmia mi "Nie ma szans Anonimowy, wypłata tylko 20-tego, nie mój problem, że masz czas tylko na pół etatu. Mogę zostawić ci pieniądze w kopercie". Okazało się, że w kopercie brakuje około stu złotych; natomiast inni pracownicy, którzy nie zgłosili się do niej osobiście (przypominam - kontakt z nią jest niemal niemożliwy), nie dostali wypłaty w ogóle, ponieważ nie przyszło jej do głowy, że mogą również chcieć odebrać w kopercie. Teraz mnóstwo osób próbuje się z nią umówić na jakiś inny termin, kontaktu nadal nie ma, kierownik twierdzi, że to nie jego sprawa.
I wisienka na torcie:
Dodatkowe godziny? Zapomnij. Kierownik nalega, żebym wychodził jak najszybciej z pracy (nawet do 4 godzin przed fajrantem), jeśli akurat nie mam zbyt wiele do roboty. Dosłownie wyprasza mnie w środku dnia, byleby "nie tracić pieniędzy na zbędnych pracowników". Po miesiącu skraca mi czas pracy o 25% (do 50 godzin miesięcznie) i nazywa roszczeniowym, kiedy pytam o dodatkowe zmiany.
Wszyscy nadal są przemili, uśmiechnięci, nadal nie ma żadnych kłótni. W jakim kraju ja żyję...
Dno, muł i wodorosty, powiadasz ;)
A serio - zgłoś faceta do PIP-u, prawdopodobnie jest to praca na czarno i pracując u niego nadal po prostu wspierasz jego skandaliczne praktyki. Najpierw zadbaj o dowody na piśmie - wszelkie zapytania kieruj mailami albo sms-ami, odwołuj się w nich do rozmów i ustalen, aby sporo szczegółów zostało utrwalonych - nawet jeśli "pracodawca" ich nie napisze osobiście to istotna będzie jego reakcja (np. brak zdziwienia czy zanegowania).
Jezu, co to za firma, że jak za PRL pieniądze dostaje się tylko do ręki? Przecież to śmierdzi kantem z daleka.
Zapraszam do UK. Ja trafiłam na biurową pracę, nudna jak flaki z olejem, ale można normalnie zarobić i nie mam stresu, że mnie zwolnia za jakąś pierdołe. Ludzie też ciekawi, bo z całej Europy. No i nie ma PISu :)
Tylko w UK też trzeba uważać, przy pracy na czarno można zostać oszukanym. Sama tak chwilę pracowałam, a jak przyszedł czas zapłaty, to "menadżerka" rozpłynęła się w powietrzu. Na szczęście długo to nie trwało. :P
Boruta, nie wszyscy uważają pracę za coś ważnego. Dla mnie służy tylko do zarabiania pieniędzy, więc nieważne jaka, wystarczy, że pieniądze odpowiednie i warunki dobre. A rozwijać to się można po pracy.
Od kiedy praca biurowa to sprzątanie biura? Czytaj że zrozumieniem albo nie mierz ludzi swoją miarą.
Praca jest legalna i na umowę. To nie Polska.
Da się pracować na studiach łatwo, przyjemnie, legalnie i za dobrą wypłatę, trzeba tylko inwestować w siebie (dodatkowe kursy, itd.), by Ci Janusz nie mógł powiedzieć "na twoje miejsce znajde 100 chętnych" .
Ale przyznaje, że złe warunki w pracy to wina studentów albo desperatów, którzy przyjmą każdą pracę i zgodzą się na wszystko, byleby mieć trochę kasy.
Ja na studiach pracowałam w call center dużej korporacji - może nie najbardziej wyrafinowana praca, ale te 3,5 k można było spokojnie wyciągnąć przy 120 h w miesiącu. A i wypłata na konto zawsze 10 każdego miesiąca, a jak miałam egzaminy to mogłam wziąć wolne, bo miałam normalnie umowę o pracę, albo się umawiałam na odrabianie w sobotę. Polecam to, niż jakiegoś Januszexa, a jeszcze szkolenie ze sprzedaży zrobią, to się zawsze może przydać.
3,5k w call center?
I to przy 120 godzinach...
Autorka chyba coś wymyśla. I szkolenia ze sprzedaży z CC są nic nie warte :D
W telekomunikacji i bankowości w CC to nie są jakieś wysokie zarobki. Byli tacy co zarabiali 5-6 tys., ale wiadomo, że to demony sprzedaży. No chyba, że ktoś siedzi i dłubie w nosie, zamiast sprzedawać to wyjdzie z podstawą godzinową - w tedy pewnie z 1500 zł. A co do szkoleń, to miała wiele bardzo przydatnych - dzięki nim do dzisiaj dorabiam sobie na fuszkach w sprzedaży i uważam, że warto.
A moze już czas przestać się oszukiwać i przyjąć do wiadomości że najzwyczajniej na świecie może nie masz nic wartościowego do zaoferowania dla rynku pracy?
Coś mi się jednak wydaje że masz jakiejś śmieszne wymagania. Znam osoby które potrafiły wyżyć z kasy za udzielanie korepetycji dla podstawówki. Czemu w tym kierunku nie pójdziesz?
Kawiarnie też co chwilę szukają kogoś. Restauracje podobnie.
Albo wystarczy że się podszkolisz z Angielkiego i już miałbyś lepszą pracę, chociażby na call center.
Albo źle szukasz albo masz za duże wymagania. Ja przepracowałam 5 lat studiów bez większych problemów. A opcji miałam dużo. Ja wybierałam raczej sposób na dorobienie ale były też osoby z roku które po prostu się utrzymywały. Spokojnie się da ale trzeba się liczyć że praca nie będzie łatwa lub szczególnie przyjemna.
Dajecie się studenciaki robić w bambuko i to z własnej winy. Zgłosić oszusta i tyle
"Kierownik nalega żebym wychodził nawet 4 godziny wcześniej." Pracujesz na pól etatu, czyli 4 godziny. Aha.
Wiesz, że praca na pół etatu nie oznacza, że pracujesz 5 dni w tygodniu po 4h? Znaczy się może, pewnie, ale zazwyczaj to jest jednak po prostu mniejsza ilość dni, a nie godzin ;)