#iyyjh

W liceum miałem dziewczynę. Cud, nie kobieta. Wyrozumiała, inteligentna, skromna, szczera, sympatyczna, do tego ładna. Byliśmy już ze sobą pół roku, kiedy wpadłem w nieciekawe towarzystwo. Imprezy, alkohol, potem doszło ćpanie. Najpierw lekkie, zanim się obejrzałem brałem coraz to mocniejszy towar. Moja luba próbowała wszystkiego aby mi pomóc, jednak ja to totalnie ignorowałem. Po jakimś czasie zaczęła mieć dość mojego zachowania, nic do mnie nie docierało, było ze mną coraz gorzej. W końcu postawiła mi warunek. Jeżeli nie skończę z moim dotychczasowym życiem, to z nami koniec. Zbytnio się tym nie przejmowałem, myślałem, że prędzej czy później i tak wróci. Pomyliłem się, nie wróciła.

Z biegiem czasu byłem coraz bardziej uzależniony, a mój organizm znacznie się osłabił. Chociaż wtedy nie zdawałem sobie z tego sprawy. W końcu przedawkowałem i trafiłem do szpitala. Wykryto u mnie poważną chorobę i nie obyło się bez operacji. Wiecie jaki był pierwszy widok, jaki zobaczyłem po wybudzeniu się ze śpiączki? Widok mojej ukochanej. Przez cały czas leczenia mnie wspierała, nie zostawiła mnie, potem pomagała wyjść z uzależnienia. Aktualnie jesteśmy razem, od używek trzymam się z daleka, a z byłymi "przyjaciółmi" nie utrzymuję kontaktu. :)

#SY3jQ

Ostatnio wydarzyło się coś, co sprawiło, że musiałam sporo się natrudzić, żeby nie rozryczeć się jak małe dziecko w tramwaju....

Po skończonej pracy, jak zwykle udałam się na przystanek, aby wrócić do do domu. Jak zwykle zaoferowana swoimi myślami, stanęłam w oczekiwaniu na tramwaj. Po chwili zobaczyłam siedzącą na ławce przystankowej starą babinkę. Na oko po 80, z ciepłem w oczach i o kulach. Liczyła niewielką ilość monet, które miała w garści. Nie wiem czemu podeszłam bliżej, a ona zapytała mnie czy dołożę jej na chleb 50 gr, bo jej brakuje. W pierwszym odruchu odwróciłam wzrok - nie raz napotykałam w mojej mieścinie na naciągaczy-pijaczków. Ale po chwili spojrzałam znowu na nią i na jej stare pomarszczone ręce z kilkoma monetami. Serce mi zmroziło...
Dałam jej oczywiście wszystkie drobne z portfela. Podziękowała bardzo takim miękkim babcinym głosem. Obok nas stała jeszcze kobieta, która również dorzuciła babince kilka złotych. Przypomniałam sobie, że mam przecież dwa chleby przed chwilą kupione i dałam babci ze słowami, że ma już chleb, a za te pieniądze może kupić sobie coś do niego. Starsza pani zaczęła płakać ze szczęścia i dziękować, że są jeszcze dobrzy ludzie. Za chwilę odjeżdżałam już tramwajem patrząc na biedną babcię, ściskającą bochenek chleba i łkającą...

Cały dzień o niej myślałam żałując, że nie poświęciłam jej dłuższej chwili na rozmowę i zrobienie niewielkich zakupów... Co się dzieje z tym światem?!

#rQ9LV

Pierwsza klasa gimnazjum, hormony buzują, nowe otoczenie, szkoła, nauczyciele i ludzie. Spodobał mi się tam jeden chłopak. Wiadomo, jak to każda zauroczona Julia, która dostrzegła swojego Romea, starałam się złapać z nim jakiś kontakt. W międzyczasie koleżanka rzuciła kiedyś żartem o 69. Ja, 13 lat, jeszcze nie zbyt dużo o seksie wiedziałam, toteż nie za bardzo zrozumiałam mistycyzm tej liczby. Koleżanka nie chciała mnie uświadomić, więc mój genialny móżdżek uznał, że mam idealny pretekst do zaczęcia rozmowy z obiektem moich westchnień (bo po co użyć wujka Google?).
Napisałam do niego na Facebooku z zapytaniem, czy może mi objaśnić, o co z tym chodzi.
Bardzo zalotnie.
Nie, nie wytłumaczył. Powiedział, żebym sobie sprawdziła w internecie.

Tak, teraz już wiem co to. Dziękuję za wszystkie propozycje dogłębnego douczania w tej kwestii.

Istnieje jeszcze ten anonimowy bunkier?

#qo2fV

W sobotni poranek jechałam poznańskim tramwajem, kiedy to na jednym z przystanków, do tramwaju usiłował z trudem wjechać młody, około 20-kilkuletni chłopak na wózku inwalidzkim.

