Zapewne mnie sromotnie tu zlinczujecie albo dacie mi złote rady pokroju "Weź się w garść" bądź "Bądź mężczyzną", ale cóż, czuję, że muszę się wyżalić, bo już od dawna trzymam to wszystko w sobie.
Nigdy w życiu nie czułem się kochany ani szczęśliwy. Zawsze żyłem według zasady "Umiesz liczyć? Licz na siebie", którą wpajała we mnie cała rodzina, szkoła i doświadczenie mojego krótkiego, niespełna 19-letniego życia. O ironio, zawsze mi brakowało bliskości innych ludzi, zawsze pragnąłem przytulania, rozmowy bez powodu, bycia zagadanym przez innych, troski innych o mnie. Wstydzę się tego jak cholera, ale przez całą tę sytuację nie mogę znieść widoku ludzi szczęśliwych, śmiejących się w grupie przyjaciół czy idących za rękę, bo od razu zżera mnie zazdrość i żal do samego siebie, że nie jestem taki jak oni. Spytacie, dlaczego nic nie robię, żeby się zmienić? Otóż robię, a przynajmniej starałem się robić... Próbowałem wychodzić do ludzi, zagadywać bez powodu - nieskutecznie, zawsze byłem zbywany czy wprost ignorowany. Próbowałem korzystać z aplikacji pokroju GG czy Tindera, na których oczywiście nikt mi nie odpisywał. Po jakimś czasie po prostu sobie odpuściłem i przez to mój brak umiejętności komunikacji międzyludzkiej tylko się pogłębiał.
Tak więc podczas gdy ludzie wokół mnie chodzą na imprezy, bawią się, kochają i są szczęśliwi, ja rozwiązuję kolejny arkusz za arkuszem maturalnym z przedmiotu, z którego i tak pewnie nigdy nie skorzystam w regularnym życiu, bo nauka to już jedyne co mi zostało. Jest spora szansa, że nie dożyję przyszłego roku, samotność to okropne uczucie. Ci, którzy są szczęśliwi, proszę, doceńcie to, co macie. Ci skłóceni z przyjaciółmi czy ukochanymi - pogódźcie się, wyciągnijcie rękę, nawet nie wiecie jak wiele macie i ile to znaczy.
Części anonimowej nie ma, wybaczcie...
Od lat jestem wielką fanką skoków narciarskich. Mój mąż, wiedząc o mojej pasji, co jakiś czas robi mi prezenty w postaci różnych gadżetów związanych ze skokami.
W moje urodziny przyszedł do domu z bukietem kwiatów i dużym, kolorowym pudełkiem, w którym ewidentnie coś się ruszało. Jakież było moje zdumienie, kiedy się okazało, że w pudełku jest mały kotek. Miał czerwoną obróżkę z doczepioną karteczką. Było na niej napisane MACIEK.
Mąż powiedział:
- Niestety, nie udało mi się dostać nigdzie Kamila Stocha, ale za to załatwiłem dla ciebie Macieja Kota.
Znajomi robią teraz wielkie oczy, kiedy im mówię, że Maciek Kot zamieszkał u mnie w domu...
Może wydać się to głupie, ale mam problem, który pewnie część z was też ma, a mało się o tym mówi. Od początku.
Od zawsze byłam "za chuda". Nikt nie mówił, że jestem szczupła, tylko chuda. Nieważne ile i co bym zjadła. Tabliczka czekolady naraz, częste fast foody, kebab, dużo mięsa, mało warzyw. Nigdy nie byłam na diecie. Zmieniło się to na studiach. Nawet starałam się patrzeć na to, czy jem zdrowo, słodyczy nie jadłam, bo nie było mnie na nie stać, tak samo jak na gazowane napoje. Jednak metabolizm się zmienił, tryb życia też i waga wzrosła. Potem poszła ciąża i kolejne kilogramy. Z bycia "za chudą" stałam się osobą z lekką nadwagą. No, może więcej niż lekką, ogólnie jakbym miała 5-10 kg mniej, to byłaby to waga idealna.
Tu pojawia się problem. Nigdy się nie odchudzałam, nie musiałam pilnować wagi i nie umiem się odchudzać. Jest wiele kobiet, które jak ja mogły jeść wszystko i być chudym, ale w pewnym momencie coś się zmieniło i teraz jest kilka nadprogramowych kilo. Dodatkowo byłam kiedyś bardzo sceptycznie nastawiona do nowych smaków, a teraz lubię eksperymentować. Staram się jeść zdrowo, ale nie umiem odmawiać sobie rzeczy, zwłaszcza że większość życia byłam chwalona za jedzenie więcej.
Chciałabym zacząć od tego, że mam 24 lata i od ponad 3 lat choruję na raka (nowotwór złośliwy). Po tylu leczeniach chemią, autoprzeszczepie i radioterapii, udało się i od 3 miesięcy wiem, że choroba ustąpiła.
