Pracuję w sklepie militarnym i na co dzień mamy do czynienia z ludźmi o "inteligencji psa" bądź "rycerzami ortalionu".
Pewnego dnia siedzimy przy komputerach przeglądając różne strony, bo na sklepie w tej chwili nikogo nie było, w pewnym momencie wpada chłopak z walizką w ręku i krzyczy na cały sklep "Mam tu bombę i zaraz ją tu wypier#%*lę" (dosłownie).
Na co my nieprzejęci zdarzeniem spojrzeliśmy na siebie i kolega odpowiada znudzonym głosem "Łeb se rozpie#%ol, debilu".
Pacjent nie wiedział, co zrobić, bo chyba nie takiej odpowiedzi oczekiwał i zdezorientowany wyszedł.
Czytam anonimowe już ponad pół roku, jestem na bieżąco z każdą historią i sprawdzam stronę przynajmniej raz dziennie. Mój chłopak nie potrafi tego zrozumieć, zawsze mówi, że wolę czytać jakieś tam historyjki zamiast z nim porozmawiać. Czasem zdarza się, że coś do mnie mówi, a dopiero po kilku chwilach zauważa, że w ogóle go nie słuchałam, bo pochłonięta jestem kolejną dawką opisywanych tu historii. Bardzo go to drażni.
Ostatnio, jak zawsze, przeglądałam anonimowe, leżąc obok wybranka. W pewnym momencie odłożyłam telefon i przytuliłam się mocno do mojego chłopaka, mówiąc że bardzo boli mnie brzuch i muszę tak nabrać sił. Leżymy tak dobrą chwilę, ja już prawie w objęciach morfeusza, ale otwieram oczy, patrzę, a mój chłopak z moim telefonem, na którym wciąż włączone były anonimowe, oddaje się tej jakże przyjemnej lekturze. Uśmiechając się pod nosem, zamknęłam z powrotem oczy, a gdy obudziłam się 45 minut później, mój chłopak wciąż siedział na anonimowych.
- Co jest, kochanie, tak się wciągnąłeś?
Na co on nieobecnym głosem:
- A co, świecę ci telefonem? - tu nastąpiła chęć odłożenia urządzenia.
- Nie, w porządku - odpowiedziałam, a chłopak wrócił do czytania, nawet niespecjalnie się mną przejmując.
Ehh. :)
Opiszę tu swoją historię z moim bratem.
Mój młodszy brat, kiedy chodził do VI klasy, był prześladowany przez jednego gówniarza ze swojej klasy. Brat dobrze się uczył, ale był gruby i nie był dobry z WF-u. Te cechy sprawiły, że był prześladowany. Koleś upokarzał, wyśmiewał i zmuszał brata, aby ten pisał dla niego zadania domowe. Rodzice oczywiście interweniowali w szkole, ale to nic nie dawało.
Żal mi było brata i nie mogłem patrzeć, jak cierpi z tego powodu. W pewnym momencie obmyśliłem pewien plan. Kiedy kończył się rok szkolny i nauczyciele wystawiali oceny, uczniowie robili wszystko, żeby dostać dobre stopnie lub w ogóle przejść do następnej klasy. Akurat koleżka, który znęcał się nad moim bratem, miał kilka zagrożeń. Zmusił mojego brata, żeby robił mu prezentacje z kilku przedmiotów. Gdy brat mi o tym powiedział, to zacząłem robić te prezentacje. Oczywiście robiłem je na wskazany temat, ale zrobiłem w nich parę ciekawych rzeczy... Teksty były kopiowane z Wikipedii, nawet nie usunąłem hiperłączy. Ale najlepsze były slajdy kończące prezentacje. Umieszczałem na nich filmiki, gdzie przedstawiałem swój wizerunek oraz podawałem prawdziwego autora prezentacji, a aby było wiarygodnie, to na filmikach uchwycone był momenty robienia tych prac.
Gość miał przerąbane. Z każdej prezentacji dostał 1, a że był zagrożony, to musiał powtarzać klasę. Z relacji jednego ucznia usłyszałem, że koleżka wpadł w furię i groził mojemu bratu.
Na szczęście pod koniec czerwca mój brat nie chodził do szkoły i przyszedł jedynie w dniu rozdania świadectw. Był to ostatni moment, kiedy widział swojego prześladowcę, ponieważ poszedł do gimnazjum w innym mieście.
Naprawdę było warto.
Jak miałam około 5 lat jak większość dzieci w tym wieku chodziłam do przedszkola. Był to mój największy koszmar, ponieważ tęskniłam za rodzicami, a nie znałam tam nikogo.
Pewnego jesiennego dnia pani przedszkolanka rozdała nam kolorowanki, na których widniały parasole. Powiedziała, żebyśmy pokolorowali je kolorami, które kojarzą nam się z radością. Wszystkie dzieciaki wzięły się do pracy. Widać było ich żółte, pomarańczowe, jasnozielone lub różowe dzieła, a może jeszcze inne. Opiekunka zebrała i podpisała prace. Jedna z nich jej się nie podobała - moja.