Ku mojemu zdziwieniu dwóch "kolesi" bez najmniejszego zawahania ruszyło mu z pomocą, "zaparkowali go" obok siebie i wrócili do wcześniejszej rozmowy. Tramwaj odjechał. Cały czas zerkałam na tego chłopaka, na jego twarzy pojawiło się szczęście.
W pewnym momencie, kilka przystanków dalej, chłopak nagle patrząc w górę, poklepał "kolesia" po nodze, na wysokości swojej twarzy mówiąc:
- Zaraz wysiadam, pomożecie mi?
- Jasna sprawa - odpowiedzieli.
Tramwaj się zatrzymał, "kolesie" złapali wózek z dwóch stron, pomogli mu wydostać się na zewnątrz i zobaczyli coś niesamowitego - ten bezcenny, znaczący wszystko uśmiech na jego twarzy...

Jak niewiele trzeba, aby stał się cud.

#3tGVQ

Mam 39 lat choć wyglądam na mniej. Pracuję w korporacji na kierowniczym stanowisku z niezłą pensją. Ukończone studia, 15-letni syn i niestety wdowiec od 3 LAT. Wina naćpanego 18-latka w wozie ojca.

W każdym razie moja korpo szuka ludzi na stanowisko jeszcze wyższe od mojego, ale wymogiem są studia kierunkowe i 5 lat doświadczenia w zawodzie (uprawnienia).
Cóż, zaryzykowałem i zapisałem się na studia. Weekendowo, ale zawsze. W każdym razie udzieliło mi się życie studenckie. Nie ukrywam, że nie szukam kobiety za żonę, ale swoje potrzeby mam i potrzebuję zaspokojenia seksualnego.
I powiem, że kobiety w okolicy mojego wieku już mnie nie kręcą. Studiując robimy wypady oczywiście przed zakazami na jakieś imprezy. I ja okazałem się ciachem. Facet ułożony i dojrzały i nie wyglądający jak 40-letni Janusz z brzuchem. Z figury przypominam Chrisa Hemswortha, ale to zasługa trybu życia. W każdym razie jak koledzy znajdują sobie na kryzys wieku średniego jakąś utrzymankę czy inną używkę, ja na pełnym legalu wyrywam koleżanki z uczelni. Rok temu na pierwszym roku sypiałem z 19-latką i o rok starszą koleżanką. Bo same mówiły "ich koledzy są nudni i tacy niedojrzali".
Ciekawe czy ktoś to czyta ze znajomych.
A wyznaję to bo mój kolega z pracy, 42 lata, wyznał mi, że na jakimś portalu poderwał 29-latkę i pewnie niedługo zaliczy. Ta ona jego konto prędzej.

#ztskC

Pewnego jesiennego popołudnia, mój kolega wpadł do mnie pożyczyć notatki do egzaminu. Oznajmił, że poczeka w przedpokoju, a towarzystwa dotrzymywał mu mój pies - Beethoven. Kiedy wracałam z zeszytem zdziwiłam się, słysząc że z kimś rozmawia. Zwłaszcza, że rodzice akurat gdzieś wyszli. Wyjrzałam ostrożnie przez drzwi na korytarz i zobaczyłam, jak mój kolega głaszcze Beethovena.
- Słuchaj stary... pilnuj, żeby nic jej się nie stało, dobrze? Przecież nam obojgu na niej zależy - podrapał psa za uchem, a ja weszłam do pokoju.

Tak, jesteśmy razem. Teraz mija piąty rok :D

#eqTtC

Od dłuższego czasu nie widzę sensu życia. Nie interesuje mnie zakładanie rodziny, nie mam żadnych pasji, celów w życiu ani marzeń. Życie to szkoła, praca, dom, a potem emerytura. Musisz pracować, żeby mieć pieniądze, za które kupujesz produkty niezbędne do życia, opłacasz mieszkanie itd. Na swojej drodze spotykasz ludzi, mniej lub bardziej denerwujących. Ja jestem typem samotnika - aspołecznego introwertyka, a kontakty z innymi wolę ograniczać do minimum. Nie mam jednak barier komunikacyjnych, czasem z grzeczności mogę porozmawiać z nieznajomym, jeżeli mnie zaczepi. Czasem potrafię się nie odzywać do kogoś dość długo, szczególnie jeżeli dzieli nas jakiś dystans, nie mamy szansy spotkać się twarzą w twarz. Bo nie lubię rozmawiać ze znajomymi za pomocą komunikacji pośredniej. Poza tym często wychodzą z tego jakieś niedomówienia. Staram się jednak ograniczać kontakty międzyludzkie do potrzebnego minimum, ponieważ nie odczuwam zbyt dużej potrzeby przebywania w czyimś towarzystwie. I tak mam czasem problemy z oddawaniem emocji, często gdzieś są w środku, ale ich po mnie nie widać. Poza tym potrafię też odpłynąć w świat swoich chaotycznych myśli, albo po prostu się zawiesić.

