Dzisiaj dzwoni do mnie ciotka, że pilna sprawa, czy mogę zająć się kuzynką "na już". Więc wte pędy zakładam dres i lecę.
Przechodzę przez park - ludzi dużo, w końcu pogoda dopisuje. Przechodzę obok krzaków, a tam? Leży sobie pan. Pierwsza myśl? Pewnie pijany, przegiął z alkoholem, no to leży. Jednak sumienie nie pozwoliło mi iść dalej. Podchodzę, pan cichym głosem wręcz błaga o pomoc, kręci się w głowie, nie może się podnieść. Alkoholu nie czuję.
No to wyciągam rękę, pan ją łapie, powoli staram się go podnieść. Łatwo nie było - ja chudzinka, 160 cm w kapeluszu, pan dość puszysty. Ale daje radę, sadzam pana na ławce obok.
Dzwonimy po karetkę, bo nie wygląda to dobrze.
Pomińmy rozmowę, dzięki której dowiedziałam się, że jak pan kontaktuje, to mam go przywieźć, jak nietrzeźwy, to dzwonić na policję. Cholera mnie bierze, po kilku bezsensownych zdaniach karetka wysłana.
Przyjechali, pan zabrany. Ja już mam odchodzić, kiedy słyszę, że woła mnie ratownik. Wchodzę do karetki. Pan ze łzami w oczach mi dziękuje. I przeprasza za stracony czas.
Pomagajmy.
Jestem z siebie dumna.
Mieszkam w małej mieścinie na wschodzie Polski. Jakiś czas temu wzięłam udział w organizowanym przez Urząd Miasta „maratonie”. Zajęłam piąte miejsce. To niezły wynik biorąc pod uwagę, że startowało prawie 60 osób!
Po uroczystej przemowie burmistrza zawodnicy, którzy zajęli wysokie pozycje, nagrodzeni zostali różnej maści prezentami, ufundowanymi przez lokalnych sponsorów tej imprezy. Ktoś otrzymał 5 kilogramów wędzonej szynki, jeden chłopak odebrał voucher do warsztatu rowerowego, jakaś pani ucieszyła się z wręczonego jej kursu szydełkowania. Ja natomiast dostałam karnet na 10 wejść do osiedlowego solarium. Pewnie uradowałabym się szczerze, gdyby nie to, że mój tata jest Nigeryjczykiem i w genowym prezencie od niego otrzymałam czarną jak heban skórę...
Kiedyś zostałam wykorzystana seksualnie przez jednego chłopaka. Na szczęście dość szybko wyszłam z „traumy” i dość szybko pozwoliłam się do siebie zbliżyć mojemu obecnemu partnerowi.
Mimo że jesteśmy blisko siebie, dzisiaj zrobił coś, co mnie strasznie zabolało. A mianowicie naruszył moją przestrzeń osobistą i seksualną w chamski sposób. Mówiłam, żeby przestał, a on uważał, że to zabawne. W końcu się popłakałam.
Teraz on jest obrażony i robi mi wyrzuty, że to była tylko zabawa, a ja już w płacz...
Nigdy nie sądziłam, że zrobi coś takiego, co przypomni mi o tej sytuacji z kiedyś. I nigdy nie sądziłam, że zamiast mnie wesprzeć, to jeszcze się o to obrazi...
Opowiem Wam o tym, jak czasem nawet 7-letni, szczęśliwy związek można zniszczyć w ciągu 15 minut.
Z Tomkiem poznałam się na pierwszym roku studiów. Był trzy lata starszy, przystojny, inteligentny, z poczuciem humoru, które doprowadzało mnie do łez. Miły, dobry facet, który dostając awans na kierownika działu, po 6 latach związku zmienił się w chama, prostaka, osobę, z którą ciężko mi było przebywać wśród znajomych z powodu jego ciągłego wywyższania się. Pewnego dnia został zwolniony, a po kilku tygodniach ja awansowałam w pracy i nastąpiło to:
- Kierowniczka. Proszę cię. He, he.
- O co ci chodzi?
- Cieszysz się, jakbyś nie wiadomo co osiągnęła.
- Bo osiągnęłam?! Gdy ty dostałeś awans, otwieraliśmy szampana. W czym mój sukces jest gorszy od twojego?
- Ta. Dadzą ci kilka tysięcy, a ty będziesz się cieszyć jak niepełnosprawna.
- Że co proszę? Nie zagalopowałeś się trochę?
- Prawda jest taka, że gdyby nie ja, nie osiągnęłabyś nic. A teraz jeszcze cieszysz się nie wiadomo z czego. Masz przełożonych debili. Zorientują się, że niepotrzebnie cię wybrali, jak tylko coś spieprzysz.