Kiedy mama mnie odbierała, pani pokazała jej mój brązowo-czarny parasol. Powiedziała, że widocznie bardzo ponuro dostrzegam świat, skoro te kolory kojarzą mi się z radością. Doradziła, aby skontaktować się z psychologiem.
W domu mama spokojnie zapytała o co chodzi. Odpowiedziałam:
- Gdy cię nie ma przy mnie jestem smutna, a podobają mi się te kolory, bo ty i tatuś macie takie włosy, a wy jesteście moją radością!
Od niedawna mieszkam z dziewczyną. Jest inteligentna, piękna i zgrabna. Marzenie. Ale jedna rzecz zaczyna mi coraz bardziej przeszkadzać.
Dziewczyna zaczyna i kończy pracę dwie godziny przede mną. Rano zawsze szykuje mi śniadanie, mimo że nigdy o to nie prosiłem. Zresztą byłem singlem kilka lat i jestem przyzwyczajony, że robię koło siebie sam. Po pracy oczywiście obiad i sprzątanie (sprząta wręcz pedantycznie), pranie.
Na początku było to miłe, ale teraz czuję, że ona sama z siebie robi służącą. Rozmowy pomagają na dzień, może dwa. Dwa razy brałem urlop tylko po to, żeby ona nie robiła drugiego etatu w domu. Głupio mi się kłócić o to, że jest "za dobra". Nie wiem co robić i jak z nią gadać.
Mój tata ma małą firmę stolarską. Z zamówieniami jest różnie, czasami pracuje od rana do nocy, a czasami kilka tygodni przestój. Tak było na wakacjach, nic, zero zamówień, więc i pieniążki się kończą.
Tata zdecydował się wyjechać za granicę, znalazł pracę na farmie.
Przez telefon opowiadał, że wszystko dobrze, ma swój pokój, piękna okolica itp. Były to wakacje, więc razem chłopakiem postanowiliśmy go odwiedzić.
Gdy dojechaliśmy na miejsce, które okazało się "wioską zabitą dechami", udaliśmy się pod wskazany adres. I wtedy go ujrzałam TATĘ, szczęśliwego od ucha do ucha, że nas widzi. Ale to nie był ten sam człowiek, był z 10 kg chudszy, przez co uwidoczniły się zmarszczki na twarzy, na rękach żyły. Jego pokój był tragiczny, ciemny, brudny, woda w czajniku stała chyba z rok, bo była aż brązowa. Okazało się, że to pierwsza wolna niedziela jaką dostał odkąd tam był, czyli ok. 3 miesięcy.
Byłam w szoku. Przez telefon nigdy się nie skarżył, robił to dla nas. Bez wahania powiedziałam, że wraca i nie ma o czym mówić.
Gdy wróciliśmy do hotelu, nie mogłam przestać płakać.
Mój tata dokończył rozpoczęty miesiąc i wrócił do domu, nie pozwoliłabym mu tam dłużej zostać.
Wiem, że mam cudownego tatę.
Od kiedy tylko pamiętam, byłam zmuszana do chodzenia do kościoła. Mieszkamy w małej wiosce, a moi rodzice raczej nie należą do mądrych i inteligentnych ludzi. Nie mam na myśli tego, że są głupi czy coś - po prostu tacy normalni ludzie ze wsi. Nigdy nie lubiłam chodzić do kościoła przez chociaż sam fakt, że byłam do tego zmuszana.
Dlatego do dzisiaj niedziela jest dla mnie dniem przeklętym. Oczywiście nie pochodzę z patologicznego domu, nigdy nie chodziłam głodna ani niczego mi nie brakowało, ale od małego byłam terroryzowana religijnie. Jak to dziecko, potrafiłam symulować różne choroby, żeby tylko do kościoła nie iść, ale zdarzały się też takie momenty, że po prostu zaczęłam się buntować. Pamiętam, że właśnie w takich sytuacjach byłam szarpana, ciągnięta za włosy i kilka razy podrapana przez własną ''bogobojną'' matkę.
Nie mówię tutaj o przemocy w domu, bo sama bym tego tak nie nazwała. Te podrapania raczej wynikały z faktu, że to była szarpanina i podrapała mnie po prostu przypadkowo, a ja próbowałam się wyrywać.
Kiedy chodziłam do szkoły, dla mojej mamy większym problemem było to, że dzisiaj jest spowiedź na pierwszy piątek miesiąca i nie poszłam do tego kościoła, bo dopiero co przyszłam z autobusu, niż to, że na przykład dostałam jedynkę z matematyki, ale nie poszłam do szkoły, bo mi się nie chciało. Często było tak, że przychodziłam do tego przeklętego kościoła zaryczana po niedawnej szarpaninie w domu.
Co chcę przez to powiedzieć? Że WIARA CZYNI... CZUBA!
