Jak miałam około 5 lat jak większość dzieci w tym wieku chodziłam do przedszkola. Był to mój największy koszmar, ponieważ tęskniłam za rodzicami, a nie znałam tam nikogo.
Pewnego jesiennego dnia pani przedszkolanka rozdała nam kolorowanki, na których widniały parasole. Powiedziała, żebyśmy pokolorowali je kolorami, które kojarzą nam się z radością. Wszystkie dzieciaki wzięły się do pracy. Widać było ich żółte, pomarańczowe, jasnozielone lub różowe dzieła, a może jeszcze inne. Opiekunka zebrała i podpisała prace. Jedna z nich jej się nie podobała - moja.
Kiedy mama mnie odbierała, pani pokazała jej mój brązowo-czarny parasol. Powiedziała, że widocznie bardzo ponuro dostrzegam świat, skoro te kolory kojarzą mi się z radością. Doradziła, aby skontaktować się z psychologiem.
W domu mama spokojnie zapytała o co chodzi. Odpowiedziałam:
- Gdy cię nie ma przy mnie jestem smutna, a podobają mi się te kolory, bo ty i tatuś macie takie włosy, a wy jesteście moją radością!
Od niedawna mieszkam z dziewczyną. Jest inteligentna, piękna i zgrabna. Marzenie. Ale jedna rzecz zaczyna mi coraz bardziej przeszkadzać.
Dziewczyna zaczyna i kończy pracę dwie godziny przede mną. Rano zawsze szykuje mi śniadanie, mimo że nigdy o to nie prosiłem. Zresztą byłem singlem kilka lat i jestem przyzwyczajony, że robię koło siebie sam. Po pracy oczywiście obiad i sprzątanie (sprząta wręcz pedantycznie), pranie.
Na początku było to miłe, ale teraz czuję, że ona sama z siebie robi służącą. Rozmowy pomagają na dzień, może dwa. Dwa razy brałem urlop tylko po to, żeby ona nie robiła drugiego etatu w domu. Głupio mi się kłócić o to, że jest "za dobra". Nie wiem co robić i jak z nią gadać.
Mój tata ma małą firmę stolarską. Z zamówieniami jest różnie, czasami pracuje od rana do nocy, a czasami kilka tygodni przestój. Tak było na wakacjach, nic, zero zamówień, więc i pieniążki się kończą.
Tata zdecydował się wyjechać za granicę, znalazł pracę na farmie.
Przez telefon opowiadał, że wszystko dobrze, ma swój pokój, piękna okolica itp. Były to wakacje, więc razem chłopakiem postanowiliśmy go odwiedzić.
Gdy dojechaliśmy na miejsce, które okazało się "wioską zabitą dechami", udaliśmy się pod wskazany adres. I wtedy go ujrzałam TATĘ, szczęśliwego od ucha do ucha, że nas widzi. Ale to nie był ten sam człowiek, był z 10 kg chudszy, przez co uwidoczniły się zmarszczki na twarzy, na rękach żyły. Jego pokój był tragiczny, ciemny, brudny, woda w czajniku stała chyba z rok, bo była aż brązowa. Okazało się, że to pierwsza wolna niedziela jaką dostał odkąd tam był, czyli ok. 3 miesięcy.
Byłam w szoku. Przez telefon nigdy się nie skarżył, robił to dla nas. Bez wahania powiedziałam, że wraca i nie ma o czym mówić.
Gdy wróciliśmy do hotelu, nie mogłam przestać płakać.
Mój tata dokończył rozpoczęty miesiąc i wrócił do domu, nie pozwoliłabym mu tam dłużej zostać.
Wiem, że mam cudownego tatę.
Od kiedy tylko pamiętam, byłam zmuszana do chodzenia do kościoła. Mieszkamy w małej wiosce, a moi rodzice raczej nie należą do mądrych i inteligentnych ludzi. Nie mam na myśli tego, że są głupi czy coś - po prostu tacy normalni ludzie ze wsi. Nigdy nie lubiłam chodzić do kościoła przez chociaż sam fakt, że byłam do tego zmuszana.
Dlatego do dzisiaj niedziela jest dla mnie dniem przeklętym. Oczywiście nie pochodzę z patologicznego domu, nigdy nie chodziłam głodna ani niczego mi nie brakowało, ale od małego byłam terroryzowana religijnie. Jak to dziecko, potrafiłam symulować różne choroby, żeby tylko do kościoła nie iść, ale zdarzały się też takie momenty, że po prostu zaczęłam się buntować. Pamiętam, że właśnie w takich sytuacjach byłam szarpana, ciągnięta za włosy i kilka razy podrapana przez własną ''bogobojną'' matkę.
Nie mówię tutaj o przemocy w domu, bo sama bym tego tak nie nazwała. Te podrapania raczej wynikały z faktu, że to była szarpanina i podrapała mnie po prostu przypadkowo, a ja próbowałam się wyrywać.