Po tych słowach już nie wytrzymałam. Wykrzyczałam mu:
- To nie jest moja wina, że cię wylali, więc nie wyżywaj się teraz na mnie, bo sobie nie zasłużyłam! Doskonale wiesz, że na wszystko zapracowałam sama. Nie skończyłeś za mnie studiów, nie nauczyłeś się języków i nie znalazłeś mi pracy! Wszystko zrobiłam sama i nie wydaje mi się, żeby zostanie kierownikiem nie było powodem do radości! Tobie jedyne co mogę przyznać to to, że mnie wspierałeś, ale na pewno to jak wygląda moja kariera zawodowa nie jest twoją zasługą! Teraz jesteś wielce oburzony, że cię wywalili. Bycie kierownikiem nie uprawnia cię do darcia mordy na ludzi i grożenia zwolnieniem, jeśli nie zostaną po godzinach. Jedyne co teraz umiesz robić, to siedzieć na kanapie i żłopać piwsko, zamiast szukać...
Tu mi przerwał. Uderzeniem. Sytuacja skończyła się tak, że z podbitym okiem próbowałam złapać oddech i odsunąć od siebie jego ręce, które ściskały moją szyję. Nigdy nie widziałam w jego oczach tyle nienawiści, a jeszcze pół roku wcześniej te same oczy patrzyły na mnie pełne miłości i czekały, aż powiem „tak”.
Gdy w końcu otrzeźwiał i mnie puścił, wybiegłam z domu. Zrobiłam obdukcję. Tak na wszelki wypadek. Jak się okazuje, nie znam tego człowieka i nie mam pojęcia, do czego jeszcze jest zdolny.
Tego samego dnia pierwszy raz zapłaciłam lekarzowi za wypisanie zwolnienia lekarskiego, bo żadne fluidy, pudry i korektory nie były w stanie zakryć tego siniaka.
Wyprowadziłam się od niego dwa dni po tej sytuacji. W asyście dwóch przyjaciółek.
Reakcja niektórych osób z mojego otoczenia (w tym rodziny)?
„Uderzył cię tylko raz. Nie rób z siebie takiej księżniczki”.
„No a ślub? Przecież już rezerwowaliście salę? Nie szkoda ci kasy?”
Nie szkoda.
W lipcu zaliczyłem moją pierwszą samochodową stłuczkę. Z mojej winy. Zagapiłem się na bardzo ładną dziewczynę, która ubrana w obcisłe spodnie, kręcąc tyłeczkiem, szła chodnikiem. Chwila nieuwagi i bum! - uderzyłem w samochód przede mną.
Do diabła ze stresem, kłótnią z kierowcą tego pojazdu oraz mandatem, który dostałem. Najbardziej wkurzył mnie fakt, że laska, na którą się zapatrzyłem, była w rzeczywistości bardzo "kobiecym" facetem!
Mój chłopak uwielbiał żartować na temat ciąży. Każdemu wmawiał, że jestem w ciąży, a gdy ktoś uwierzył i pytał się, który tydzień, ten mnie głaskał po brzuchu (czego bardzo nie lubiłam) i się śmiał. Zawsze mu powtarzałam, że ma nie krakać, bo wykracze.
Ostatnio, gdy ofiarą jego żartu padła moja przyszła teściowa, ja na jej pytanie który tydzień, odpowiedziałam z uśmiechem na twarzy:
- Siódmy.
Mój luby zamarł, gdyż w ten oto sposób oznajmiłam mu, że jestem w ciąży.
Dostałem zaproszenie na studniówkę od pewnej dziewczyny. Zbytnio się nie ucieszyłem, bo to koleżanka z podstawówki, kiedyś mieliśmy dobry kontakt, ale wraz z liceum przeszło. Dodam jeszcze, że dziewczyna do zbytnio pięknych nie należała. Dlatego też jej odmówiłem.
Kilka dni po tym dowiedziałem się od znajomych, że innych kumpli ze starej klasy też pytała, ale wszyscy odmówili jej z tego samego powodu. Gdy tak chłopaki zaczęli się z niej podśmiewać, to do naszego grona przyszedł mój wieloletni przyjaciel, zaciekawiony o kim mówią, to mu powiedziałem. Jego mina od razu spoważniała i jak przyszedł, tak wyszedł. Nikt się tym zbytnio nie przejął prócz mnie, bo go znam i wiem, kiedy coś go mocno dotknęło.
Wyszedłem za nim i spytałem o co chodzi. A on mi odparł, że to jest jego sąsiadka, ich domy są praktycznie naprzeciw siebie, a jego rodzice są przyjaciółmi jej rodziców. Powiedział, że dziewczyna jest w trakcie walki z nowotworem i to jest właśnie powód, dlaczego pyta ludzi ze starej klasy o towarzystwo na tej imprezie, bo nie chce, by ktoś wiedział o jej chorobie i co chwilę podczas tej jednej nocy pytał jak się czuje. Zrobiło mi się strasznie głupio, że oceniłem ją przez pryzmat aktualnego wyglądu, mimo że kiedyś fajnie nam się rozmawiało.