W towarzystwie nie odzywam się, jeżeli nie widzę takiej potrzeby, szczególnie jeżeli dyskusja jest na poziomie jednego wielkiego dna. Poza tym, jeżeli nie robię żadnych min, a "twarz pozostaje w spoczynku", to wyglądam na smutną, zmęczoną. Stąd też ludzie twierdzą, że jestem nieśmiała, poważna, małomówna. Niektórzy znajomi na siłę poznawali mnie z innymi. Zdarzało się, że rzucali mnie na głęboką wodę, mówiąc, że na spotkaniu będzie tylko jedna osoba, a potem okazywało się, że to impreza z ludźmi, którzy a) mnie irytują b) są mi całkiem obcy lub c) jedno i drugie. Niektórzy także próbowali mnie z kimś zeswatać. Ja nie odczuwam potrzeby tworzenia związku, tym bardziej że po przebywaniu z kimś zbyt długo, ta osoba mnie irytuje - mam jej dość. Tak, z rodzicami jest to samo, stąd też często odburkiwałam im jakieś odpowiedzi, więcej czasu spędzając u siebie w pokoju. Nawet się zastanawiam, co to znaczy kochać i czy ja to potrafię.

Ktoś mi kiedyś powiedział, że mam depresję. Potrafię się cieszyć z życia - światem przyrody, chociaż i nawet on mnie irytuje. Od dziecka mam słomiany zapał do wszystkiego. Myślę sobie, to jest fajne, będzie teraz moim hobby, po czym zostaje i tak porzucone. Nie mam żadnych talentów ani specjalnych umiejętności. Z moją niezdarnością i lekkim roztrzepaniem (i zamyśleniem), często przydarzają mi się żenujące sytuacje lub zdarza mi się coś popsuć. Znajomi się z tego śmieją, a i ja razem z nimi. Udaje mi się poprawić innym humor, pomimo tego, że preferuję bycie odludkiem. Ostatnio jednak oczekują ode mnie zbyt wiele, a ja po prostu nie mam na nic chęci i zastanawiam się, po co się urodziłam.

#HtR6f

Rok 1345 p.n.e., podstawówka. Każdą lekcję spędzaliśmy w sali matematycznej, nieważne, czy to polski, czy właśnie liczenie (no dobra, wf był na sali gimnastycznej), więc była wypełniona przedmiotami typowymi dla umiejętnego Pitagorasa.
W mojej klasie był jeden kolega, przezwiskiem "Bryła".

Pewnego dnia do klasy wparowało dwóch osiłków i niskim głosem rzucili:
- My po Bryłę.
Zaskoczony i zrezygnowany kolega wstał i chciał udać się w stronę kolesi, na co zdezorientowane osiłki dodały:
- Nie nie, my po taką geometryczną...

#ptMzT

Mam zaburzenie snu. Inaczej mówiąc zamiast normalnie kłaść się spać o 21-23, idę spać około 4-6 rano. A że mam zakaz siedzenia do późna, to układam poduszki i koce pod kołdrą i na jedną z poduszek nakładam perukę, w razie gdyby mama zajrzała do pokoju.
Idealna metoda, by spokojnie spędzić resztę nocy na oglądaniu i pisaniu z ciekawymi ludźmi.

#a9yed

Pracuję w ochronie. W sklepie twierdzącym, że jest nie dla idiotów. W weekend najczęściej stoję przy bramkach lub patroluję sklep. Stojąc za kasą, kulturalnie mówiąc dzień dobry i do widzenia (co z resztą jest u nas wymogiem od Dyrektorki), zauważam czteroosobową rodzinę. Kobieta, mężczyzna, syn, córka. Syn najpewniej cierpiący na zespół Downa. Mówiąc dzień dobry, ten chłopak uśmiechnął się i podał mi rękę. Oczywiście uścisnąłem ją, uśmiechając się do niego. Jego zadowolona mina tylko poprawiła mi humor.

Później, gdy ta rodzina stała przy kasie, by zapłacić za zakupy, akurat przechodziłem obok nich. Chłopaczek zauważył mnie i kiwał ręką, bym podszedł, uśmiechając się. Podszedłem, znów podaje mi rękę. Wiadomo, uścisk, uśmiecham się. Potem zrobił coś, co mnie rozbroiło. Wyrwał niemalże swoją dłoń od dłoni matki i rozszerzył ręce, chcąc się przytulić. Rodzice zaraz do niego, że tak nie można itd. Odpowiedziałem tylko: Nic się nie stało - i go przytuliłem. Radość była wypisana na jego twarzy.

Czemu to opisuję? By przekonać innych, by byli otwarci dla innych. Małe gesty dają mnóstwo szczęścia. Wiem to po uśmiechach całej rodziny, gdy przytuliłem tego chłopca. :)
Dodaj anonimowe wyznanie