Kiedy chodziłam do szkoły, dla mojej mamy większym problemem było to, że dzisiaj jest spowiedź na pierwszy piątek miesiąca i nie poszłam do tego kościoła, bo dopiero co przyszłam z autobusu, niż to, że na przykład dostałam jedynkę z matematyki, ale nie poszłam do szkoły, bo mi się nie chciało. Często było tak, że przychodziłam do tego przeklętego kościoła zaryczana po niedawnej szarpaninie w domu.
Co chcę przez to powiedzieć? Że WIARA CZYNI... CZUBA!
Nienawidzę swojej własnej rodziny... W moim domu nie można porozmawiać na inne tematy niż kościół. Nie wspomnę o tym, że moi rodzice to oczywiście zwolennicy PiS-u (bo to przecież taka chrześcijańska partia). Nie cierpię zapraszać kogoś do domu, bo o godzinie 21 codziennie usłyszy Apel Jasnogórski puszczany w radiu na cały dom. Co najgorsze, mam o 10 lat starszą siostrę, która również zaczyna podzielać tę samą pasję co rodzice.
Tak się zastanawiam, czy moja rodzina jest pod tym względem przeklęta?
To co dzieje się u mnie w domu nie jest żadnym, powtarzam - żadnym chrześcijańskim zachowaniem. Moi rodzice odgrywają takie role wyłącznie w kościele albo gdy ksiądz chodzi z kolędą. Wtedy mama zamienia się w aniołka, który świeci przykładem ''chrześcijańskiej'' postawy. Wszystko znika, jak nikt ich nie obserwuje, a przekleństwa i kłótnie zaczynają się dopiero za zamkniętymi drzwiami.
Z Bogiem!
Moja córka za niedługo skończy 3 latka.
Chciała mi zrobić pobudkę i zaczęła szeptać mi do ucha "mamusiu, pobudka, mamusiu". Nie reagowałam, więc wkurzyła się i zaczęła krzyczeć mi do ucha:
- Wstawaj pindolu leniwy!!
Do teraz jestem w szoku.
No i dopadł mnie cholerny koronawirus. Siedzę zamknięta w mieszkaniu i nadrabiam zaległości na Netfliksie. Jako osoba z natury socjalna, nudzę się przy tym niesamowicie. Najbardziej wkurzało mnie to, że jeszcze tydzień temu planowałam zaprosić moich najlepszych przyjaciół na małą posiadówę przy winie, żarełku i muzyce.
Tymczasem, ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu, moi przyjaciele wcale nie zamierzali przejść z moim stanem do porządku dziennego i zrobili mi wielką niespodziankę. Jako że doskonale wiedzą, jak bardzo lubię jeść, zrobili zrzutę i zamówili z 5 różnych restauracji przekąski, dania i desery, które to kurier dostarczył mi pod same drzwi. Czego tam nie było? Krążki cebulowe (uwielbiam!), sushi, placki ziemniaczane z sosem grzybowym, ramen, ravioli, a na osłodę – tiramisu i butelka zimnej pina colady! Cieszyłam się jak dziecko patrząc na te dary i planując kolejność pochłaniania tych wspaniałych cudów sztuki kulinarnej…
Kiedy zasiadłam do posiłku, okazało się, że straciłam smak i w zasadzie to nie ma dla mnie różnicy, czy jem pyszne ravioli, czy kulkę papieru toaletowego. Niech ktoś mnie dobije.
Zacznę od tego, że nie sądziłem... Nie sądziłem, że to napiszę gdziekolwiek...
Kilka lat temu po pracy, była może godzina 16, wpadła do mnie Policja z nakazem przeszukania... Oskarżyli mnie o "hakerstwo"... Włamałem się na maila jakiemuś dzieciakowi... Skonfiskowali mi wszystkie sprzęty komputerowe. Rozprawa miała miejsce daleko od mojego domu. Przyznałem się do winy, poddałem się dobrowolnie karze...
Dostałem 6 mc/25h (w każdym miesiącu musiałem odrobić 25h).
Na początku odrabiałem, 1 miesiąc, 2 miesiąc... Aż w końcu zdarzył się wypadek.
Wjechałem na czołówkę, nie z mojej winy. Kasacja auta, pobyt w szpitalu. Zwolnienia do kuratorki oczywiście poszły.
Mijały miesiące. Skończyłem rehabilitację. Wszystko miało wrócić do normy, miałem wrócić do odrabiania prac społecznych... W pewnym momencie otrzymałem pismo z sądu, że "uchylam" się od odrabiania prac i zostaję skazany na 60 dni w zakładzie karnym. Życie mi się zawaliło... Miałem myśli samobójcze... Dziewczyna mnie zostawiła...
Wszystko poszło nie tak jak powinno.
Jednak? Nie poddałem się, wynająłem adwokata. Zacząłem walczyć o swoje.
Sprawa za sprawą, nerwy, stres... Kuratorka ma to gdzieś (nie posiada wysyłanych zwolnień przez lekarza. Zwala na winę poczty, że nic nie otrzymała). Dla niej jestem przestępcą i mam iść siedzieć... Do tej pory udało mi się uchylić wyrok... W tym momencie czekam na sprawę w sądzie co dalej.
Wszystkie potwierdzenia mam, że miałem rehabilitację i nie bylem w stanie wykonywać owych prac...