Tej samej nocy napisałem do niej, że jeśli dalej kogoś szuka, to chętnie jej potowarzyszę. Była bardzo zdziwiona, pewnie domyśliła się, że coś wiem lub pomyślała, że mam jakiś interes w tym.
Przed studniówką spotkaliśmy się z trzy razy, by wszystko obgadać, a przyjaciel powiedział mi o jej stanie zdrowia trochę więcej, w razie gdyby coś się miało zdarzyć.
Podjechałem pod nią samochodem, czekam aż wyjdzie... i gdy ją ujrzałem, pomyślałem, że jest piękna. To było takie nagłe, trudne do zrozumienia. Na studniówce bawiliśmy się świetnie, a po imprezie czułem się jak zakochany szczeniak.
Spotykaliśmy się częściej, jednak ona ani razu nie powiedziała nic a nic o tym, że choruje, więc sam się przyznałem, że wiem. Zapytała "w takim razie po co wciąż ciągniesz tą znajomość? Ja i tak cierpię, ale to ty poczujesz stratę, a nie ja".
Tak stanąłem na swoim, że byliśmy razem 5 lat. Dziś byłem wraz z naszą 8-letnią córką na jej grobie i przypomniały mi się jej słowa na temat poczucia straty. Skubana miała rację, ale z niczego w życiu nie byłem bardziej dumny jak z tego, że postanowiłem pójść z nią na tę studniówkę.
Jestem muzykiem. Gram na perkusji i od lat już, ze średnim skutkiem, próbuję zrobić karierę na scenie. Oprócz tego niedawno obroniłem pracę magisterską z filozofii.
Niedawno dowiedziałem się, że moja rodzina robi między sobą zakłady o to, kiedy zejdę na ziemię i pójdę do pracy w jakimś mało prestiżowym zawodzie za kasę, która ledwo mi starczy na opłacenie czynszu.
Jest mi bardzo przykro i jednocześnie czuję wewnętrzną złość, że najbliżsi mi ludzie nie wierzą we mnie i z góry zakładają, że z moim doświadczeniem i muzycznym talentem skończę jako szare, nudne, pozbawione ambicji popychadło.
A najgorsze w tym wszystkim jest to, że teraz nie chcąc sprawić im satysfakcji, nie mogę wygadać się, że od tygodnia pracuję w McDrivie… Ledwo starcza mi na czynsz.
Kiedy byłem w gimnazjum, przeżywałem swoją wielką niespełnioną miłość. Niby oboje wiedzieliśmy co do siebie czujemy, wszyscy inni też wiedzieli, ale pewnego dnia nasze drogi po prostu się rozeszły. Byłem zwykłym gówniarzem i swoim dziecinnym zachowaniem wszystko zepsułem.
Pamiętam, że zawsze rozmawialiśmy na matmie. Na jednej lekcji, kiedy pani wyszła, zaczęliśmy wspominać poprzedni wieczór spędzony ze znajomymi, kiedy nagle powiedziałem:
- Jeśli do 20. roku życia nie będziemy nikogo mieć, to bierzemy ślub.
Zgodziła się. Ale - tak jak napisałem wcześniej - nasze drogi się rozeszły. Długo myślałem, jak odnowić kontakt, jak ją odzyskać, jednak znowu zabrakło odwagi.
W 20. urodziny nie miałem ochoty bawić się ze znajomymi. Siedziałem w domu, oglądając nasze wspólne zdjęcia, kiedy dostałem SMS-a. Złożyła mi życzenia i spytała pół żartem, czy nasza umowa wciąż aktualna...
I wiecie co? Piszę to wyznanie, bo dwa dni temu miałem urodziny. Świętowałem je z nią - moją najwspanialszą żoną na świecie.
Wiem, że to nie jest jakaś wspaniała historia, ale chciałam się nią podzielić.
Mieszkam w bloku, z okna mojego pokoju widać drugi blok od strony balkonów. Pewnego razu gdy patrzyłam przez okno zobaczyłam, że na balkon wyjeżdża chłopak w wieku 12 lat (ja mam 14), który jeździ na wózku inwalidzkim. Pomachał mi. Sytuacja kilka razy się powtórzyła.
Około dwa tygodnie temu zaczęliśmy grać sobie w papier, kamień, nożyce, a tydzień temu jak spojrzałam przez okno, chłopiec gdy tylko mnie zauważył pokazywał na palcach liczby. Po chwili zrozumiałam, że to numer telefonu i zadzwoniłam.
Od tygodnia codziennie o czymś gadamy. Pyta się, jak się czuję na e-lekcjach i takie tam. Dzisiaj powiedział mi, że wcześniej nie miał żadnych kolegów, bo wszyscy się z niego śmiali i że za każdym razem, jak mnie widzi przez okno i jak rozmawiamy, to poprawia mu się humor.
Fajnie jest być potrzebnym!
Kilka razy wyszłam z nim na spacer. Jest serio sympatyczny i ambitny i nie rozumiem, jak można się z kogoś śmiać przez niepełnosprawność.
Dodaj anonimowe wyznanie