A teraz do sedna sprawy.
Chciałabym podziękować każdemu, kto oddaje krew. To uratowało mi życie, bo dostałam od was jej sporo ;-)
DZIĘKUJĘ WAM SERDECZNIE!
I zachęcam wszystkich, którzy mogą, żeby oddawali krew, a także byli dawcami szpiku. Taki przeszczep wielu osobom z podobnymi chorobami bardzo pomaga.
A ja cieszę się każdą minutą życia, spędzoną z moim kochanym 4-letnim dzieckiem. ;*
Jestem nadwrażliwa na dźwięki, taka już moja cechą charakteru (podobno niektórzy tak już mają).
Podczas sylwestra przeżyłam wiele razy mały zawał serca.
Utożsamiam się z moim psem :(
Robiłam zimą prawo jazdy, byłam wtedy na "jazdach". Była to 13 i 14 godzina mojego kursu praktycznego. Przypomniałam mojemu instruktorowi, że jeszcze nie byłam na placu manewrowym, więc tam pojechaliśmy.
Ale nie, nie ćwiczyliśmy łuku czy ruszania na wzniesieniu. Gdy tylko wjechaliśmy na plac (cały pokryty śniegiem), usłyszałam:
- Gaz do dechy, młoda!
No to grzecznie cisnę do spodu.
A instruktor co?
- Ręczny!
I tak oto driftowaliśmy sobie L-ką po placu manewrowym :D
Mam najlepszego nauczyciela jazdy!
Pamiętam, jak za szczyla (nie pamiętam dokładnie wieku) w przedszkolu trafiła się lekko starsza banda dziewczyn, co wszystkich "terroryzowały", np. wrzuciły jakiegoś dzieciaka do śmietnika dla zabawy. Wtedy poznałem, co to kop w klejnoty (dostałem go, bo wszedłem na "ich teren" i się postawiłem, że ja też mogę się tam bawić). Rodzice dosyć szybko mnie przenieśli, ale musiałem tam przebywać jeszcze dwa dni.
Poinformowałem o zajściu panią, a co ona na to? Że oj tam, droczą się tylko dziewczynki. Nakazała, żebym je ignorował (zrobiła to tonem w stylu jakby malowała paznokcie, a ja jej przerwałem) i tyle z jej interwencji.
Co zrobiła, jak się odegrałem i jak mnie zaczepiały, to je ciągnąłem za włosy?
Dostałem od niej ochrzan, że tak się zachowuję...
Na szczęście nie dałem sobie wmówić, że to moja wina, ale współczuję innym dzieciom, którym takie gadanie robi krzywdę.
Parę lat temu, będąc jeszcze na studiach, w każde wakacje zgłaszałam się jako wolontariusz do pracy na koloniach jako wychowawca.
Na jeden z turnusów przyjęliśmy dzieci z placówki opiekuńczo-wychowawczej. Wśród nich był 16-letni chłopak, który ewidentnie nie chciał tam być - przyjechał, bo musiał. Kilka razy próbował nam uciec z ośrodka, wulgaryzmy były dla niego mowa ojczystą, nie brał udziału w żadnych zajęciach itp. Jego pasją była siłownia, więc był dość dobrze zbudowany, a w porywach gniewu zdarzało mu się wywracać stoły na stołówce czy wybijać okna.
Na koloniach każda grupa miała zawsze jakieś obowiązki. W tym dniu grupa chłopaka miała za zadanie nakrywanie stołów do posiłków. Chłopak oczywiście nie miał zamiaru pomagać swoim kolegom z grupy. Podeszłam do niego i poprosiłam spokojnym głosem, czy mógłby im pomóc. Chłopak stwierdził, że ma to w d***, tak samo jak całe te kolonie i mnie, no i zaczął jak zwykle swoje przekleństwa, a także stwierdzenia, że nie będzie słuchał jakiejś popier***** baby itp. Normalnie krzyknęłabym na takiego delikwenta, jednak ten chłopak był tak nieprzewidywalny, że najzwyczajniej w świecie bałam się, że może mnie uderzyć itp. Więc po prostu bez słowa odwróciłam się od niego i poszłam porozmawiać z jego wychowawcą.
Przyszedł czas obiadu. Jadłam zupę, kiedy nagle poczułam się obserwowana. Rozejrzałam się po sali, chłopak wpatrywał się we mnie dziwnym wzrokiem. To samo było podczas wyjścia nad jezioro, wieczoru pogodnego, ogólnie do końca dnia chłopak patrzył się na mnie dziwnym wzrokiem, a ja czułam się ogromnie nieswojo. Nadszedł wieczór, cisza nocna, dzieci poszły ''spać'', udałam się do swojego pokoju.