Wiecie co? Czuję się bezsilny momentami. W tym momencie dla mnie polskie prawo wykonawcze to "Zero"...
Mam nadzieję, że nie opadnę z sił.... że się nie poddam.
Że będę żył i pójdę do przodu...
Dziękuje tylko przyjaciołom, że nie opuścili mnie w takich trudnych chwilach.
Mam 22 lata, mam pracę, a przez mój błąd przeszłości jestem nie wiadomo jakim przestępcą...
Jakiś czas temu na anonimowych czytałem, żeby uśmiechać się do ludzi na ulicy. Wziąłem to sobie głęboko do serca i pewnego dnia postanowiłem szczerzyć się do każdego.
Dostałem 4 propozycje wpie*dolu i 3 osoby wyzwały mnie od pe*ałów.
Pierwsza klasa gimnazjum, imiona zmienione.
W mojej klasie był Paweł - cwaniak, lubił rządzić resztą chłopaków,popisywać się. Był też Piotrek... Cichy, grubszy chłopak w okularach którego Paweł uwielbiał gnębić. Przeważnie na przerwach albo Paweł sam zaczepiał Piotrka albo kazał swojemu koledze "kopnij go, walnij". Nam dziewczynom się to nie podobało, zwracałyśmy Pawłowi uwagę, żeby odczepił się od Piotrka ale to nic nie dawało. Nauczycielki które miały dyżury na przerwach też niewiele pomagały bo zwykle mówiły "uspokójcie się" i szły dalej.
Przykro było na to wszystko patrzeć więc wymyśliłam plan. Spotkałam się z Piotrkiem i powiedziałam mu, żeby wytrzymał jeszcze z tydzień bo postanowiłam wszystko nagrywać i robić zdjęcia i tak też było. Udało mi się np. nagrać Piotrka wypychanego w samych slipkach z szatni dla chłopaków na korytarz, robiłam zdjęcia gdy był bity, gdy wysypano na niego kosz na śmieci. Wszystko skopiowałam na płytę, dodałam film z bicia Piotrka za szkołą, który do internetu dodał sam Paweł i razem z listem, w którym napisałam, że albo coś z tym zrobią albo te zdjęcia i nagrania trafią do kuratorium a potem do tv. (nie podpisałam się oczywiście)
Następnego dnia podczas lekcji do sali razem z wychowawczynią wparował dyrektor. Zawołał Pawła do siebie do gabinetu. Po około 30 min Paweł wrócił zapłakany. Kolejnego dnia był apel na którym dyrektor opowiadał o znęcaniu się nad słabszymi, kazał wyjść Pawłowi na środek i przeprosić Piotrka. Rodzice Pawła zostali poinformowani o wyczynach syna. Paweł dostał naganę.
Po tamtych wydarzeniach Paweł już nie cwaniakował. Piotrek zaczął się więcej uśmiechać, okazało się, że to miły, pomocny chłopak. My dziewczyny bardzo go lubiłyśmy bo często dawał nam korki z matmy.
Jakiś czas po tych wydarzeniach dostałam od niego sms" dziękuję, gdyby nie Ty mogło by mnie już nie być, bo miałem różne czarne myśli w głowie". Nie żałuję, że wtedy nakapowałam na Pawła.
Wyznanie typu oszukać przeznaczenie.
Sytuacja wydarzyła się, gdy miałem 10, może 11 lat. Spałem. Śniło mi się, że tata wyjechał nad ranem do pracy. W drodze do pracy na zakręcie wyskoczył mu jeleń, tata, aby uniknąć zderzenia odbił na pobocze i uderzył w drzewo. Zadzwonił do mamy i wsiadł z powrotem do samochodu, bo był to dość chłodny poranek. Chwilę później drzewo, w które uderzył runęło na samochód, tym samym... no... wiadomo co.
Za chwilę słyszę krzyk mamy:
- Synek, wstawaj, tata miał wypadek!
- Jaki wypadek?
- Jeleń wyskoczył mu na drogę i żeby w niego nie wjechać zjechał na pobocze i uderzył w drzewo.
Ja już zalany łzami, niewiele myśląc wykrzyczałem:
- Niech nie wsiada do samochodu, błagam!
Mama zdziwiona moją reakcją nawet nie musiała powtarzać tego tacie, bo sam usłyszał mój krzyk.
Szybko ubraliśmy się z mamą i wybiegliśmy przed blok, gdzie czekał wujek, który miał nas zawieźć do taty. Gdy byliśmy w drodze na miejsce wypadku, tata zadzwonił. Powiedział tylko to:
- Nie wiem, w jaki sposób on to zrobił, ale uratował mi życie!
Przyjechaliśmy na miejsce wypadku. Samochód zmiażdżony przez drzewo. Tata wyciąga z niego swoje dokumenty. Gdy tylko mnie zobaczył wybuchł płaczem, ja z mamą również.
Pomimo tego strasznego wypadku był to nasz najszczęśliwszy dzień.
I chyba jestem jakimś pieprzonym jasnowidzem.
Dodaj anonimowe wyznanie