Chodziłam do technikum ekonomicznego. Naszym wychowawcą był młody nauczyciel języka angielskiego. Młody, przystojny, kawaler, czegóż chcieć więcej. Nie zadziwi was pewnie fakt, że każdej się podobał. A że było nas 20 bab, to głupie teksty leciały z każdej możliwej strony. Ale ja byłam wyjątkiem. Nie znosiłam pana X, on mnie zresztą też. Zawsze na wszystkich sprawdzianach, kartkówkach czy przy odpowiedzi musiał się do czego uczepić do mnie, bo tu nie taka litera, to już ocena niżej. Chciałam zmienić szkołę, lecz moja mama bardzo mnie wspierała wtedy. Starałam się, więc w efekcie oceny miałam dobre, zwłaszcza z języka angielskiego - jego przedmiotu.
W dniu zakończenia technikum, już po rozdaniu świadectw na odchodne powiedziałam mu, że wreszcie się cieszę, że dzisiaj ostatni raz oglądam go na oczy. On odpowiedział mi jedno zdanie, które pamiętam do dziś: "Y zobaczysz, że się się jeszcze spotkamy". Ja tylko odwróciłam się i sobie poszłam w swoją stronę.
Skończyłam filologię angielską i złożyłam CV do mojego byłego technikum. I był tam też on. Poznał mnie od razu. Zebrałam się na odwagę i zapytałam go, dlaczego mnie tak nienawidził przez te wszystkie lata. Rozmawialiśmy bardzo długo, wyjaśniając sobie wszystko. Wyznał mi, dlaczego mnie traktował w ten sposób. Nie, nie byłam zła, tylko raczej zdziwiona.
Teraz jesteśmy małżeństwem. I wiecie co? Mam wspaniałego męża. Gdybym wtedy zrezygnowała z tej szkoły, to wszystko pewnie potoczyłoby się inaczej. Tak więc morał z tego krótki, że nigdy nie wiesz jak cię życie zaskoczy.
Każdy student wie jak to jest z osobami pracującymi w dziekanacie. Tytuł magistra broniłam kilka lat temu we wrześniu. Na początku września zmieniłam nazwisko z powodu wyjścia za mąż. Udałam się do dziekanatu, by prosić o zmianę nazwiska w Usosie, by na dyplomie widniało już nowe nazwisko.
Tydzień przed obroną zauważyłam, że moje nazwisko zostało przekręcone. Więc dzwonię wyjaśniać tę sprawę - nazwisko poprawione. Po miesiącu po obronie dyplom był gotowy do odebrania. Udałam się szczęśliwa do dziekanatu po odbiór. Kobieta szuka, szuka, w końcu znalazła:
- Proszę, to pani dyplom.
- To nie jest mój dyplom.
- Jak nie jak tak, dane się zgadzają!
- A czy ja wyglądam tak jak na zdjęciu?
- No nie...
Okazało się, że na mój dyplom zostało przyklejone zdjęcie innej dziewczyny.
Po miesiącu idę kolejny raz. Nazwisko - zgadza się. Zdjęcie też. Ale znów nie odebrałam... Dlaczego? Bo zamiast roku obrony 2015 wpisane było 2012. Zdenerwowana wychodzę z dziekanatu, no bo ile można?! Gdy ochłonęłam, zadzwoniłam kolejnego dnia do kierownika dziekanatu ze skargą. Kierowniczka mnie wysłuchała i przeprosiła, obiecała, że zaraz coś będzie w tej sprawie robiła i będzie ze mną w kontakcie telefonicznym. Pół godziny później zadzwonił chłopak, który jest pracownikiem dziekanatu i jest odpowiedzialny za dyplomy. Doszło do tego, iż sam osobiście do domu przywiózł dla mnie dyplom oraz papiery do podpisania :)
Czuję się jak Chuck Norris - jestem tak zajebista, że to dziekanat przyjeżdża do mnie :).
W egzystencji płodowej walczyłam o możliwość wyjścia na świat, gdyż moje życie było zagrożone, wręcz wisiało na włosku. Udało mi się zapobiec najgorszemu tylko ze względu na moją wrodzoną zaradność i pomysłowość w kwestii rozwiązywania problemów.