Nagle ktoś wali do drzwi, otwieram, a tam ten chłopak pyta się, czy może wejść, bo musimy porozmawiać. Trochę zaniepokojona wpuściłam go, pokazałam krzesło, a sama usiadłam na tapczanie. I tu odbyła się rozmowa, której nigdy nie zapomnę. Chłopak pyta:
- Dlaczego to pani zrobiła?
- O czym mówisz? - pytam.
- Dlaczego dziś rano pani sobie poszła ode mnie?
- Bo byłeś chamski i wulgarny, a ja przyjechałam tu na wakacje i nie chcę takich rzeczy wysłuchiwać - odpowiedziałam.
- No tak! Ale dlaczego mi pani nie przyrżnęła za to w mordę?! - zapytał z autentycznym zdziwieniem w głosie.
Nieco zszokowana odpowiedziałam, że nie przyjechałam tutaj, żeby kogokolwiek bić. W tym momencie chłopak szybko wstał z krzesła i usiadł obok mnie na tapczanie, złapał moje ręce w swoje i ze łzami w oczach powiedział:
- U nas w placówce za takie coś wychowawca bierze mnie mnie do pokoju i tłucze, aż zrozumie, że robię źle. Ale jak tak pani sobie po prostu poszła bez słowa... Błagam, niech pani mi sprzeda liścia, ale niech pani już tak nigdy sobie nie idzie bez słowa, bo ja tak okropnie się nigdy nie poczułem.
Wstał i wyszedł.
Do końca kolonii zachowywał się jak anioł.
Pewnego dnia wracając z pracy uznałam, że skoro jest piątunio piąteczek, kupię na wieczór z ukochanym jakieś wino lub piwo. Może uda nam się jakiś film zobaczyć po trudach całego tygodnia. Weszłam do sklepu, wrzuciłam do koszyka niezbędne moim zdaniem składniki udanego wieczoru. Kiedy wchodziłam klientów obsługiwała kasjerka, a kiedy przyszła kolej na mnie, byłam ostatnim klientem i zmienił ją kolega tuż przed zamknięciem.
Wziął mój koszyk, zagląda do środka i widzę, jak śmieją mu się oczy. Po chwili dotarło do mnie, że mam tam: 2 browary, popcorn i prezerwatywy.
Słyszę nagle:
- Widzę, że czeka panią wesoły wieczór.
- Tak, wiem. Mogłabym maskować prawdziwe zamiary, dokładając pomidory, mleko i chleb?
- Nie, nie. Wychodzi na to samo, tylko że ze śniadaniem.
Jeszcze kiedy wychodziłam, życzył mi udanego wieczoru :)
Gdy miałem jakoś 13-14 lat, miałem taki moment, że oglądałem i czytałem wszystko co znalazłem o duchach itp. Zawsze z kolegami opowiadaliśmy sobie straszne historie, straszyliśmy się i ogólnie lubiliśmy się bać.
Doszedłem do takiego momentu, że bałem się nawet iść w nocy, po ciemku do ubikacji, bez oglądania się za siebie. To jeszcze nie było takie złe, w porównaniu do tego, że pewnego dnia, byłem cały dzień sam w domu i jeszcze okazało się, że noc też spędzę sam (znaczy się z moim psem). Mówię sobie, żadnych horrorów oglądać nie będę to dam radę.
Nadszedł późny wieczór, zjadłem coś i położyłem się na kanapie w salonie, skacząc po kanałach. Horrory omijałem szerokim łukiem, więc nie było najgorzej. Znalazłem jakiś film, to zacząłem oglądać. Pełen luz, leżę sobie na kanapie, obok leży mój pies, drapie go jedną ręką i jest spoko.
Światła były pogaszone i jakoś zaczęło mnie to drażnić, zacząłem oglądać się za siebie, przypomniałem sobie, że jestem sam w domu. Nagle z kuchni wydobył się przerażający dźwięk, przez który myślałem, że padnę na zawał. Ktoś beknął. Tak, byłem sam w domu, a w kuchni ktoś beknął jak świnia przy korycie. Od razu przypomniała mi się każda historia o duchach, jaką kiedykolwiek usłyszałem. Zamarłem w bezruchu, wpatrywałem się w futrynę drzwi, oświetlaną lekko przez telewizor, serce waliło mi jak sto pięćdziesiąt. Wyobrażałem sobie najgorsze. Spojrzałem pod kanapę, a mojego psa tam nie było. Szybko zapaliłem wszystkie światła i mój pies stał w kuchni, gapiąc się na mnie jakby chciał powiedzieć: "ty bekasz dużo gorzej, prosiaku".
Najwidoczniej myślałem, że go drapie, a w rzeczywistości drapałem dywan... Mam taką nadzieję.
Dziś (10 lat później) uwielbiam horrory, ale już się nie boję. W duchy wierzę nadal.
Dodaj anonimowe wyznanie