Nienawidzę swojej własnej rodziny... W moim domu nie można porozmawiać na inne tematy niż kościół. Nie wspomnę o tym, że moi rodzice to oczywiście zwolennicy PiS-u (bo to przecież taka chrześcijańska partia). Nie cierpię zapraszać kogoś do domu, bo o godzinie 21 codziennie usłyszy Apel Jasnogórski puszczany w radiu na cały dom. Co najgorsze, mam o 10 lat starszą siostrę, która również zaczyna podzielać tę samą pasję co rodzice.
Tak się zastanawiam, czy moja rodzina jest pod tym względem przeklęta?
To co dzieje się u mnie w domu nie jest żadnym, powtarzam - żadnym chrześcijańskim zachowaniem. Moi rodzice odgrywają takie role wyłącznie w kościele albo gdy ksiądz chodzi z kolędą. Wtedy mama zamienia się w aniołka, który świeci przykładem ''chrześcijańskiej'' postawy. Wszystko znika, jak nikt ich nie obserwuje, a przekleństwa i kłótnie zaczynają się dopiero za zamkniętymi drzwiami.
Z Bogiem!
Moja córka za niedługo skończy 3 latka.
Chciała mi zrobić pobudkę i zaczęła szeptać mi do ucha "mamusiu, pobudka, mamusiu". Nie reagowałam, więc wkurzyła się i zaczęła krzyczeć mi do ucha:
- Wstawaj pindolu leniwy!!
Do teraz jestem w szoku.
No i dopadł mnie cholerny koronawirus. Siedzę zamknięta w mieszkaniu i nadrabiam zaległości na Netfliksie. Jako osoba z natury socjalna, nudzę się przy tym niesamowicie. Najbardziej wkurzało mnie to, że jeszcze tydzień temu planowałam zaprosić moich najlepszych przyjaciół na małą posiadówę przy winie, żarełku i muzyce.
Tymczasem, ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu, moi przyjaciele wcale nie zamierzali przejść z moim stanem do porządku dziennego i zrobili mi wielką niespodziankę. Jako że doskonale wiedzą, jak bardzo lubię jeść, zrobili zrzutę i zamówili z 5 różnych restauracji przekąski, dania i desery, które to kurier dostarczył mi pod same drzwi. Czego tam nie było? Krążki cebulowe (uwielbiam!), sushi, placki ziemniaczane z sosem grzybowym, ramen, ravioli, a na osłodę – tiramisu i butelka zimnej pina colady! Cieszyłam się jak dziecko patrząc na te dary i planując kolejność pochłaniania tych wspaniałych cudów sztuki kulinarnej…
Kiedy zasiadłam do posiłku, okazało się, że straciłam smak i w zasadzie to nie ma dla mnie różnicy, czy jem pyszne ravioli, czy kulkę papieru toaletowego. Niech ktoś mnie dobije.
Zacznę od tego, że nie sądziłem... Nie sądziłem, że to napiszę gdziekolwiek...
Kilka lat temu po pracy, była może godzina 16, wpadła do mnie Policja z nakazem przeszukania... Oskarżyli mnie o "hakerstwo"... Włamałem się na maila jakiemuś dzieciakowi... Skonfiskowali mi wszystkie sprzęty komputerowe. Rozprawa miała miejsce daleko od mojego domu. Przyznałem się do winy, poddałem się dobrowolnie karze...
Dostałem 6 mc/25h (w każdym miesiącu musiałem odrobić 25h).
Na początku odrabiałem, 1 miesiąc, 2 miesiąc... Aż w końcu zdarzył się wypadek.
Wjechałem na czołówkę, nie z mojej winy. Kasacja auta, pobyt w szpitalu. Zwolnienia do kuratorki oczywiście poszły.
Mijały miesiące. Skończyłem rehabilitację. Wszystko miało wrócić do normy, miałem wrócić do odrabiania prac społecznych... W pewnym momencie otrzymałem pismo z sądu, że "uchylam" się od odrabiania prac i zostaję skazany na 60 dni w zakładzie karnym. Życie mi się zawaliło... Miałem myśli samobójcze... Dziewczyna mnie zostawiła...
Wszystko poszło nie tak jak powinno.
Jednak? Nie poddałem się, wynająłem adwokata. Zacząłem walczyć o swoje.
Sprawa za sprawą, nerwy, stres... Kuratorka ma to gdzieś (nie posiada wysyłanych zwolnień przez lekarza. Zwala na winę poczty, że nic nie otrzymała). Dla niej jestem przestępcą i mam iść siedzieć... Do tej pory udało mi się uchylić wyrok... W tym momencie czekam na sprawę w sądzie co dalej.
Wszystkie potwierdzenia mam, że miałem rehabilitację i nie bylem w stanie wykonywać owych prac...
Wiecie co? Czuję się bezsilny momentami. W tym momencie dla mnie polskie prawo wykonawcze to "Zero"...
Mam nadzieję, że nie opadnę z sił.... że się nie poddam.
Że będę żył i pójdę do przodu...
Dziękuje tylko przyjaciołom, że nie opuścili mnie w takich trudnych chwilach.
Mam 22 lata, mam pracę, a przez mój błąd przeszłości jestem nie wiadomo jakim przestępcą...
Dodaj anonimowe wyznanie