Otóż byłam poważnie okręcona pępowiną, która perfidnie zaciskała mi się na szyi. Lekarz prowadzący był na tamtym etapie rozwoju medycyny bezradny, nawet nie próbował martwić mojej mamy, więc ta chodziła sobie spokojnie całą ciążę, nie będąc niczego świadomą. Przy porodzie lekarz był bardzo zaskoczony, gdy zobaczył mnie, wychodzącą na świat z rączką do góry. Stwierdził, że poradzę sobie w życiu, bo nie każdy płód wpadłby na to, by włożyć sobie rękę pod pępowinę okręcającą się na szyi i asekurować się przed niedotlenieniem i, co za tym idzie, kalectwem. Brawo ja!
PS Dalej trzymam prawą rękę tuż przy szyi, kiedy zasypiam.
Mieszkam z moim chłopakiem, niestety mieszka też z nami moja młodsza siostra, która przeniosła się do większego miasta, aby uczęszczać do lepszego liceum niż w naszym małym rodzinnym mieście.
Kiedy pewnego dnia byłam przekonana, że nie wróciła jeszcze ze szkoły, zaczęliśmy kochać się z mym wybrankiem w kuchni. Tak, w kuchni. Nagle ze swojego pokoju wyszła moja siostra, która myślała, że jest sama w domu i wystraszyła się, że to złodzieje są źródłem hałasu. Zaczaiła się z kijem od mopa, którego zgarnęła z łazienki. Kiedy tak uzbrojona wbiegła do kuchni i nas zobaczyła zaczęła się śmiać i powiedziała: 'Widzę, że o jeden kij tu za dużo'.
Zawsze upewniajcie się, czy jesteście sami! :)
Sytuacja miała miejsce kilka tygodni temu w Krakowie. Jechałam sobie tramwajem, kiedy na przystanku wsiadają "Sebki", siadają za mną i zaczynają swoją inteligentną rozmowę z typowymi dla siebie przerywnikami. Wtem jeden pyta drugiego: "Stary, a jak ta twoja dupa?", chwila ciszy i ten drugi mu odpowiada bardzo poważnie: "Drogi kolego, chciałeś zapytać, co u mojej dziewczyny?", po czym zwraca się do mnie: "Ja bardzo panią przepraszam za kolegę, ale on jeszcze taki nieobeznany w stosunkach z kobietami. Mam nadzieję, że nie uraził pani". Uśmiechnęłam się i kiwnęłam głową.
PS. Mam 19 lat, "Sebki" nie byli wiele starsi. Od razu zrobiło mi się miło nie tylko dlatego, że "Sebek" złamał swój stereotyp, ale z tego względu, że zachowuje się jak prawdziwy mężczyzna i pewnie swoją "Angelikę" traktuje jak damę.
Muszę to z siebie wyrzucić, bo się ugotuję we własnym sosie.
Słowem wstępu, od lat cierpię na depresję, lęki i zaburzenia osobowości. Ostatnio mi trochę odpuściło, przez kilka miesięcy czułam się wreszcie jak normalny człowiek. Ale oczywiście piękno nie trwa wiecznie i nagle bum! Poniedziałek nad ranem, zbieram się do pracy i z każdą chwilą czuję, jak się zbliża... i wybucha. Atak paniki.
Pomyślałam: nie, nie dam rady, pier**lę, nie pójdę. Dzwonię do lekarza, dostaję leki i zwolnienie na tydzień. Rzecz w tym, że w piątek zerwałam się z pracy, a właściwie to mnie wygonili, bo miałam lekko podwyższoną temperaturę. Głupia ja, jak dobrze wytresowany piesek, zadzwoniłam do mamy i powiedziałam jej, że chyba coś mnie bierze. Przez następne dwa dni weekendu czułam, jak samopoczucie zjeżdża z zawrotną prędkością w dół po spirali mojego marnego jestestwa... A ona? Przez te dwa dni wypisuje mi "ale jak się czujesz? ale jak temperatura?". Napisałam jej kilka razy, że temperatura spadła, jak się przespałam, że fizycznie czuję się dobrze, ale psychicznie jak g*wno. No i oczywiście nie zrozumiała, bo po co. Jak mi w poniedziałek napisała kolejną listę pytań, zakończoną "ale jesteś na zwolnieniu?", to nie wytrzymałam i napisałam tylko "nie chcę o tym mówić". Przez trzy dni spałam na lekach uspokajających, próbując się pozbyć poczucia winy, że jestem na zwolnieniu na "wymyślone choroby" i że "na pewno mnie zwolnią", co tak często lubi podkreślać moja rodzicielka.
