Jestem kobietą i panicznie boję się krwi. Zapytacie pewnie co ma jedno do drugiego? Otóż boję się nie tylko czyjejś krwi, ale także własnej.
W trakcie każdego okresu straszliwie boję się zajrzeć sobie do majtek. Z tego strachu co chwila wymiotuję, nie mogę nic jeść przez całą miesiączkę. To nie tak, że jakoś straszliwie mnie boli. Nie boli praktycznie wcale.
Wypróbowałam już wszystkiego - kubeczki, podpaski, tampony. Nic na dłuższą metę nie pomaga, zawsze jest ta świadomość, że ta krew tam jest. W trakcie ostatniej miesiączki próbowałam opróżnić kubeczek z zamkniętymi oczami. Zalałam wszystko wokół toalety, a gdy zobaczyłam co zrobiłam, to zwymiotowałam na podłogę. Usiadłam i popłakałam się, a chwilę później przyszedł mój chłopak. Pogłaskał, pocałował, powiedział, że posprząta, że wie, że jestem chora i że to nie moja wina. On jako jedyny wie, że panicznie boję się własnej miesięcznej krwi, a także każdej innej, nawet gdy się zatnę nożem w trakcie krojenia, to też mam odruch wymiotny.
Wiem, że to nie jest portal, na którym ktoś drugiej osobie doradza, jednak proszę powiedzcie mi co mam robić? Jesteśmy za młodzi na dzieci, szczerze to nawet nie wiem, czy chcemy je mieć, tak więc ciąża odpada całkowicie. Czytałam w internecie, że wycięcie macicy może prowadzić do braku miesiączki. Może to jest dla nas rozwiązanie? Naprawdę nie wiem już co mam robić, zbliża się kolejny okres, a ja już bzikuję :/
Sytuacja sprzed paru tygodni. Późny wieczór, wracam do domu po zajęciach, zmęczona, niewyspana, oczy mi się same zamykają i bach - usnęłam... chłopakowi siedzącemu obok mnie na ramieniu.
Jakie było moje zdziwienie, gdy chłopak nagle mnie obudził i powiedział: "Niestety przykro mi, ale muszę już wysiąść, mam nadzieję, że chociaż trochę się wyspałaś". Uśmiechnął się i wyszedł, a ja byłam w takim szoku, że nie zdążyłam nic powiedzieć.
O dziecięcych zabawach.
Gdy miałem 11 lat, często spędzałem czas z kolegą i koleżanką z osiedla. Jak to na wsi, nudziło nam się, więc szwendaliśmy się po ulicy. Nagle kolega zaproponował zabawę w pokazywanie dupy i genitaliów. Smaczku zabawie dodawał fakt, że byliśmy na wiejskiej drodze, więc niby było pusto, ale każdy mógł przejechać i nas zobaczyć. Tak więc po pokazaniu czterech liter my z kolegą na trzy cztery pokazaliśmy pindolki, a potem koleżanka swoją waginę. Później wpadliśmy na pomysł, że każdy dotknie narządów intymnych drugiej osoby i analogicznie pozwoli dotknąć swoich.
Ciekawostką jest fakt, że ta koleżanka 15 lat później została moją żoną, ale w międzyczasie umawiałem się z różnymi dziewczynami. Tak więc nie wiem, czy któryś facet też może powiedzieć, że pierwszą cipką, której dotykał, była cipka jego żony, ale nie była jedyną.
PS Wyżej wspomniany kolega ożenił się z moją siostrą, tak że pierwsze w życiu dotykanie narządów intymnych zawdzięczam szwagrowi.
Pamiętam ten dzień, jakby to było wczoraj, mimo że minęło już 25 lat. Tego dnia byłem wyjątkowo nieznośny, nudziło mi się, przeszkadzałem rodzicom, wszystko mnie drażniło. Prośby i groźby nie dawały rezultatu, siedziałem za karę w pokoju i hałasowałem, doprowadzając matkę do szewskiej pasji. Wtedy do pokoju wszedł ojciec i dał mi klucz.
Klucz jak klucz, niczym się nie różnił od innych. Ale tata spojrzał mi głęboko w oczy i powiedział, że to jest najważniejsza i najcenniejsza rzecz, jaką posiadam. Ten klucz otwiera bardzo, ale to bardzo ważne drzwi, za którymi czeka na mnie rzecz, o jakiej nawet nie śniłem. Dowiem się, gdzie są te drzwi tylko wtedy, kiedy zacznę się zachowywać jak mężczyzna, a nie jak "rozhisteryzowana baba". Miałem 6 lat, ale co to mężczyzna wiedziałem, a poza tym byłem bardzo ciekaw tych skarbów. Już miałem jęczeć o te drzwi, ale ojciec tylko warknął, że mam być mężczyzną, mam być cierpliwy, bo czekanie może mi zająć wiele lat. Ale klucza mam nie zgubić. Choćby był pożar w domu, mam zostawić wszystkie miśki, a klucz mam mieć przy sobie.