Dzisiaj - o naiwna - postanowiłam zadzwonić. Tłumaczę, że mówiłam, że fizycznie wszystko w porządku, że mnie wkurzyła tym dopytywaniem, bo wspominałam jej, że psychicznie ze mną źle, a ona dalej cisnęła. I co słyszę? "Nie no, rozumiem, nie chciałaś rozmawiać, TO NIC, ŻE JA TRZY NOCE NIE SPAŁAM! Ja sobie poradzę! ALE NIE PRZEPRASZAJ MNIE!" ...
I teraz jestem wk**wiona. Na nią, że mimo tylu moich prób walki o własną autonomię, nadal śmie stosować na mnie te tanie sztuczki. I na siebie, że mam 34 lata na karku, 10 lat w terapii, a dalej daję się na to nabrać. Somebody end me.
Będąc na studiach miałam koleżankę, która była jednym, wielkim, chodzącym kompleksem. Podczas jednego z jej ataków histerii, podczas którego jęczała, że jest gruba i że zawsze będzie gruba i że nikt nie lubi ludzi grubych, usiłowałam ją jakoś pocieszyć mówiąc: „Baśka, daj spokój, wcale nie jesteś gruba. W zasadzie to masz dokładnie taką samą figurę jak ja!”. Na chwilę przestała płakać i załzawionymi oczami spojrzała na mnie od góry do dołu, a następnie jeszcze głośniej załkała, drąc się skrzecząco: „Jestem gruuuubaaaa! Taka gruuuubaaaa!”.
Mając do wyboru pomiędzy wpadnięciem w podobna karuzelę kompleksów a zerwaniem znajomości z Baśką, wybrałam to drugie.
Trenuję siatkówkę od ok. 10 lat. Mam więcej niż 2 m wzrostu. Szedłem sobie na trening jak co czwartek, gdy zobaczyłem dziewczynę z małym chłopcem, który był strasznie ruchliwy. Może by mnie to nie ruszyło, gdyby nie to, że dziewczyna ledwo chodziła, a to dziecko ciągle biegało i nie mogła dać sobie sama rady. Coś mnie tknęło, żeby jej pomóc... Może to, że była bardzo ładna. Podszedłem do niej i zapytałem, czy pomóc. Pobawiłem się z małym i odprowadziłem ich do domu.
Dostałem burę od trenera za spóźnienie, 5 karnych kółek dookoła boiska i nie mogłem zagrać na meczu, które mieliśmy dwa dni później. Straciłem szansę przejścia do innego klubu, ale za to zyskałem cudowną kobietę ;)
W wieku 18 lat poznałam chłopaka. Jak to zawsze na początku związku bywa było cudownie, on był cudowny. Wtedy myślałam, że takiego chłopaka to ze świecą szukać. Miły, uprzejmy, mogłam mu w każdej sprawie zaufać, zawsze na niego liczyć. Wiem, że byłam dla niego wszystkim, a on dla mnie. Po 4 latach związku zamieszkaliśmy razem, póki co to w moim domu rodzinnym, ponieważ jego dom był w trakcie wykończenia. Mieliśmy się tam wprowadzić razem. Moja rodzina uwielbiała "szwagra", "zięcia". Zawsze gdy ktoś potrzebował pomocy był chętny.
Po jakimś czasie zauważyłam, że moja siostra często prosi o coś mojego, już wtedy, narzeczonego. A to trzeba z nią gdzieś jechać, a to trzeba jej coś zrobić, itp. Na początku nie miałam z tym problemu, ale kiedy coraz częściej ona potrzebowała podwózki do miasta i znikali na pół dnia, coś mi zaczęło nie pasować. Rozmawiałam o moich obawach z narzeczonym, ale on twierdził, że tylko jest uprzejmy wobec niej, bo to moja siostra i nie wypada odmawiać pomocy. Dałam sobie spokój. Sytuacja trochę się uspokoiła. Ale kilka tygodni później było znowu to samo. Tym razem wypady zdarzały się w nocy, bo siostra nie ma jak wrócić z imprezy, itp. Zareagowałam, ale znowu mnie zbył.
Pewnej nocy wstałam w celu skorzystania z toalety. Chłopaka nie było w łóżku, pomyślałam, że pewnie jest w toalecie. Czekam i czekam, nie wychodzi, w końcu wstałam i okazało się, że toaleta jest pusta. U siostry w pokoju świeciła się lampka i dochodziły dziwne dźwięki. Serce wtedy stanęło mi w gardle. Nie wiedziałam, czy mam tam wejść i sprawdzić, co się dzieje, czy po prostu żyć w niewiedzy. Stwierdziłam, że co ma być to będzie. Weszłam i zobaczyłam moją rodzoną siostrę z moim chłopakiem w miłosnym uniesieniu. Nie powiedziałam nic. Po prostu odwróciłam się, wyszłam i zamknęłam drzwi. Wróciłam do pokoju, spakowałam swoje rzeczy i w środku nocy wyszłam z domu. On oczywiście pobiegł za mną, ale jedyne co uzyskał to prawy sierpowy.
Wyprowadziłam się do przyjaciółki w innym mieście. Póki co to mieszkam u niej. On stara się mnie odzyskać, ale ja nie potrafię mu wybaczyć. Najgorsze jest to, że jestem z tym zdrajcą w ciąży... Jestem załamana, ponieważ nie tak miało wyglądać moje życie, zupełnie nie tak...
Czy jestem jakaś dziwna?
Jakiś czas temu poszłam do lekarza, ponieważ od dłuższego już czasu miałam kaszel i chrypkę. Oczywiście na początek test na koronawirusa, jednak ten nic nie wykazał. Jako że i dziadek, i ojciec zmarli na raka płuc, mama wybłagała mnie, żebym poszła prywatnie na prześwietlenie.
Mam dopiero 30 lat. Nie pałę, no gdzie rak płuc… Po głębszej diagnostyce okazało się, że mam to cholerstwo, w dodatku jest to niedrobnokomórkowy rak płuc w IIIB stadium zaawansowania. Za późno już na resekcję. Zaproponowano mi radykalną radioterapię. Tylko że ja chyba tego nie chcę. Widziałam, jak mój ojciec umierał w męczarniach mimo chemii I radioterapii, to one go tak zniszczyły. W ciągu roku z faceta, który lekko kasłał stał się workiem na kości, załatwiającym się pod siebie. Poza tym ja wcale nie czuję się chora. Nie do końca do mnie to dociera, że tak właściwie umieram. Nie mam żadnych przerzutów, nic mnie nie boli, jem normalnie.
Ta diagnoza to dla mnie abstrakcja. Do tego gdy dowiedziałam się o raku, nic się we mnie nie zmieniło. Nie mam listy rzeczy, które chciałabym zrobić, listy miejsc, które chciałabym odwiedzić. Nie mam jakiegoś żalu, że niedługo prawdopodobnie mnie nie będzie. Tak, boję się śmierci, ale jeszcze bardziej boję się chemii i spędzenia reszty czasu w szpitalach. Naprawdę świadomie podjęłam tę decyzję, bo wiem jakie są rokowania. Tylko dlaczego nic nie czuję? Dlaczego mi nie żal, dlaczego nie buntuję się, nie próbuję walczyć? Żyję z dnia na dzień. Rano idę na spacer z psem, potem zbieram się do pracy, jem kolację, oglądam głupi serial i idę spać. Czas mija, a ja nie mam poczucia, że chciałabym coś jeszcze zrobić…
Dodaj anonimowe wyznanie