Schowałem go do pudełka po zapałkach i pamiętałem, że tam jest. A za każdym razem, kiedy zaczynałem pokazywać różki, ojciec unosił palec w górę i mówił "klucz", a ja się uspokajałem. Droga do bycia prawdziwym mężczyzną jest bardzo ciężka - myślałem. Mama się zawsze dziwiła "jaki klucz?", a tato odpowiadał, że to męska sprawa i że żadna kobieta tego nie zrozumie.
W końcu zacząłem ten klucz traktować jako coś naprawdę świętego. Do czasu aż poszedłem do liceum, później studia, wyprowadziłem się z domu, założyłem rodzinę i przestałem się skupiać na duperelach. Zacząłem być mężczyzną.
Rok temu wróciłem w rodzinne strony z synem, pokazywałem mu swoje stare klamoty schowane na strychu i wpadł mi w ręce Klucz. Ścisnąłem go w dłoni przywołując setki wspomnień, zszedłem na dół pytając ojca o co z tym kluczem tak właściwie chodziło? Po cichu liczyłem na to, że to klucz do jakiegoś domu odziedziczonego po dawno zmarłej ciotce czy coś, ale rzeczywistość była o wiele brutalniejsza.
- Klucz? Aaa... wyjąłem jakiś z szuflady, żebyś przestał się wydzierać, bo matka już od zmysłów odchodziła.
:|
Jako studentka pedagogiki miałam kiedyś praktyki w przedszkolu. Pewnego dnia po zajęciach podeszła do mnie mama jednego z chłopców i zaczęła pytać o swojego syna i moje wrażenia związane z pracą z nim. Na koniec dodała, że wie, jaki jej syn jest żywy i spytała, czy mi to nie przeszkadza. A ja? A ja nie namyślając się długo odpowiedziałam wielce inteligentnie, że "lepsze żywe dziecko niż nieżywe".
Jej miny nie zapomnę chyba nigdy.
Jak byłem mały, dostałem erekcji - nie wiem dlaczego - i odkryłem, że mogę ruszać siusiakiem, więc pobiegłem do mamy pochwalić się, jaki jestem zdolny. Zażenowana ignorowała to co robiłem, kazała tylko mi się ubrać "bo się przeziębię".
Przypomniało mi się, bo teraz, gdy mam 27 lat, moja partnerka zachwyca się tym jak ruszam moim sprzętem bez użycia rąk. Dla niej to praktycznie magia.
Uwielbiam przyglądać się męskim kroczom. Przyglądam się wybrzuszeniu i próbuję zgadnąć jaką ma ktoś bieliznę - czy slipki, czy bokserki. W której nogawce nosi swoje klejnoty? Jakie osiąga rozmiary w czasie gotowości? Czy jest zakrzywiony w którąś stronę? Czy jego powerbanki zwisają swobodnie, wesoło się bujając, czy też może przylegają ciasno do ciała, jakiej są wielkości?
Przyglądam się magicznemu uwypukleniu i rozmyślam...
Nikomu o tym nie powiem, tylko wam.
Zacznę od tego, że byłam w 2 technikum. Kiedyś miałam mieć wywiadówkę i jako że mama tym razem nie mogła iść, powiedziała tacie, żeby on poszedł. O 16 wyszedł, bo o 16:30 miała zacząć się wywiadówka.
Po jakimś czasie tata zadzwonił do mamy i wywiązał się taki dialog:
- Naszą córkę chyba wyrzucili ze szkoły.
- Jak to, przecież nie wagaruje, dobrze się uczy, o co chodzi? - mówiła mama zdziwiona.
- No nie wiem, Kowalska [nazwisko wychowawczyni oczywiście zmienione] powiedziała, że Sylwia nie chodzi już do tej szkoły.
- A powiedz mi jeszcze, do której szkoły pojechałeś?
- No do tego gimnazjum na ul. *******
- Idioto, twoja córka chodzi od 2 lat do technikum!
Ja słysząc to co mama mówiła, umierałam ze śmiechu. Tata wrócił do domu, bo na wywiadówkę do obecnej szkoły nie zdążył i miałam dodatkowe kilka dni na poprawę niektórych ocen :)
Spałem. Nagle mój sen przerwała czyjaś zimna dłoń na mojej twarzy. Bez zastanowienia wziąłem ją i rzuciłem w ścianę. Co się okazało? Była to moja ręka, tylko zdrętwiała i stała się zimna. Bolało. Nie polecam.
Pracuję w zakładzie pogrzebowym już od kilku lat, wiele pogrzebów widziałem, wiele tragedii i łez, ale ostatnia sytuacja mnie rozwaliła.
Pewna kobieta chowała synka, chłopiec miał 7 lat, od kilku mocno chorował. Kobieta całą mszę stała przy trumnie i płacząc głaskała swego syna po twarzy i rękach. Nie powiem, wstrząsający widok. Msza skończona, ostatnie pożegnanie za nami, powoli już kończymy ceremonię. W momencie opuszczania trumny usłyszeliśmy, jak kobieta mówi przez łzy "a ty tak bardzo chciałeś zobaczyć śnieg w tym roku"... I wtedy, jak na zawołanie, zaczął prószyć śnieg.
Ja wiem, że to pewnie zwykły przypadek, ale i tak nie spałem dobrze tamtej nocy ani przez kilka kolejnych. Ciągle o tym myślę.
Dodaj anonimowe wyznanie